Pędzli nie chciałem wyrzucić

Marek Niksa z Otwocka po niemal 30 latach na nowo odkrył w sobie malarską pasję. Ten środek artystycznego wyrazu jest też dla niego formą powrotu do minionych lat i miejsc, których już nie ma…
Marek Niksa na swoich obrazach przedstawia bliski sobie świat, rzeczy i miejsca piękne, ale też zwyczajne
Marek Niksa na swoich obrazach przedstawia bliski sobie świat, rzeczy i miejsca piękne, ale też zwyczajne

Gdy pojawiłem się na ulicy Kościelnej 13, wiosenne słońce oblewało niewielkie podwórko, murowany dom i wiekowy budynek gospodarczy. To do tego ostatniego – skrywającego malutką pracownię – zaprowadził mnie gospodarz. – Właśnie kończę obraz przedstawiający moją ulicę, na której mieszkam od dziecka. Taką, jakiej już nie ma. Pamiętam ją dokładnie, nawet kolory, drzewa – akację po lewej i brzozę oraz czerwonolistny klon po prawej, ale dla bezpieczeństwa jako wzór posłużyła mi piękna grafika Leszka Korczaka – opowiada Marek Niksa, prezentując nasycony wiosennymi barwami miejski pejzaż. – Tych dużych domów już nie ma. Ten z lewej należał do nas, sam go rozbierałem w latach 70., był już w okropnym stanie. Ten naprzeciwko też dawno rozebrany, kiedyś był w nim między innymi sklep. Kiedy byłem kilkulatkiem, mało mnie nie przejechała przed nim warszawianka, bo – jak pan widzi – nie było z tamtej strony chodnika i wychodziło się wprost na jezdnię – dodaje ze śmiechem.

Marek Niksa malarstwem zainteresował się w młodości, ale obowiązki rodzinne i zawodowe nie pozwalały mu rozwinąć artystycznej pasji. Pracował w różnych miejscach. Mając wykształcenie techniczne i studium nauczycielskie, uczył zawodu w kilku szkołach. – Z posady zmiotła mnie reforma szkolnictwa, gdy ktoś „mądry” postanowił poprawiać to, co przecież dobrze funkcjonowało. Od początku krytykowałem te zmiany i dziś są one źle oceniane, ale czasu się nie cofnie. Jestem na bezrobociu, ale szczęście w nieszczęściu jest takie, że przypomniałem sobie o dawnej pasji
– wspomina malarz. – Robiąc porządki, trafiłem na stare pędzle sprzed 30 lat. Wyrzucić? – pomyślałem. – Nie ma mowy! Czasu miałem dużo, zbiłem kilka blejtramów i zacząłem. Ręka nie zapomniała, co trzeba robić – dodaje.

Pan Marek maluje przede wszystkim świat wokół siebie. Ten najbliższy, jak wspomniana ulica Kościelna, pobliska Willa Julia, a raczej jej ruiny, czy słynna Willa Podole na rogu ulic Kościelnej i Kościuszki, kiedyś mieszcząca aptekę. Uwiecznia miejsca piękne, jak dolina Świdra, ale też szpetne, na przykład malując jeden z kolejowych wiaduktów w centrum Otwocka, z obtłuczonym tynkiem i koślawym graffiti.

– Lubię to moje malowanie. Bardzo. Niebawem chcę uwiecznić nasz dworzec, ale z perspektywy mojej ulicy, nie od frontu. I nie współczesny, lecz taki z lat 30. Kuszą mnie też portrety, mam takie zdjęcie autentycznego kozaka, ma niesamowitą twarz i chyba go namaluję. Pomysłów nie brakuje, byle na materiały starczyło. Kupuję farby akrylowe, bo olejne drogie. Blejtramy robię sam, zbijam z dre-wna, naciągam płótno. Ale jak pracy nie ma, każdy grosz się liczy, więc mam nadzieję, że znajdę jakichś klientów na te moje obrazy. Mogę tworzyć na zamówienie, drogi nie będę, byle na farby starczyło – zapewnia.

Marek Niksa rozmarza się z lekkim uśmiechem i sięga po pędzel, by poprawić jeszcze jakiś detal w swoim dziele. Domalować jeszcze jeden listek tak, by pasował do jego wspomnienia ukochanej ulicy. – Tych historii związanych z Kościelną mam masę, wszystkich znałem. Kiedyś tu wszystko tętniło życiem, zwłaszcza w niedziele. Dziś spokój, cisza. Nie mówię, że to źle. Inaczej. Może dla weny twórczej i lepiej? – zastanawia się. – A wie pan, że wena to człowieka dopada nawet na stare lata! Następnym razem jak pan do mnie wpadnie, pokażę panu wiersze mojego dziadka. Rocznik 1905, a pisać zaczął, jak miał chyba 76 lat. I nieźle mu to wychodziło, doświadczenie człowieka w nich czuć. Ale to już inna historia – wzdycha.

REKLAMA

REKLAMA