Malowane buźki, cieknąca kiełbasa

Na szczęście już trzecia dekada czerwca. Dlaczego na szczęście? Bo kończy się serwowany nieustannie od kwietnia do wakacji czas „Pikników rodzinnych” oraz „Dni tego i owego”. Przez dwa i pół miesiąca musimy wytrzymać nawałę kiczu, który odfajkowują poszczególne „centra kultury” w ramach obowiązków służbowych. Obserwując zabiegi organizatorów tych imprez, wysnuwam wniosek, że najbardziej oryginalny pomysł na frekwencję sprowadza się do prostego schematu: dla dzieci – malowanie buziek, plastikowa zjeżdżalnia plus kilka kramów z tandetnymi zabawkami made in China; dla dorosłych – ociekające tłuszczem karkówka i kiełbasa plus wodnisty browar w plastikowych kubkach.

hello

Dla reszty nieujętej w tej wyliczance gra „gwiazda wieczoru” – najlepiej disco polo. Wtedy szampańska zabawa trwa do późna, można się nachlać w krzakach piwa przyniesionego z pobliskiego sklepu, a jeszcze lepiej gorzały. I kolejny „Piknik”, „Dni tego i owego” zaliczone… do przyszłego roku. Po-tem zapada cisza, sezon „ogórkowy”. Jak się komuś nie podoba i taki mundry, to niech sobie jedzie do stolicy. Tam, jak wieść gminna niesie, (powtarzana przez tych, którzy nigdy tam nie pojadą…) jest jeszcze gorzej. Bo trzeba wydać majątek na bilet, potem wrócić i wszystko jest strasznie drogie. A poziom, panie! Tu zaś „wszystko” jest na miejscu.

Unikam jak ognia tych pseudokulturalnych imprez, bo nie wnoszą NIC, tylko są szastaniem publicznymi (czyli naszymi) pieniędzmi, których tak brak na szeroko rozumianą KULTURĘ. Na przykład na dofinansowanie kulejących domów kultury, klubów osiedlowych, koncertów prawdziwej muzyki, na zaproszenie prawdziwej gwiazdy, a nie z Koziej Wólki – słowem na rzeczywiście wartościowe działania.

W jeden weekend podkusił mnie chyba diabeł i „zaliczyłem” trzy imprezy. Pierwszą był koncert zespołu Galyc’ki Muzyky z ukraińskiego Tarnopola, ściślej Filharmonii tego miasta, który odbył się na placu przed józefowskim Miejskim Ośrodkiem Kultury. Poziom, wiadomo, filharmonie nie wypuszczają ludzi, którym słoń na ucho nadepnął. Sceneria – pierwsza klasa, bo ten nowy plac może zaimportować każde miasto w Europie i widać, że nie projektował go pan Ziutek, znajomy pani Moniki. Też mógłby być taki w Otwocku, ale ówczesny pan prezydent miasta ze świtą wymarzyli sobie wielką galerię handlową. No to mamy.

Na drugi dzień pojechałem na Dni Konstancina. Promem przez Wisłę. Spotkałem tam wielu otwocczan. Mieli nosa, bo tam dużo się działo. Impreza była w stylu retro, zatem jeździły automobile, a wielu uczestników ubranych było w stroje „z epoki”. Tańczono przy muzyce fantastycznych orkiestr grających kawałki z lat 30., ragtime, jazz, foxstroty itd. Do tego w Parku Zdrojowym całe aleje wypełnione kramami prawdziwego rękodzieła, ani śladu chińskiego badziewia. W muszli koncertowej odbywał się wielogodzinny koncert ichniejszej orkiestry dętej, poziom – daj Boże u nas w powiecie. Grano w pokera, ruletkę – jasne, że na niby.

Gdy ktoś się żachnie, że Konstancin to bogata gmina, w dodatku uzdrowisko, to przypominam, że Otwock też był bardzo znanym uzdrowiskiem, też miał tłumy kuracjuszy i prawdziwą muszlę koncertową. Kto swym codziennym nieustannym i konsekwentnym trudem spowodował, że jest tym, czym jest? Co zostało z dawnej świetności, widać gołym okiem. Powrót przez Wisłę i wizyta na Dniach Karczewa. Koniec pieśni. Trzy imprezy, tylko dwie rzeki – Świder i Wisła – i dwa inne światy…

Podobny artykuł

Wysyp walkowerów

REKLAMA

REKLAMA