Kierowca chciał mnie zabić

Aż pięciu lat potrzebowali śledczy, aby zebrać materiały dowodowe w sprawie wypadku, do którego doszło w grudniu 2010 r. w centrum miasta. Pod koniec lutego proces wreszcie ruszył. – Kierowca volkswagena pędził jak wariat. Chciał mnie zabić na drodze. Uderzył w moje auto z taką siłą, że peugeot nadawał się tylko na złom, a ja trafiłam do szpitala. Cud, że żyję – wspomina z trwogą pani Eliza z Otwocka.

878sprawa

Do wypadku doszło we wtorek, 7 grudnia 2010 r., około godz. 22 na ul. Staszica na wysokości ul. Napoleońskiej w Otwocku. 33-letnia pani Eliza wracała do domu niedawno kupionym peugeotem. Jechała sama. – Padał śnieg, było ślisko, nie śpieszyłam się, bo na ulicach były korki. Na ul. Staszica zatrzymałam się, bo samochód ja-dący przede mną chciał skręcić w kierunku ul. Napoleońskiej. Gdy tamten skręcał, dostrzegłam światła pędzącego innego samochodu, który nagle, nie wiadomo dlaczego, znalazł się na moim pasie drogi i uderzył w mojego peugeota – zeznała pani Eliza podczas procesu, który rozpoczął się w poniedziałek, 23 lutego w otwockim sądzie rejonowym. – Siła uderzenia była tak duża, że nasze auta zatrzymały się kilka metrów dalej, na ul. Bazarowej. Z tamtego samochodu wybiegła jakaś kobieta i w jej ślad ruszył kierowca, który spowodował wypadek. Chyba planował uciec, ale zaczęłam prosić go o pomoc, więc został – dodała kobieta.

Boję się jeździć nawet taksówką
Sędzia Konrad Bronowski (ten sam niedawno wydał wyrok w sprawie Mariusza N., oskarżonego o śmiertelne potrącenie 13-letniego Patryka w Czarnówce) dopytywał panią Elizę o obrażenia, jakich doznała. – Lekarze stwierdzili, że powinnam się cieszyć, że żyję. Miałam wiele obrażeń ciała, ale najpoważniejsze urazy dotyczyły kręgosłupa, klatki piersiowej i nóg, bo podczas wypadku deska rozdzielcza wbiła się w dolną część ciała – wyjaśniała kobieta. – Przeszłam długą rehabilitację. Przez kilka miesięcy miałam sztywne kończyny i nie mogłam normalnie funkcjonować. Kiedy myślałam, że wróciłam do zdrowia, zaszłam w ciążę bliźniaczą. Ciąża była zagrożona, lekarze stwierdzili, że to m.in. na skutek licznych krwiaków, których doznałam podczas wypadku. Zawsze prowadziłam aktywne życie, a teraz przez uraz kolan nie mogę – tłumaczyła mieszkanka Otwocka i wyliczała dalej: – Ten wypadek był dla mnie traumatycznym przeżyciem. Do dziś boję się jeździć samochodem, nawet taksówką. Korzystam jedynie z autobusów i pociągów. Te lęki bardzo utrudniają życie, dlatego poszłam po pomoc do psychologa – przyznała cicho.

– Czy dochodziła pani w postępowaniu cywilnym odszkodowania za rozstrój zdrowia? – dociekał sąd. – Otrzymałam siedem tysięcy złotych odszkodowania za zniszczony samochód, mimo że auto nadawało się na złom. Za rozstrój zdrowia domagam się 100 tys. zł odszkodowania – stwierdziła otwocczanka.

Winny ktoś inny?
Kierowca oskarżony o spowodowanie wypadku nie przyznaje się do winy i przedstawia inną wersję wydarzeń. – Jestem doświadczonym kierowcą, bo przez 21 lat przejechałem ponad milion kilometrów. Tego dnia za kierownicę wsiadłem wypoczęty, trzeźwy i w pełni sił psychofizycznych. Jechałem sam, w stronę Warszawy – zapewnia pan Adam. – Po pięciu latach od zdarzenia nie pamiętam, z jaką prędkością się poruszałem, ale na pewno nie większą niż 50 km/h, bo były złe warunki atmosferyczne. Nie rozumiem, dlaczego poszkodowana pani Eliza zarzuca mi, że pędziłem 100 km/h. To nieprawda – tłumaczył oskarżony i jednocześnie zapewniał, że nie potrzebuje prawnika, bo uważa, że było to nieszczęśliwe zdarzenie. – Jechałem wtedy w kierunku Warszawy. Na wysokości ul. Napoleońskiej kierowca mitsubishi nagle skręcił. Przez ułamek sekundy musiałem podjąć decyzję – uderzyć w bok mitsubishi albo uderzyć w ogrodzenie, dlatego skręciłem. Nie wiedziałem, że tuż za nim jest inny pojazd. Wtedy nie miałem już możliwości manewru i zderzyłem się z peugeotem. To nie ja powinienem być oskarżony o spowodowanie wypadku, tylko kierowca mitsubishi, który zajechał mi drogę – przekonywał sąd mężczyzna.

Cud, że żyję
Pani Eliza uważa, że oskarżony mężczyzna tuż przed wypadkiem wyprzedzał inny samochód, więc musiał zwiększyć prędkość. Jeden ze świadków zdarzenia przyznał, że volkswagen wyprzedził inne samochody, bo jego auto także. – Włączył kierunkowskaz, chcąc wrócić na swój pas, ale nie zdążył. Zaczął hamować, wpadł w poślizg i zderzył się z peugeotem – zeznał pan Daniel. – W miejscu, gdzie doszło do wypadku, nie można wyprzedzać, bo na jednej wysokości łączą się trzy ulice – mówiła poszkodowana kobieta. – Za spowodowanie wypadku odpowiedzialny jest wyłącznie pan Adam, który nie jechał zgodnie z przepisami i naraził moje życie. Cieszę się, że mnie nie zabił na drodze – dodała pani Eliza. Sąd odroczył rozprawę do kwietnia.

Podobny artykuł

Objazd w korku

REKLAMA

REKLAMA