Nie powiedzieliśmy ostatniego słowa

Tydzień temu w halach w Karczewie oraz Józefowie rozegrano turniej finałowy Pucharu ZPRP Młodziczek. Choć ekipie gospodarzy – MKS Karczew – nie udało się powtórzyć sukcesu sprzed roku i stanąć na najwyższym stopniu podium, medal brązowy także trzeba uznać za sukces. Drużyna Mistrzyń Mazowsza trzeci sezon z rzędu stanęła na podium najważniejszej imprezy w Polsce. O tym wyczynie – i nie tylko – z twórcą karczewskiej potęgi trenerem Grzegorzem Ankiewiczem rozmawia Tomasz Jabłoński.

ank1

Po tych kilku dniach od zakończenia turnieju trzecie miejsce zdobyte przez MKS Karczew rozpatruje Pan w kategoriach sukcesu czy porażki?
– Plan minimum zakładał zdobycie medalu. Po kontuzji Wiktorii Trzepałki wiedziałem, że nie będzie to proste, bo to dość ważne ogniwo w zespole. Po jej urazie w krótkim czasie musieliśmy zmodyfikować nasz system gry. Poza tym po turnieju półfinałowym przytrafiły nam się kolejne kontuzje, może nie były one tak poważne jak w przypadku Trzepałki, ale Monika Adamiec, Julia Jobda oraz Joanna Wójcik przez ostatnie dwa tygodnie były częściej na rehabilitacji niż na treningach. Taką przerwę ciężko nadrobić, i to też było widać w grze. Mimo wszystko dalej wierzyłem, że siła, umiejętności techniczne oraz taktyczne są wciąż po naszej stronie. Tak naprawdę z całej stawki drużyn, które do nas przyjechały, nie znaliśmy tylko realnych możliwości Ruchu Chorzów, Panter Dopiewo oraz Victorii Tomaszów Mazowiecki.

Zagrożenie przyszło jednak z najmniej oczekiwanej strony – ligowego rywala, wicemistrza Mazowsza – Varsovii Warszawa.
– Ta porażka bardzo boli, bo tak naprawdę nic jej nie zapowiadało. Gramy z nimi od wielu lat i tak naprawdę trudno mi sobie przypomnieć poprzednią porażkę. Ostatnio w lidze wygraliśmy z nimi dość pewnie różnicą dziesięciu bramek, także trudno było się spodziewać, że mogą nam zaszkodzić, zwłaszcza że do ich składu doszła tylko jedna dziewczyna z młodszego rocznika, która na dobrą sprawę nie mogła zrobić aż tak dużej różnicy w grze. Ten przegrany półfinał to był przede wszystkim efekt naszej słabszej postawy. Zresztą cały turniej nie okazał się pod względem gry taki, jaki sobie założyliśmy. Analizując teraz na chłodno, popełniliśmy w nim naprawdę masę prostych błędów. Zadowoleni możemy być jedynie z grupowego spotkania z Ruchem Chorzów oraz spotkania o trzecie miejsce z Jelenią Górą.

Zawodniczki MKS Karczew od trzech sezonów stają na podium najważniejszej imprezy w kraju
Zawodniczki MKS Karczew od trzech sezonów stają na podium najważniejszej imprezy w kraju

Czym – według Pana – były spowodowane te słabsze występy?
– Co by nie mówić, presja publiczności i oczekiwania były naprawdę ogromne. To nie jest jednak zarzut w stosunku do kibiców, bo są najlepsi, czego gratulowały nam inne drużyny, twierdząc, że w sportach młodzieżowych rzadko pojawia się tak oddana grupa fanów. Wydaje mi się jednak, że dziewczyny chciały tak mocno sprostać temu wszystkiemu, co działo się na trybunach, że momentami zamiast popchnąć je do przodu, usztywniało je to. W niektórych momentach zatraciły zdolność racjonalnego podejmowania decyzji. Trochę szkoda, że tak to zadziałało, bo to, co udało się stworzyć kibicom, było niesamowite. Na pewno wrócimy do tego meczu z Varsovią, żeby dziewczyny zobaczyły, jak to wyglądało z boku i jakie decyzje podejmowały.

Myślę, że ten mecz na długo utkwi im w pamięci.
– Pewnie tak. Varsovia pewnie też zyskała dużo pewności po tym meczu i całym turnieju. Myślę, że one złapały taki właściwy rytm już w trakcie półfinałów, które – mimo obecności trudnego przeciwnika, jakim jest Nowa Karczma – wygrały dość gładko. To był dla nas pierwszy poważny sygnał, że Varsovia może się liczyć w walce o medale na tym turnieju. Ich najmocniejszą stroną okazały się determinacja i wiara we własne możliwości. Grały bardzo pewnie i żadnej z zawodniczek nawet w najtrudniejszych momentach nie zadrżała ręka przy rzucie. U nas to tak nie wyglądało. Było odwrotnie, co trochę irytowało, bo graliśmy u siebie, we własnej hali, gdzie znamy praktycznie każdą klepkę…

Ale jakby nie patrzeć, MKS Karczew po raz trzeci z rzędu staje na podium najważniejszej imprezy w kraju. Po brązie i złocie znów na szyjach zawodniczek zawisł brązowy medal.
– Nie przypominam sobie, aby w ostatnich latach jakiś inny klub w kategoriach młodzieżowych zdobywał trzeci raz z rzędu medal najważniejszych zawodów w Polsce, a przecież to jeszcze nie koniec. Nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Przed nami kolejne mistrzostwa. Życzyłbym każdemu zawodnikowi czy trenerowi, aby kiedyś mógł choć raz stanąć przed lustrem i powiedzieć: jestem trzeci w Polsce. To coś niesamowitego, a że teraz rozpatrujemy to, co się stało, w kategoriach sukcesu czy porażki, to przede wszystkim efekt tego, że po ostatnich wygranych zawiesiliśmy tym dziewczynom tak wysoko poprzeczkę, że na boisku musiały się mierzyć nie tylko z rywalami, ale również z oczekiwaniami. Nie ma się jednak co dziwić, bo były podstawy ku temu, by wierzyć w złoto. Ligę przeszliśmy bez porażki. Do tego odnotowaliśmy pięć zwycięstw w najważniejszych i największych turniejach w Polsce: Giżycku, na Podlasiu, Karczewie, Brodnicy oraz na koniec w Krakowie, gdzie w turnieju Lajkonika triumfowaliśmy w dwóch kategoriach wiekowych.

Jak na klub z małej miejscowości to wyjątkowe osiągnięcie.
– Myślę, że jesteśmy nawet ewenementem w skali kraju. W trakcie turnieju wielu szkoleniowców było zdziwionych faktem, że jesteśmy tak wysoko, mimo że nie opieramy się na klasach sportowych. Większość drużyn, które teraz do nas przyjeżdżały, właśnie tak funkcjonują, na zasadach Ośrodków Sportów Młodzieżowych. Takie kluby jak Gniezno, Jelenia Góra, Brodnica czy Szczecin trenują pięć razy w tygodniu nie tylko na treningach, ale również podczas zajęć wychowania fizycznego. To tworzy przewagę, ale my i tak jesteśmy w stanie z nimi rywalizować jak równy z równym. Nawet trudno mi sobie wyobrazić, co by było, gdybyśmy mieli takie możliwości i funkcjonowali tak jak oni…

A wracając jeszcze do samego turnieju. Czy nie uważa Pan, że gdyby ta jedyna porażka nastąpiła wcześniej – w fazie grupowej – to zdjęłaby z drużyny presję i grałoby się im łatwiej, tak jak choćby w meczu o trzecie miejsce z Jelenią Górą?
– Być może tak by było, ale nie można tego zagwarantować. Przed meczem o trzecie miejsce musieliśmy jak najszybciej powrócić do równowagi, bo wiedzieliśmy, że może nam uciec medal. Czwarte miejsce byłoby dla nas tragedią. Porozmawialiśmy sobie o tym przed wyjściem na boisko i grało nam się zupełnie inaczej. To trzecie miejsce naprawdę nie jest powodem do wstydu. Inne kluby, z większymi tradycjami niż my – jak Łukovia Łuków – czekają na taki sukces już od kilku lat. Piąte miejsce, jakie wywalczyły u nas, to ich najwyższa lokata od kilku sezonów i z tego bardzo się cieszyły. My też powinniśmy.

MKS Karczew – jako gospodarz – oprócz sukcesu sportowego osiągnął tym turniejem również sukces organizacyjny. Jeszcze podczas turnieju pod Waszym adresem padało wiele ciepłych słów.
– Gratulowano nam zarówno osobiście, jak i przez różnego typu strony poświęcone piłce ręcznej oraz media społecznościowe. To było dla nas ogromne wyzwanie, ale podołaliśmy. Jestem bardzo szczęśliwy, że znaleźliśmy wokół siebie tyle niezwykle życzliwych osób, które postanowiły nas wesprzeć. Wielką rolę w całym przedsięwzięciu odegrał burmistrz Karczewa Dariusz Łokietek, który nie tylko pomógł finansowo, ale również wspierał przy rozmowach ze sponsorami. Organizacyjnie też wypadliśmy na medal.

Podobny artykuł

Ten moment

Podobny artykuł

Lokalny wybór

REKLAMA

REKLAMA