Kiedy emocje rządzą talerzem

W pracy jest dobrze. Umysł zajęty, ręce zajęte. Jakaś kawa bez wstawania od komputera, koniecznie z mlekiem, bo to syci głód. Potem lunch z mikrofalówki, przed 14.00, jak to robią inni. Ale w drodze powrotnej do domu nagły głód, jakby nie jadło się tydzień. Na tym głodzie, po wejściu do mieszkania, łapanie z lodówki czegokolwiek: plastrów wędliny, sera, zimnej resztki drugiego dania z wczoraj. Cokolwiek.
Henrietto, jestem głodna! Omniomniomniom!
Henrietto, jestem głodna! Omniomniomniom!

Potem na spokojnie gotowanie obiadu dla rodziny, więc i wspólny posiłek. Duży, solidny, największy w ciągu dnia. To jakaś godzina 17.00. A potem „coś” nie daje spokoju. Wstawianie prania do pralki z jabłkiem w ręku, pilnowanie odrabiania lekcji przez dzieci z jogurtem, herbatą, bananem w ręku. Do wieczornego filmu już muszą być słodycze: ciasto, zaczęte wcześniej wafelki, czekolada, orzechy, płatki słodkie do mleka, takie dla dzieci. Przed snem jeszcze chwila w internecie: sprawdzenie e-maili na poczcie, ciekawe artykuły, no tu bez czekolady się nie obejdzie.

Rozum wie, że tak nie można, że za dużo tego jedzenia, że o zbyt późnej porze, że procent słodyczy w stosunku do warzyw gigantyczny, więc wzrost wagi gwarantowany, ale „coś” nie daje przejść obok jedzenia, a jeśli się schowa jedzenie, to samo „coś” każe go szukać w lodówce i po szafkach. Dosłowne „myszkowanie” po meblach, a nuż jakiś smakołyk zawieruszył się od wczoraj przez przypadek?

Ile osób czytając ten opis, odnalazło siebie? 70%? 80%? Przy- puszczam, że grubo ponad 50, bo ja to słyszę w gabinecie, od ok. 70% pacjentów, którzy przyszli, by się odchudzać. Kiedy wyjaśniam zasady fizjologii, tłumaczę, dlaczego na jajecznicy na śniadanie się radośnie wchodzi w nowy dzień, a na jajecznicy na kolację się mocno tyje, słyszę czasem: „ja to wiem”, „słyszałam o tym”, „rozumiem, że wieczorem nie powinno się tyle jeść, ale…”. No właśnie. Ale mamy tajemnicze „coś”, co jak podły sabotażysta goni ludzi do lodówki przed snem i napycha już napełnione brzuchy słodyczami.

To „coś” to emocje. Emocje są częścią życia, są w nas i są nam dane. Dzięki ich istnieniu możemy przeżywać radość, miłość, uniesienie, wzruszenie, satysfakcję, dumę z dokonań, ciepłe uczucia wobec innych ludzi. Ale po drugiej stronie skali mamy uczucia negatywne: stres, złość, frustrację, niemoc, zazdrość, zawiść, lęk czy gniew. One też istnieją. W przyrodzie każda rzecz ma swoją drugą stronę. Dzień ma noc, jako swoje przeciwieństwo, starość ma młodość, a zima ma lato. To normalne.

Każdy człowiek doświadcza emocji. I każdy w mniejszym lub większym stopniu doświadcza wszystkich emocji. Także tych, które nazywamy złymi. A to one powodują napięcia w ciele, a kiedy to napięcie rozciąga się w czasie, wywołuje poważny dyskomfort. Fizjologia jest prosta: po zjedzeniu słodyczy podnosi się cukier we krwi, a to daje wrażenie senności i oderwania. Relaksuje. Jest kontrą dla napięcia. Dlatego tyle osób tonizuje sobie stres jedzeniem. Tematem nie jest to, jak nie doświadczać złych emocji, bo nie da się ich nie doświadczać, ale jak sobie z nimi radzić, żeby nie rządziły talerzem. I o tym napiszę za tydzień.

Podobny artykuł

Jak wychować lekomana?