Czacza w rytmie reggae

Karolina Balińska z Karczewa i Szymon Lichmira, vel Simon Dread, z Otwocka już drugi sezon prowadzą w Gruzji absolutnie odlotową knajpkę Nyabinghi Reggae Ethnic Bar nad brzegiem Morza Czarnego. Szaleńcy? Postrzeleni ryzykanci? Nie, to szczęśliwi ludzie mający odwagę spełniać swoje marzenia.
Szymon i Karolina udowadniają, że można stworzyć sobie raj na ziemi. Nieidealny i nie bez trosk, ale ich własny, wymarzony, w słonecznej Gruzji
Szymon i Karolina udowadniają, że można stworzyć sobie raj na ziemi. Nieidealny i nie bez trosk, ale ich własny, wymarzony, w słonecznej Gruzji

W turystycznej miejscowości Gonio, 11 kilometrów od Batumi, znają ich wszyscy. Gdy przyjechali tam w 2014 roku, wielu Gruzinów zapewne pukało się w głowę. Bar w starym blaszanym garażu? W dodatku wegetariański?! To się nie może udać! Im by się zresztą nie chciało. To cudowny, otwarty i cie-pły naród, ale raczej leniwy. Karolina i Szymon dokonali jednak cudu i z brzydkiego kaczątka stworzyli wielobarwnego rajskiego ptaka.

Peace and love
„Jedyne miejsce w Gruzji, gdzie fajnie spędzisz czas w towarzystwie świetnych osób, poznasz nowych fantastycznych znajomych, a do tego przy akompaniamencie muzyki reggae i kuflu dobrego gruzińskiego trunku.” / „Bezbłędna ekipa fantastycznych ludzi zaopatrujących zbłąkanych wędrowców w pyszne jedzenie i świetną czaczę, totalny relaks.” / „Fajna odmiana od knajp typu „kopiuj i wklej”. Fantastyczni ludzie, ciekawe historie, wszystko bez nadęcia – po prostu peace and love!” / „Czysta magia. Jedno z moich ulubionych miejsc w Gruzji.” / „Cudowne miejsce w zasadzie pośrodku niczego. Z ciekawości wpadłam na chwilę, zostałam do nocy. Niesamowicie pozytywne, relaksujące, pyszne, spokojne i energetyczne zarazem.” / „Wrócę tu!!!”.

To tylko kilka z bardzo wielu opinii, które można przeczytać w internecie na temat baru Karoliny i Szymona. Jak to osiągnęli? To miejsce skromne, kameralne, ale wprost kipiące  dobrą energią i kolorami, gdzie od rana do nocy gra muzyka, przewijają się tłumy gości, by wspólnie rozmawiać, jeść, pić (np. czaczę – lokalny bimber z winogron, w stylu grappy), śpiewać, tańczyć albo po prostu relaksować się w hamakach.- Jesteśmy oboje pozytywnie nastawieni do świata i to do nas wraca. Dobrze się u nas czują włóczykije z całego świata. Pojawiają się Francuzi, Niemcy, Anglicy, turyści z Jordanii, Libanu, Izraela, Kolumbii, Argentyny, Indii, Nowej Zelandii, Brazylii, oczywiście Gruzini i Polacy, których przyciąga powiewająca nad dachem biało-czerwona flaga. Zdarzyło się, że i muzyka. Jeden z gości opowiadał, jak bardzo się zdziwił, słysząc nagle na deptaku „Brooklyńską radę Żydów” Kultu – opowiada ze śmiechem Karolina. – Mamy bardzo często komplet, do tego stopnia, że nie ma gdzie usiąść. Robię domową, smaczną kuchnię od serca i ludzie to czują. Bez chemii i ściemy. Menu mamy w czterech językach: polskim, angielskim, rosyjskim i gruzińskim. Projekt graficzny zrobił kolega z Otwocka, Wiesiek Kulesza (dawny grafik „Linii Otwockiej“ – przyp red.). Wracają puste talerze i ludzie się naprawdę zajadają, chwalą, mówiąc, że pyszne, najlepsze jedzenie w Gruzji. Może tak jest, bo byliśmy pierwszym wegebarem w tym kraju!

Miłość od pierwszego wejrzenia

– Trzy lata temu przyleciałam do Gruzji pierwszy raz ze znajomymi na wakacje. Typowa objazdówka. No i zakochałam się w tym kraju, ludziach i kuchni. Dwa miesiące później zwolniłam się z pracy, ściągnęłam z Londynu swojego chłopka, Szymona, który tam pracował, i kupiliśmy „one way ticket” do Gruzji. Czułam, że muszę coś zmienić w swoim życiu. Nie chciałam na starość żałować, że nie zrobiłam wszystkiego dla swojego wewnętrznego szczęścia. I nie chodziło tu o pieniądze, tylko o szczęśliwe i spokojne życie – wspomina Karolina.

To był rok 2013. Od października mieszkali w Tbilisi, bez żadnego konkretnego planu, szukali na spokojnie swojej drogi. Szymon, który jako Simon Dread jest DJ-em reggae, grał z winyli w knajpach. Karolina, absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, trochę pisała, potem pra- cowała w klimatycznym hostelu w Tbilisi, na starym mieście.

– Było miło i pełno wrażeń, jak to w Gruzji, ale zaczęłam myśleć, że jednak to jeszcze nie to – zamyśla się Karolina. – Kiedyś, gdy wracałam zmęczona z pracy, przypomniało mi się moje wielkie marzenie – mieć wegebar i reggaebar na plaży. Inspiracją była podróż na Bałkany, kilka lat temu, gdzie w Czarnogórze, przy granicy z Albanią, był hippisowski bar na plaży. Mieliśmy zostać tam na dwie noce, a zostaliśmy na tydzień.

– Karolina od 10 lat nie je mięsa i uwielbia gotować, robiła też kiedyś kameralny catering wege. Ja gram reggae, więc połączeniem naszych potrzeb i tego, co lubimy, okazał się właśnie reggae bar – dodaje Szymon. – Spakowaliśmy się i pojechaliśmy nad morze szukać miejsca. Nie chcieliśmy Batumi, raczej małe, spokojne i klimatyczne miejsce. Marszrutka wysadziła nas w Gonio. Plan był taki – chodzimy non stop i pytamy. Okazało się jednak, że nasze miejsce znaleźliśmy jak na pstryknięcie palcem. Remont był wyzwaniem, zaczęliśmy na początku maja, a bar udało się otworzyć 10 lipca, miesiąc czekaliśmy na podłączenie prądu, ale daliśmy radę. I działamy już drugi sezon.

Nyabinghi Reggae Ethnic Bar nad brzegiem Morza Czarnego to najlepsza kuchnia wege w kraju. Gości mają z całego świata
Nyabinghi Reggae Ethnic Bar nad brzegiem Morza Czarnego to najlepsza kuchnia wege w kraju. Gości mają z całego świata

Dużo słońca, czasem deszcz
Życie w Gruzji jest szczęśliwe, choć niepozbawione trosk (czy jest miejsce na Ziemi od nich wolne?). Ludzie przyjaźni i otwarci, ale – jak już wspominałem – do pracy się nie rwą.

– Problemy są z dostawami, bo tutaj – odwrotnie niż w Polsce – jak chcesz coś zamówić, to musisz się prosić, wręcz błagać i wydzwaniać po sto razy. Ludzie mają tu luźne podejście do czasu, coś ma być na jutro, będzie za tydzień, i w czym problem? To leniwy naród i albo im się nie chce, albo są pijani, albo na kacu. Tygodniami wydzwaniam po zwykłą wodę, a jak się dodzwonię i zamówię, to i tak nie przywiozą. Zamrażarkę z lodami zamówiłam już w maju, ale że padało, to czekaliśmy na upały. No i jak przyszły, okazało się, że „wyszły im wszystkie lodówki”, więc oni nam mogą przywieźć same lody, bez lodówki… Lekka załamka. I radź sobie sam, człowieku. Tak się robi biznesy w Gruzji – śmieje się Karolina.

– W końcu niedawno sama zaczęłam jeździć do Batumi po towar, auto pożyczam od znajomego Polaka. Chwilami śmiejemy się z różnic kulturowych, podejścia do równouprawnienia kobiet, pracy
i ekologii, ale szanujemy ich kulturę.

Przekonali się szybko, że jest też jeszcze inna, nieprzyjemna strona mentalności gruzińskiej, nam, Polakom, zresztą dobrze znana – bezinteresowna zawiść. – Cyrk zaczął się już w zeszłym roku, kiedy pan o pseudonimie „Krysa” (z rosyjskiego „szczur“), za symboliczne 250 gel dał zgodę na samo podłączenie się do niego z wodą i prądem. Comiesięczne rachunki za każdym razem znacznie „zaokrąglał” na swoją korzyść, a do tego potrafił wypić u nas darmowe piwo. Nie mógł jednak wytrzymać tego, że mamy gości, więc wracał do domu i pyk: wszystko po złości odcinał
– opowiada Szymon.

– Właściciel garażu, który wynajmujemy, zażyczył już sobie dwukrotność tego, co w zeszłym roku. Ponoć straszył, że w przyszłym roku to on sam otworzy bar, choć dwa lata temu mówił, że nie ma głowy do prowadzenia jakichkolwiek interesów.

W tym roku Karolinę i Szymona, którzy wrócili do Gonio po zimowej przerwie, spotkała niespo- dzianka. W sąsiedztwie powstawał inny bar. – Ci fajni miejscowi mówią nam, że do naszego zeszłorocznego otwarcia bulwar w Gonio świecił pustkami. Przyjechali Polacy, zrobili coś zupełnie  innego i mają gości z całego świata. I nagle nowy bar. Kto go stawia? Przyjaciel wspomnianego „Szczura”. Dokładnie naprzeciwko nas, żeby nam przeszkadzać. Tak twierdzą miejscowi, którzy w większości stoją za nami murem. Nie przeszkadza nam to, że powstaje kolejny bar, no problem, jesteśmy hippisami. Mamy tylko nadzieję, że nie będą puszczać za głośno ruskiego disco. Na szczęście jesteśmy niepoprawnymi optymistami.

I mają do tego optymizmu powody. Niedawno zatrudnili Jambula, gruzińskiego kucharza z 30-letnim stażem w gotowaniu na statkach, który zdziwił się, co prawda, widząc bezmięsne menu, ale dziś tworzy prawdziwe wegańskie i wegetariańskie cuda. Dla poszukiwaczy wrażeń, chcących lepiej poznać okolicę, organizują nietypowe i pełne wrażeń wycieczki po Adżarii, górzystej republice autonomicznej nad Morzem Czarnym. Oferują też pomoc w znalezieniu w Gonio ciekawych kwater. A niebawem powstanie o nich reportaż filmowy dla stacji Discovery!

Zima w Batumi

– Teraz sezon mamy w pełni, dużo się dzieje. W sierpniu mamy koncert Chveneburebi, jednego z najbardziej uznanych męskich zespołów wokalnych Gruzji, który specjalizuje się w gruzińskich wielogłosach z akompaniamentem ludowych instrumentów. Zagra też Zal Julgar, muzyk z Argentyny. Nie chcemy jednak wracać znów na pół roku do Polski. Na zimę przenosimy bar do Batumi i organizujemy wielkiego sylwestra – dodaje Szymon.

– Chwilami łapie mnie takie wzruszenie, nawet jak padam ze zmęczenia. Widzę wspaniałych i zadowolonych gości, leci moja ulubiona muza, wszystko w tak pięknych, wymarzonych okolicznościach przyrody, bo leję piwo, patrząc na morze. I czasem sama nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Aż każę się szczypać. Łapię każdą chwilę – rozmarza się Karolina.

REKLAMA

REKLAMA