Popłynęli Wisłą w dal

Zielone Świątki obchodzone wspólnie przez mieszkańców nadwiślańskich gmin na nowo stają się lokalną tradycją. W tym roku udekorowane gałązkami brzozy łodzie zabrały świętujących w niezwykłą wodną podróż z Góry Kalwarii do Miedzeszyna. Kolejne przystanki na trasie tego spływu były okazją, by dobrze się bawić i lepiej poznać zanikającą kulturę ludową.

urze1

Głównym organizatorem imprezy była Fundacja „Szerokie wody”, która spełniła obietnicę sprzed roku. Jej prezes Andrzej Stański powiedział wtedy, że podczas następnych Zielonych Świątek planuje całodniowy spływ Wisłą. Chwała organizatorom też za to, że przy mocno ograniczonych środkach potrafią zorganizować imprezę przyciągającą tłumy ludzi. Królową rzek zapełniły drewniane galary, baty i szkuty przybrane w zielone gałązki brzozy. Jak niegdyś ruszyły, by zgodnie z tradycją obchodzić święto z sąsiadami zza rzeki.

Góra Kalwaria na dobry początek
Niedzielny poranek rozpoczęliśmy polową mszą świętą w słynnym wśród żeglarzy porcie Góra Kalwaria. Oprócz wodnych wygów i zwykłych szczurów lądowych uczestniczyła w niej spora grupa cudzoziemców: Niemców, Włochów i Francuzów. Po powitaniach samorządowców z nadwiślańskich gmin odbyły się pierwsze występy zespołów ludowych Urzecza, które zaśpiewały po kilka piosenek „na rozruszanie”. Potem przez cały rejs na łodziach towarzyszyli nam Urzeczeni, Łurzycanki, Wólkowianki, Kalwarki Sołtysi, a w kolejnych odwiedzanych wsiach inne miejscowe zespoły.

Słoneczna pogoda, wesołe towarzystwo, na łodziach akordeony i gitary, pieśni łurzyckie i niełurzyckie, obstawa WOPR-u i policji rzecznej – czegóż więcej było trzeba dzielnym pogromcom rzeki? Jasne, że jeszcze smakowitego jedzenia! I tu na wysokości zadania stanął „nasz” Nadbrzeż.

Nadbrzeż strefą smaku
Każdy z przystanków, w których cumowaliśmy, miał swoją nazwę. Chwała, że w pierwszym był Nadbrzeż jako „strefa smaku”, a ja dodałbym – nielichej wyżerki! I to w dodatku za darmo. Dzięki sponsorom nie zabrakło niczego. Chwalono smakowite potrawy, a Włosi upodobali sobie grochówkę i z zawziętością fotografowali kuchnię polową, nie mogąc się nadziwić temu urządzeniu. Burmistrz Dariusz Łokietek podziękował za piękne przyjęcie sołytys Nadbrzeża Mariannie Drabarek i Stowarzyszeniu Rozwoju Wsi Nadbrzeż, do czego i my się dołączamy. Łukasz Stanaszek (któremu, sam nie wiem czemu, przypisałem niedawno karczewskie pochodzenie, a wiadomo, że to człowiek z Otwocka), wygłosił prelekcję o Urzycu i popłynęliśmy dalej, żegnani przez ludzi zgromadzonych na wale przeciwpowodziowym.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Gassy i niewidzialne sacrum
Odcinek do wsi Gassy jest krótki, nasza kawalkada rozciąga się. Na brzegach widać nieco wędkarzy i rowerzystów po lewej stronie brzegu. Nic dziwnego, drogi tam gładkie i przygotowane, szlaków rowerowych w bród… Przed Gassami nasz konwój musi się przegrupować, aby sprawnie przeciąć trasę promu. Na przystaniach po obu stronach rzeki tłum czeka na przeprawę. Widać, jak była potrzebna i jak łączy brzegi i ludzi znad Wisły. Krótka przerwa, opuszczają nas cudzoziemcy. W Gassach miała być strefa „sacrum i nauki”. Nikt jej wprawdzie nie zauważył, ale i nie miał o to pretensji do organizatorów… Nieco wypoczęliśmy, bo przed nami był trudniejszy odcinek trasy.

Ciszyca pełna tańców i zwyczajów
Kolejnym miejscem postoju jest wieś Ciszyca położona kilka kilometrów na północ od Gassów. Wisła już daje o sobie znać rozległymi piaszczystymi łachami, zdradzieckimi przykosami, zmiennym prądem. Trzeba nawet zawrócić, by odnaleźć właściwy nurt. Z daleka mijamy ledwo widoczne ujście Świdra. Wysokie urwiste brzegi zaczynają nam towarzyszyć po „naszej” stronie Wisły. Jest zupełnie pusto i dziko.

Nasi sternicy szukali dogodnego miejsca na lądowanie, i znaleźli je… w gęstych nadbrzeżnych krzakach. Tarabanimy się pod górę do Ciszycy z zespołami ludowymi, akordeonistami, paniami młodymi i ich babkami. Okazało się, że wylądowaliśmy dokładnie naprzeciwko festynu, tyle że trzeba było dojść okrężną drogą.

Ciszyca, zamożna łurzycka wieś, wita nas strefą „Tańców i zwyczajów”. Toteż tańczono zajadle (w tym słynnego już „Szota”) i śpiewano ostro. Po dwóch godzinach trzeba było niestety płynąć dalej, bo wawerscy organizatorzy z Centrum Kultury oczekiwali nas punktualnie w Miedzeszynie, ale jako szczury lądowe zapomnieli, że Wisłą nie pływa się po linii prostej. Ba, ja powiedziałbym, że po pętli nawet!

Opera w Miedzeszynie
Odcinek z Ciszycy do Miedzeszyna niektórzy uczestnicy zapamiętają na długo, bo musieli z całej siły opierać się na pychu, żeby zejść z mielizny. A tych było niemało i nawet doświadczeni wodniacy mieli problemy, żeby ich uniknąć nawet w środku rzeki. Na dodatek nurt przerywany był zwalonymi konarami drzew, pniami i podobnymi „niespodziankami”, na które trzeba było szczególnie uważać. Cóż, to dzika rzeka, niewybetonowana rynna. Najciężej było w okolicy Kępy Zawadowskiej, gdzie musieliśmy przerzucać się spod jednego brzegu pod drugi, i to szybko. Na jednej z wysp lęgowych mew ujrzeliśmy osobnika, który skrył się na nasz widok. Atakowały go roje ptactwa i by ulżyć biedakowi, powiadomiliśmy policję rzeczną. Niech się tłumaczy, co tam robił…

W Miedzeszynie na brzegu oczekiwały już tłumy gości, z którymi poszliśmy na ichni piknik, witani chlebem i solą. I właśnie solą całego spływu była wystawiona tam opera „Flis”, współczesna interpretacja utworu Stanisława Moniuszki, słusznie doceniona brawami na stojąco. Dziękujemy za widowisko Społecznemu Ognisku Muzycznemu im. A. Kulikowskiego i Wawerskie-mu Centrum Kultury!

Patronaty na imprezą objęli burmistrzowie gmin nadwiślańskich: Konstancina-Jeziorny, Góry Kalwarii, Karczewa oraz Wilanowa i Wawra.