Malta grzechu warta

W Tunezji zamachy, Grecja bankrutuje. W Egipcie wojsko pilnuje turystów. Krym zajęty, a we Francji, Włoszech i w Hiszpanii ceny są z kosmosu. Gdzie wyjechać latem, żeby odpocząć i nie zrujnować domowego budżetu? Polecam wakacje na Malcie. Wypoczynek nie będzie kosztował dużo więcej niż na polskim Wybrzeżu. Najlepiej pojechać tam np. we wrześniu lub wiosną.

La Valetta, stolica Malty,  wygląda z morza jak forteca
La Valetta, stolica Malty, wygląda z morza jak forteca

Chociaż Europa jest dla mnie totalną nudą (poza Rumunią i Ukrainą, gdzie jeżdżę „nałogowo”), w tym roku zrobiłem wyjątek – odwiedziłem Maltę, ale przed sezonowym najazdem.

Nie ma flądry po 50 złotych?
Cześć, Jacek! Tu cię jeszcze nie było? – Marcin jest zaskoczony, ja zupełnie nie, bo nie w takich zaułkach świata natykałem się na znajomych. Śmiejemy się ze spotkania, bo w Polsce jakoś brakuje czasu…Na Malcie tempo jest takie południowe. Bo i gdzie się spieszyć, gdy człowiek tu wszędzie dotrze na czas?

Fakt, odległości nie są zabójcze. Malta, skalny okruch na Morzu Śródziemnym, jest 30 razy mniejsza od województwa opolskiego, a mieszkańców ma mniej niż Gdańsk. Jednak w sezonie letnim zalewa ją fala turystów. Wyspę odwiedza ponad cztery miliony ludzi! Te miliony zostawiają też miliardy euro i dlatego turystów traktuje się tu poważnie, np. obniżając cenę tygodniowego biletu na autobusy kursujące po całej wyspie z 12 euro do 6,5 euro. Tyle kosztuje dobowy w Warszawie…

Albo weźmy taki hotelik. W końcu kwietnia, kiedy byłem na Malcie, za pokój trzyosobowy w pełni wyposażoną kuchnią (to tu bardzo popularne i ważne, bo można samemu pichcić i sporo zaoszczędzić) płaciliśmy po 11 euro od osoby. Hotelik znajdował się 100 metrów od pięknego nadmorskiego bulwaru. W Polsce cena nie do pomyślenia. I dlatego Polaków tu pełno. Korzystają z tanich przelotów (na trasie Kraków-Malta i z powrotem można trafić bilety za 300 zł), wspaniałego klimatu i bezstresowej organizacji pobytu. Do tego ceny w sklepach podobne są do tych w kraju.

W restauracjach króluje oczywiście kuchnia śródziemnomorska z owocami morza i pizzą na czele, a narodowe danie, czyli fenek (królik) w potrawce, jakoś nie powaliło mnie na kolana. Mimo wszystko był lepszy niż flądra nad Bałtykiem na tekturowym talerzyku za grubą kasę.

Do wody po drabinie
Tak samo nie powaliły mnie tutejsze plaże, bo właściwie zupełnie ich nie ma. Największa piaszczysta plaża na wyspie ma może pół kilometra, inne – wciśnięte gdzieś pod niedostępne skały – zajmują po kilkadziesiąt metrów. Ale, o dziwo! Ludziom to zupełnie nie przeszkadza i wylegują się plackiem na gołych skałach, a tam, gdzie to możliwe, schodzą do morza po… drabinie. To morze z kolei jest tak fantastycznie przezroczyste i lazurowe, że nawet starzy globtroterzy (jak, nie przymierzając, niżej podpisany) łapią się za głowę. Nurkowie też, stąd Malta ma utrwaloną opinię podwodnego raju. Nie dziwi więc, że na wyspę wpadli: Brad Pitt, Madonna, Sharon Stone, Robin Williams – nie wymieniając jeszcze kilku czytelników „Linii Otwockiej”. Mariny dla nieziemsko wypasionych jachtów (z helikopterami na pokładzie) spowodowały u mnie refleksję, że milion dolarów to chyba nie jest jakaś zawrotna kwota.

Kościoły, fortece, bunkry
Wszystkie wspomniane atrakcje to rozrywki dla hedonistów i burżujów pławiących się w luksusie. My, zwykli zjadacze chleba, dumnie zwróciliśmy się ku rozrywkom wyższego lotu. Na przykład zwiedzaniu kościołów. Tyle, że jest ich tutaj podobno 365, czyli tyle, co dni w roku. I tak w to nie wierzę, bo na moje oko jest ze dwa razy tyle.

A te kościoły to nie są jakieś małe wiejskie kościółki, tylko gigantyczne kamienne budowle (jak zresztą wszystkie budowle na Malcie), przykryte jeszcze większymi kopułami, sterczącymi ponad całym krajobrazem nie tylko Malty, ale też sąsiedniej wyspy Gozo. W sumie wystarczyły nam może trzy świątynie. W tym katolickim kraju (93% wyznawców) można wysłuchać mszy nawet po… arabsku, a rozwody są zabronione.

W kolejce do oblężenia
Jednak Domy Boże, królujące nad Maltą, nie były w stanie przysłonić potężnych fortec nadmorskich, miejskich i wiejskich wzniesionych dosłownie wszędzie. Do tego zaliczyć trzeba też kompleksy bunkrów i mamy odpowiedź na pytanie, jak wyglądała historia tej wysepki. Chociaż też niekoniecznie, bo zostały jeszcze budowle megalityczne sprzed pięciu tysięcy lat! Jest ich z dziesięć i wszystkie są na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Potem wyspę atakowali i zajmowali: Fenicjanie, Rzymianie, Goci, Wandalowie, Bizantyjczycy, Arabowie, Normanowie, Francuzi, Hiszpanie, korsarze z północnej Afryki, Turcy, Niemcy, a na końcu zajęli ją Brytyjczycy. A Maltańczycy to wszystko przeżyli i na nikogo nie narzekają.

Teraz wyspa oblegana jest przez „boat people” – nieszczęśników płynących morzem z Afryki do europejskiego raju. Widziałem obóz tych uchodźców – rzędy metalowych kontenerów poustawianych jeden na drugim.

Są klimaty!
W kwietniu wyspa urzeka kwiecistymi polami usypanymi makami, nieprawdopodobnie bujną koniczyną, kwiatami, których nazw nie znam, na tle ginącego w oddali morza, het ku tunezyjskim brzegom. I klifami, wielkimi białymi skałami wycinającymi obrys Malty i Gozo, spadającymi zawrotnymi przepaściami. Obeszliśmy całą wyspę pieszo, drugą – Gozo  – prawie też. Idealne trasy dla pieszych wędrówek. I wierzcie albo nie wierzcie – są klimaty!

Podobny artykuł

Malta grzechu warta

REKLAMA

REKLAMA