Na wyspach Visayas

Tajfun Ruby był już u bram Filipin. Wylągł się gdzieś na środku Pacyfiku i zbliżał się od wschodu. Mieszkańcy wysp mieli w pamięci wyczyny Yolandy, która w listopadzie zeszłego roku uderzyła w archipelag, powodując katastrofalne zniszczenia, zabijając 6300 osób i porywając w nieznane jeszcze tysiąc. Wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie, czy teraz będzie tak samo.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Na szczęście przyszły pocieszające wiadomości od służb meteo. Ruby wiał z prędkością „tylko” 215 km/godz., w porywach osiągając 250. Dla porównania straszliwy supertajfun Yolanda odpowiednio: 312 km/godz. do 370 km/godz.! Zagrożone tereny środkowych Filipin opuściło kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Najpierw przestały pływać promy łączące wyspy. Potem przestały latać samoloty. Prawie w ostatniej chwili wylecieliśmy ze stolicy na wyspę Cebu. Po niebie przewalały się bure chmury, wiało jeszcze „normalnie”, ale już wiedzieliśmy, że nasze plany dotarcia na sąsiednią wyspę Bohol wzięły w łeb. -Tam ogłoszono „Signal number one”- poinformowała pracowniczka portu. I dodała: – Nic już nie pływa.„Sygnał numer jeden” oznaczał, że niedaleko zaczął się sztorm.

Co zostawił Magellan
Co do miasta Cebu, bo tak nazywa się główna metropolia wyspy, też mieliśmy swoje plany i korzystając z przymusowej przerwy, postanowiliśmy je zrealizować. Przecież to tu 7 kwietnia 1521 r. przybył po półtorarocznej tułaczce morskiej znamienity żeglarz Ferdynand Magellan i w miejscu lądowania postawił krzyż, którego replikę mieści mała kaplica postawiona na placu dokładnie na wprost ratusza. Kaplica ma ośmioboczny kształt, w samym jej centrum wznosi się drewniany krzyż ze stosowną informacją. Na sklepieniu wymalowano sceny spotkania żeglarzy z tubylcami.
Fascynujące miejsce, czuje się „powiew” historii. A że nie ma przybysza, który będąc w Cebu nie przyszedłby w to miejsce, zaradne kobiety szybko wyczuły, że można na tym zrobić dobry biznes. Ubrane w żółte spódnice cwaniary opanowały rynek. Sprzedają naiwnym świece, potem wykonują z tymi świecami dziwne, psychodeliczne pląsy przed krzyżem. Ma to przekonać, że modlą się w naszej intencji. Po chwili sprzedają te same świece kolejnym turystom, znowu wpadają w drgawki, i tak w kółko… Bezrobocie im nie grozi.

Dosłownie tuż obok wznoszą się mury szacownej Bazyliki Dzieciątka Jezus. Przylegle uliczki wypełniają stragany, na których kupcy sprzedają właściwie tylko jedną rzecz: figurkę Santo Niňo – Świętego Dzieciątka, patrona wyspy i całych Filipin. Oryginał, uznany za cudowny i czyniący cuda, udekorowany złotem i cennymi kamieniami, wystawiony jest w szklanym relikwiarzu, i przyciąga rocznie miliony pielgrzymów.

Kult Santo Niño
Antonio Pigafetta, kronikarz wyprawy Magellana, zanotował, że figurkę otrzymała w prezencie z okazji chrztu królowa Cebu. Po tragicznej śmierci słynnego żeglarza Hiszpanie odpły-nęli do Europy. Pojawili się dopiero po ponad 40 latach. Jeden z nich, Juan de Camus, przeszukując zdobytą wioskę, znalazł na pogorzelisku nienaruszoną przez ogień skrzynkę, a w niej figurkę Dzieciątka Jezus. Wnet dowódca wyprawy Miguel Lopez de Legazpi zorganizował uroczystą procesję do tymczasowej kaplicy i założył Bractwo Dzieciątka, szerząc kult na wyspach. Sądzi się, że figurka przetrwała 40-letnią nieobecność Hiszpanów, bo miejscowym przypominała lokalne bóstwo, przed którym składano dary. Wierzono, że Santo Niño zostało wyłowione z morza przez rybaka. Ten miał wyrzucić je z powrotem do wody, ale ponownie zaplątało się w jego sieci. Gdy postanowił znalezisko zatrzymać, zdumiał się, że wreszcie sieci wypełniły się rybami! Odtąd zaczęto Santo Niño oddawać cześć… Figurka jest pomalowana farbą, nosi pozłacany łańcuszek na szyi, wełniany czerwony kapturek, trzyma w lewej dłoni złotą kulę symbolizującą kulę ziemską.
Wokół Bazyliki kręcą się tłumy, do sanktuarium ustawia się kolejka. Ludzie dotykają i całują szybę odgradzającą ich od cudownej figury. Na dziedzińcu trwa ustawianie dekoracji przed spodziewaną styczniową wizytą papieża Franciszka.

Zobaczyć upiora
Tajfun szczęśliwie przeczekaliśmy na zachodnim wybrzeżu Cebu, zwiedzając lokalne wioski. Wreszcie, pewnego słonecznego dnia, wypłynęliśmy promem na wyspę Bohol. Leży ona w centrum Visayas, bo tak określa się wyspy tego regionu. Górzysta, porośnięta gęstą dżunglą, przerywaną polami ryżu i kukurydzy kusi podróżników kilkoma atrakcjami. Na  pierwszy plan poszły tarsjusze. Założę się, że nawet w zoo nie widzieliście takiego dziwoląga.

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to… wielkie oczy. Drugie to duża, okrągła głowa, którą może obracać o 180 stopni, okazałe uszy, łapki zakończone kościstymi, długimi paluszkami, okazały ogon. Jest niesłychanie skutecznym łowcą, polującym nocą na owady i jaszczurki. Polska nazwa tego stwora brzmi: Wyrak upiór. Pięknie, prawda? Ten urodzony myśliwy mieści się w dłoni człowieka, bo liczy tylko od 12 do 15 cm, a waga też nie powala: 100-150 gramów! Taki gremlin może skakać do pięciu-sześciu metrów i słyszy oraz nadaje dźwięki na takich częstotliwościach, że wysiada przy nich nawet nietoperz…

Najmniejsze małpiatki świata żyją w lasach bambusowych i zobaczyliśmy je w sanktuarium tych zwierząt dzięki przewodniczce, która w okropnym upale potrafiła znaleźć te maleństwa przyczepione pod gałązkami. Jak wyjaśniła, zwierzaki pochowały się, zestresowane niedawną wichurą. Ich największym wrogiem jest oczywiście człowiek, ale człowiek też pomaga przetrwać tym bardzo zagrożonym zwierzętom. W czasie naszego pobytu w rezerwacie pracowało np. kilkoro wolontariuszy z Polski.

Łzy Arogo
– Niektórzy ludzie wierzą, że to ślady walki olbrzymów, którzy obrzucali się skałami – opowiada Joel, nasz nowo poznany przyjaciel. Ale to nie było tak.
Stoimy właśnie na szczycie jednego z wysokich stożkowych kopców otaczających nas po horyzont i Joel, jak rasowy przewodnik, sprzedaje romantyczną legendę. – Dawno, dawno temu, olbrzym o imieniu Arogo zakochał się w zwykłej śmiertelniczce zwanej Aloya. Ona odrzucała jego karesy, więc postanowił ją porwać. Niestety, dziewczyna szybko zachorowała ze zgryzoty i umarła, a zrozpaczony Arogo tak zapłakał, że z jego łez powstały te wzgórza.

„Łzy” po Arogo zwane Czekoladowymi Wzgórzami ciągną się w centralnej części wyspy. Ich kolor zależy od pory roku. Akurat w grudniu były zielone, ale nie mniej zaskakujące. Ktoś policzył, że takich garbów jest ponad 1200 i tworzyły się one miliony lat w wapiennych skałach. W wielu albumach są zaliczane do cudów świata, bo nigdzie indziej na Ziemi nie zobaczymy takich tworów stojących tak blisko siebie jak stogi siana na łące.

Spodziewaj się niespodzianego
Bohol nie przestaje nas zaskakiwać. Niedaleko Czekoladowych Wzgórz trafiamy na farmę… motyli. Oglądamy różne fazy rozwoju tych wspaniałych owadów, a jeden z nich przysiadł mi na nosie. I pomyśleć, że kilka dni wcześniej strawiłem mnóstwo czasu, chcąc go sfotografować na kwiatku. W innym miejscu prezentują nam olbrzymiego węża boa, którego można poklepać, bo skonsumował właśnie trzykilogramowego kurczaka i na nic innego nie ma już ochoty. Boa, choćby nie wiadomo jak długi i potężny, nie potrafił jednak przyćmić największej atrakcji. Ostro wymalowanej kobiety w obcisłej sukience i na szpilkach, mówiącej chyba wszelkimi językami świata, po polsku też. Słynna na całe Filipiny Miramare jest bardzo inteligentna, bystra i niezwykle przystojna. Przez cały czas daje popis gry aktorskiej, modulując głos, śpiewając i rozbawiając gości. Nie jest też kobietą… ani mężczyzną. Zjawisko „trzeciej płci” jest doskonale znane w Tajlandii i właśnie na Filipinach. Ci ludzie są akceptowani, do pomyłek dochodzi często, gdy biali turyści szukają nocnych uciech i wtedy przekonują się, że nie o to im dokładnie chodziło… Nie znali przysłowia: „Na Filipinach spodziewaj się niespodzianego”.

Balut i lechon baboy
Przykładem jest miejscowa kuchnia. Oferuje wszystko, jak zresztą większość krajów Dalekiego Wschodu. Tylko że tam króluje kurczak – tu świnia w każdej postaci. W przydrożnych kramach stoją nierdzewne garnki i kuszą, by coś przekąsić.

– Co to? – pytasz, podnosząc kolejne pokrywki, i w 90 procentach przypadków usłyszysz „pork” – świnia. Symbolem najlepszej jest lechon baboy – świnia pieczona. Mogą to być maleńkie kawałeczki nadziane na patyk i nurzane w ostrym sosie, może to być całe prosię pieczone. Widziałem wielkie reklamy, jak dzieci siedzą przy ognisku i kręcą rożnem z nabitym małym prosiaczkiem.

Innym wielkim przysmakiem, powszechnym, bo bardzo tanim, jest balut. Ten delikates przewyższa, moim zdaniem, obrzydliwością nawet osławionego zgniłego rekina z Islandii. Jadłem w życiu różne świństwa: pająki, larwy, szczury, nietoperze, ale na próbie konsumpcji baluta odpadłem.
Balut jest bowiem kaczym jajkiem, które mieści ugotowany embrion pokryty już kawałkami pierza i pływający we własnej krwi… Tenże zarodek spożywa się w całości razem z pazurkami, dziobem itd. Na baluta najlepsze jest ponoć 17-dniowe jajko trzymane cały czas na słońcu.
Wszędzie zjesz „mami”, zupę z kluskami lub grzankami, warzywami, mięsem i jajkiem na twardo (tym „normalnym”). Na deser przebojem jest halo-halo. To lód zmiksowany ze słodkim mlekiem z dodatkiem owoców, a nawet płatków kukurydzianych.

Filipińska choroba
Filipiny, acz wolne od większości tropikalnych chorób, leżą w strefie występowania „choroby filipińskiej”, której uległ nawet jeden z naszych poprzednich prezydentów po wizycie w tym kraju. W zależności od charakteru chorego może objawiać się wzmożoną wesołością (lub smutkiem), chwiejnym krokiem, mętnym okiem i chęcią zbratania się z rozmówcą. Powszechnie uważa się, że za jej napad odpowiedzialny jest najbardziej popularny na wyspach rum o nazwie „Tanduay”. Ma prawie same zalety: jest bardzo smaczny, dostępny wszędzie, ma moc 40 proc. i jest tani, a nawet śmiesznie tani. Pół litra tego specyfiku kosztuje na nasze ok. pięciu zł. Najlepiej „wchodzi” z colą i sokiem z limonki. Znają go wszyscy turyści odwiedzający Filipiny. Chorobę po zażyciu „Tanduay’a” (co zdarza się rzadko) leczy się łatwo, i wszyscy rodacy wiedzą jak.

Jeepney, tricykl i habal-habal
Najedzony i wolny od choroby filipińskiej człowiek porusza się po kraju najczęściej jeepnejem. Samochód-legenda ma „ryj” amerykańskiego dżipa, bardzo przedłużoną tylną „pakę” z ławkami wzdłuż burt, wiele ozdób, chromów i namalowanych sentencji. Zabiera, ile się da pasażerów i rycząc, gna przed siebie przez miasta i wsie.

Na krótsze dystanse popularny jest tricykl – motocykl z przyczepioną z boku budą dla dwóch pasażerów. To teoria, bo może ich zabrać znacznie więcej, np. czterech na sam motocykl (oprócz prowadzącego!) oraz kilku w budzie (ich liczba zależy od wymiarów podróżnych). Natomiast habal-habal jest twórczym rozwinięciem technologii tricykla i ma więcej miejsc siedzących.

Najszczęśliwsi
Na koniec podam kilka ciekawostek, których nie znajdziecie w przewodnikach. System prawny tego kraju nie przewiduje rozwodów. Znaleziono tu największą perłę świata o wadze 40 kg. Mieszkańcy Filipin wysyłają najwięcej na świecie sms-ów (nawet 400 milionów dziennie), a kraj jest największym producentem kokosów na świecie. Filipińczycy uważają siebie za jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. I już tylko ten ostatni powód wystarczy, by tutaj wrócić!

Podobny artykuł

Malta grzechu warta

REKLAMA

REKLAMA