Pierścionek Leontyny

Gdy Magda Kordel opowiada o swoich bohaterach, wydaje się, że to prawdziwe życie. Pisarka z uśmiechem zapewnia jednak, że choć jest z nimi bardzo zżyta i są w jej myślach wciąż obecni, odróżnia jeszcze rzeczywistość od fikcji. W najnowszej powieści „Tajemnica bzów” zabiera nas nie tylko do Malowniczego, ale i do przedwojennego Lwowa. Z MAGDALENĄ KORDEL rozmawia Przemek Skoczek.
Magda Kordel
Magda Kordel

„Tajemnica bzów” to już Twoja ósma książka i zarazem siódma, której akcja rozgrywa się w wymyślonym przez Ciebie miasteczku Malownicze, gdzieś w Sudetach. Nie znudził Ci się ten mikroświat?
– Nie znudził. To miejsce, w którym dzieje się tak wiele, jest tylu różnych bohaterów i przeplatających się historii, które można rozwinąć, że nie ma monotonii. Mam wiele wątków, które gdzieś były zasygnalizowane, jak spadek czekający na Magdę w Paryżu, i po prostu trzeba je rozwinąć. Pomysłów na kolejne powieści jest więc sporo. W najnowszej książce Malownicze stanowi zresztą tylko tło dla wydarzeń, jest dużo retrospekcji i wspomnień, ponieważ główną bohaterką jest tym razem Leontyna. To starsza już kobieta, przewijająca się od drugiej części cyklu, w każdej kolejnej książce. Nigdy nie była postacią wiodącą, ale nie chciała mnie opuścić, jakby czekała, aż znajdę dla niej czas, i się doczekała (śmiech).

Co takiego inspirującego jest w Leontynie?
– To chyba moja ulubiona bohaterka. Dzięki Leośce w Malowniczem jest trochę magii, tajemniczości, niezwykłości. Starszy wiek ma to do siebie, że niesie pewne tajemnice, niedomówienia, moc wielu przeżyć i doświadczeń, życiową mądrość. I taka też jest Leontyna, która ma pewien dar. Prowadzi klimatyczny sklepik ze starymi przedmiotami, takie „mydło i powidło”, nazywa się „Kuferek Leontyny”. Trafiają tam różne rzeczy, a ona potrafi wyczuć niezwykłość i szczególne przeznaczenie niektórych z nich. Wie, że nie mogą one trafić w pierwsze lepsze ręce, że czekają na kogoś konkretnego, na swojego właściciela, i gdy ktoś taki pojawia się w sklepie, Leontyna potrafi to bezbłędnie rozpoznać. Ten dar nie wziął się znikąd, w książce jest to wyjaśnione, tu nic więcej nie zdradzę.

Pojawia się też wyjątkowy pierścionek, prawie jak u Tolkiena…
– Tak daleko z porównaniami bym nie szła (śmiech). Pierścionek jednak rzeczywiście jest, należy od pokoleń do rodziny Leontyny, ona wciąż go nosi, ponieważ nie wyszła za mąż, nie ma dzieci i nie miała komu go przekazać. Pewnego dnia jednak pierścionek sam zaczyna się jej zsuwać z palca, choć dotąd leżał na nim idealnie, i ewidentnie ciągnie go do pewnej konkretnej osoby.

Intrygujące to wszystko. Wspominałaś o retrospekcjach. Gdzie nas wiodą?
– Do młodości Leontyny, oczywiście, a ta upływała w przedwojennym Lwowie i w wojennej Warszawie. To sprawiło, że ta książka jest na tle pozostałych dość wyjątkowa. Akcja zaczyna się w 1914 roku od historii rodziców Leontyny, ich poznania. To było dla mnie duże wyzwanie, ponieważ nie chciałam tego świata wymyślać, bardzo ważne było dla mnie dokładne poznanie go i oddanie tamtej rzeczywistości jak najwierniej. Gdy zaczynałam przygotowania, wydawało mi się, że znam Lwów dość dobrze. Szybko się okazało, że nie znam tego miasta prawie wcale. Na starcie miałam dwie książki dotyczące historii Lwowa i dwie poświęcone kuchni kresowej. Teraz mam dwie pełne półki. Przygotowałam się bardzo solidnie. Lwów opisany w „Tajemnicy bzów” jest prawdziwy. Pojawiają się tamtejsze piosenki, elementy mowy lwowskiej. Jeśli ktoś się uprze i zechce poszperać w archiwalnej prasie, może sprawdzić, że film, na który udają się do kina bohaterowie, rzeczywiście był w tym właśnie kinie, tego właśnie dnia grany.

Dbałość o detal, to się chwali! Korzystałaś też z prawdziwych, zasłyszanych czy przeczytanych historii?
– Jasne! Ja jestem zbieraczem wszelkich ciekawych historii. Chyba każdy, kto pisze, musi się na czymś opierać, więc kolekcjonuje i przetwarza na swoje potrzeby różne opowieści. Na przykład w „Tajemnicy bzów” pojawia się leśniczówka pod Lwowem. W rzeczywistości była ona gdzie indziej, ja ją sobie pod Lwów przeniosłam, ale historia z nią związana, z duchem, nawiedzoną jadalnią i babcią, która zapala naftowe lampy, by okiełznać nieznaną siłę, jest prawdziwa. Opowiedział nam ją nasz przyjaciel. Takich przykładów jest wiele.

Trudniej się pisało książkę z tym historycznym tłem?
– Zdecydowanie trudniej, zwłaszcza przygotowania wymagały czasu i cierpliwości, ale bardzo mi się to spodobało. Tym bardziej, że zawsze fascynował mnie przedwojenny Lwów, a teraz go wręcz pokochałam! To szperanie, dłubanie, podróż w przeszłość są fascynujące. To pierwsza moja książka, która ma podaną bibliografię. Ciekawa odmiana i myślę, że jeszcze do pisania o przeszłości będę wracać. Na pewno w kolejnej części, ponieważ historia opowiedziana w „Tajemnicy bzów” nie kończy się w tym tomie, urywa się w czasie Powstania Warszawskiego i będzie podjęta w następnym. Trafimy między innymi na Ziemie Odzyskane. Trzeba się uzbroić w cierpliwość.

Czyli Malowniczego nie opuszczamy?
– To miejsce i jego mieszkańcy mają wciąż zbyt duży potencjał, by się z nimi żegnać. Kontynuacji cyklu domagają się zresztą czytelnicy, więc nie mogę im tego zrobić i go nagle urwać. Tym bardziej, że czasami bardzo mi pomagają w pisaniu. Mam specjalny zeszyt z rozpisanymi postaciami i ich charakterystyką, najważniejszymi faktami. To konieczna ściągawka, bo czasem łatwo coś zapomnieć i pomylić, a stali czytelnicy zaraz to wyłapują. Kiedyś, pisząc, zapomniałam imię córki Kraśniakowej, a bardzo się spieszyłam i nie chciało mi się szukać. Rzuciłam pytanie na moim internetowym fanpage’u i w kilka minut miałam masę odpowiedzi. Moi czytelnicy są niezawodni! (śmiech).

Podobny artykuł

Śledź komisje

REKLAMA

REKLAMA