Adrenalina pcha do przodu

Coraz więcej osób codziennie wkłada sportowe buty, dresy i wychodzi z domu, by przebiec kolejny dystans. W ten sposób rodzi się sportowa pasja, która potem przekształca się w styl życia. Owocem tego jest najczęściej udział w licznych maratonach ulicznych. Są jednak również takie osoby, którym pokonanie kilku kilometrów w tradycyjnych warunkach nie wystarcza. Oni potrzebują czegoś więcej…
- Z pewnością wrócę na Katorżnika za rok - mówi Iwona Grabowska
– Z pewnością wrócę na Katorżnika za rok – mówi Iwona Grabowska

W Polsce organizowanych jest coraz więcej ekstremalnych biegów. W kalendarzach imprez biegowych łatwo je znaleźć, bo nazwa od razu mówi, z czym ma się do czynienia: Runmageddon, Bieg Komandosa, Bieg Rzeźnika czy ostatnio rozegrany Bieg Katorżnika. To tylko niektóre z nich. Organizatorzy tych imprez prześcigają się w wymyślaniu coraz trudniejszych i ekstremalnych przeszkód. Pływanie w bajorze, przejście przez bagno czy czołganie w błocie są stałymi elementami tych biegów, a mimo to chętnych do przeżycia wyjątkowej przygody nie brakuje. – Dużo słyszałem o tym biegu i chciałem się sprawdzić. Wcześniej na pierwszym miejscu była u mnie piłka nożna, ale teraz powoli przerzucam się na bieganie – mówi Mariusz Lasecki z Karczewa, uczestnik ostatnich dwóch Katorżników.

– Nie wiedziałem, co mnie tam może spotkać. Zdjęcia czy nagrania, jakie można znaleźć w internecie, to jedno, a rzeczywistość to co innego – dodaje.

Podobnego zdania jest inna uczestniczka Katorżnika Ewa Popiel z Otwocka. – Na zdjęciach wszystko wygląda fantastycznie, ale najlepiej przeżyć to na własnej skórze. Obraz nie odda tego, z czym się tam mierzymy. Zapachu bagna, uczucia zmęczenia, a przede wszystkim adrenaliny, która nakręca do jeszcze większego wysiłku – mówi z wielkim entuzjazmem zawodniczka, która niedługo stanie się weteranką imprezy. Ewa Popiel – drobna brunetka – na starcie Katorżnika stanęła po raz trzeci, bo, jak sama przyznaje, debiut w tym biegu był jak miłość od pierwszego wejrzenia. – To był mój pierwszy tego typu bieg. Jak dotarłam na metę, nie myślałam o czasie, jaki osiągnęłam, nie skupiałam się też na zmęczeniu. Po głowie chodziła tylko jedna myśl: muszę wrócić tu za rok. I tak to się nie zmienia już od trzech lat – przyznaje Popiel.

Reżim jest najlepszy
Jak podkreślają uczestnicy, do biegu ekstremalnego nie można podejść bez przygotowania czy jedynie po lekkich treningach. Trzeba się odpowiednio przygotować.

– Na tyle, na ile pozwala mi czas i praca, staram się zawsze być w reżimie treningowym, ale gdy zbliża się moment startu, intensyfikuję kilometraż i zakres ćwiczeń – mówi Sławomir Niciński z Otwocka, który ma na koncie starty m.in. w triathlonie (połączenie biegania, jazdy na rowerze oraz pływania), Runmageddonie oraz Hunt Runie. W opinii Nicińskiego ten ostatni bieg jest morderczym wyzwaniem. – Dlatego dużo biegam, jeżdżę na rowerze, robię pompki oraz brzuszki. Wszystko po to, by wzmocnić ciało i mieć pewność, że dobiegnę do mety i nie opuszczę trasy w połowie dystansu – dodaje.

Ewa Popiel do tegorocznego Katorżnika przygotowywała się już od stycznia. – Do poprzednich dwóch startów moje przygotowania były nieco lżejsze i zaczynały się później. W tym roku postawiłam sobie za cel zajęcie wysokiego miejsca, dlatego ruszyłam z treningami wcześniej. To było dość wyczerpujące pół roku, ale było warto – twierdzi Popiel. – Do kolejnego biegu zaczęłam przygotowania już teraz, bo chcę się przebić do pierwszej dziesiątki – mówi otwocczanka.

Podobny cel na ten rok miał Mariusz Lasecki, który zeszłoroczny bieg zakończył na 18. pozycji.

– Ćwiczyłem dość regularnie, ale właściwy okres przygotowań nastąpił miesiąc przed sierpniowym startem. Poświęciłem wiele uwagi na wzmocnienie nóg. Było dużo biegania i jazdy na rowerze, była także odrobina pływania. Oprócz tego zmieniłem dietę. Przede wszystkim wykluczyłem picie kawy, która wypłukuje magnez, zwiększając ryzyko pojawienia się skurczów mięśniowych – mówi biegacz z Karczewa. – Przed biegiem należy też pamiętać o odpowiednim przygotowaniu sprzętu. Nie warto kupować nowych rzeczy, bo po dotarciu na metę wszystko jest praktycznie do wyrzucenia. Podstawą wyposażenia są: taśma klejąca, którą należy obwiązać gumowe rękawiczki oraz buty, aby nie spadały w trakcie biegu, a także piłkarskie ochraniacze. W wodzie i błocie często czyhają różne niespodzianki, dlatego piszczele są najbardziej narażone na urazy. Warto też zaszczepić się przeciwko tężcowi – dodaje Mariusz Lasecki.

Połowa sukcesu
W tym roku na imprezę organizowaną na poligonie wojskowym w Lublińcu, gdzie często odbywają się ćwiczenia polskich komandosów, zgłosiło się blisko 1500 zawodników i zawodniczek. Zgłoszenia do Katorżnika odbywały się w połowie stycznia i… trwały zaledwie cztery minuty. – Zapisanie się na bieg to praktycznie połowa sukcesu. Trzeba być dobrze przygotowanym i błyskawicznie wpisywać dane do formularza. Wykształcenie informatyczne okazało się w tym przypadku ogromnym atutem – przyznaje z uśmiechem Lasecki, pracujący na co dzień w Urzędzie Miejskim w Karczewie.

Swojego przedstawiciela w Katorżniku miał również Urząd Miasta w Józefowie. Po raz pierwszy na udział w tym ciężkim biegu zdecydowała się Iwona Grabowska. – Bardzo chciałam się tam dostać, ale bałam się, że moje łącze internetowe sprawi mi niemiłą niespodziankę i utrudni rejestrację. Wszystko poszło jednak bez zarzutu, choć byłam lekko zdziwiona, gdy po zaledwie kilkusekundowych zapisach okazało się, że jestem w drugiej setce. Miejsca rozeszły się błyskawicznie
– mówi Grabowska.

Lubliniec przyciągnął w tym roku rekordową liczbę uczestników. Wśród nich znalazło się liczne grono „twardych charakterów” z terenu powiatu otwockiego. Poza Ewą Popiel, Iwoną  Grabowską i Mariuszem Laseckim w zawodach wystartowali jeszcze: Dawid Trzaskowski (99. miejsce), zawodnik Józefovii Józefów, Jacek Parol z Otwocka (89. miejsce) oraz Agata Bąk z Sobieni-Jezior (8. miejsce), wielokrotna uczestniczka Katorżnika, jedna z faworytek biegu dla kobiet. Najlepiej z regionu otwockiego wypadł Lasecki, który w biegu wywalczył trzecią lokatę.

Jak Sebastian Mila
Medalowy bieg kosztował zawodnika z Karczewa mnóstwo wysiłku. Jak mówi, na trasie nie brakowało trudnych momentów, ale adrenalina zawsze dawała zastrzyk dodatkowych sił. – Adrenalina pomaga, zwłaszcza w chwilach kryzysowych – przyznaje Mariusz Lasecki.

– Niecałe dwa kilometry przed końcem przytrafiła mi się typowo piłkarska kontuzja. Naciągnąłem mięsień dwu- głowy i nie wyglądało to zbyt dobrze. Obawiałem się, że będę musiał przerwać bieg albo w najlepszym razie dotrzeć na metę krokiem marszowym. Na szczęście ból ustąpił i udało mi się utrzymać dotychczasowe tempo, a przy okazji wyprzedzić pięciu zawodników – dodaje.

Na finiszu ponad dwunastukilometrowego biegu mieszkaniec Karczewa stoczył niezwykłą walkę z trójką Niemców specjalizujących się w tego typu biegach. Dwóm udało się odskoczyć, ale trzeci nie dał rady odeprzeć ataku Laseckiego. –  Na mecie czułem się jak Sebastian Mila, który przed chwilą strzelił bramkę naszym zachodnim sąsiadom. To było coś nieprawdopodobnego – mówi Mariusz Lasecki. – W ubie-głym roku byłem 18., więc teraz chciałem poprawić wynik. Po cichu liczyłem na miejsce w pierwszej dziesiątce, ale udało się coś więcej. Wskoczyłem na podium zajmując trzecie miejsce. Dla to mnie bajka – dodaje zaskoczony.

Z niezłej strony pokazała się również Popiel, która metę przekroczyła z 15. czasem w swojej grupie.

– Na tegoroczne przygotowania poświęciłam mnóstwo czasu, ale naprawdę było warto. Ten niezwykły medal (ważąca kilka kilogramów podkowa z ozdobnikiem, który co roku symbolizuje coś innego – przyp. red.) jest powodem do dumy – twierdzi Ewa Popiel.

Zadowolona ze swego debiutu była również Iwona Grabowska, która zajęła 122. pozycję. – Miejsce i czas nie były tak istotne. Najważniejsze jest to, że dotarłam na metę w jednym kawałku i nie byłam ostatnia – mówi półżartem zawodniczka z Józefowa. – Po zakończeniu byłam zmęczona i mówiłam sobie, że to był ostatni raz, ale chwilę później, po głębszym przemyśleniu, zmieniłam zdanie. Doszłam do wniosku, że nie było tak strasznie, jak mi się początkowo wydawało, i że będę chciała wystartować ponownie za rok. To bardzo wciąga – dodaje Grabowska.

Wewnętrzna spowiedź
Co jest takiego w biegach ekstremalnych, że wiele osób jedzie przez pół Polski, by biec przez kilka kilometrów po błocie czy bagnie, wspinać się na wielkie góry czy skakać z kilku metrów z okna? – Nikt na to pytanie nie odpowie w sposób jednoznaczny. To trzeba poczuć na własnej skórze – mówi Sławomir Niciński.

– Po powrocie z tegorocznego Hunt Runu przez pięć dni nie byłem w stanie się ruszyć. Czułem ból w każdym mięśniu, nawet w takim, o którego istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia. Przez ten czas mówiłem sobie, że to był ostatni raz, że moja noga więcej na tam nie postanie. Potem przyszedł moment relaksu. Teraz  znowu czekam, kiedy ruszą zapisy do kolejnej edycji. Dla mnie te biegi są formą ucieczki od trosk dnia codziennego. Nie liczy się rywalizacja z innymi uczestnikami. Ważna jest walka z samym sobą, z własnymi słabościami. Nazwałem to „zaletą cywilnej spowiedzi”. Przez dwie godziny – bo tyle zazwyczaj trwa bieg – resetujesz się kompletnie, nie myślisz o niczym. Skupiasz się na biegu i tym, jak go ukończyć – dodaje Niciński.

Dość podobnie traktuje biegi ekstremalne Lasecki, pracujący na co dzień w karczewskim magistracie. – Praca biurowa sprawia, że nie do końca mam możliwość wykorzystania energii, jaką mam w sobie, i jest to dla mnie forma odskoczni od tego, co robię w ciągu tygodnia – mówi biegacz z Karczewa. – To ekstremal-na rozrywka, kosztująca sporo wysiłku, ale czerpię z tego dużo satysfa- kcji, zwłaszcza po takich biegach jak ten ostatni – przyznaje trzeci zawodnik tegorocznego Katorżnika.

Marzenia i bariery
Czasem motywacją do startu w tego typu zawodach są marzenia. Tak jest w przypadku Ewy Popiel. – Od zawsze – ze względów rodzinnych – byłam związana z wojskiem i dostanie się do armii było moim marzeniem. Studiowałam na Wojsko- wej Akademii Technicznej, a potem pracowałam w jednostce w Celestynowie. Widziałam, jak ćwiczą żołnierze, i też chciałam spróbować swoich sił. Do wojska nie udało mi się jednak dostać, ale miłość pozostała. Te biegi są rekompensatą za niespełnione marzenia, bo przypominają mi w pewnym sensie wojskowe ćwiczenia –  tłumaczy Popiel.

Iwona Grabowska w tegorocznej edycji Katorżnika pragnęła przełamać własne bariery i fizyczne słabości. – Kilka lat temu usłyszałam od lekarzy druzgocącą diagnozę. Podejrzewali stwardnienie rozsiane. Dla pewności chciano mi pobrać płyn mózgowo-rdzeniowy i wtedy powiedziałam: „stop”. Nie czułam się źle. Postanowiłam zmienić styl życia – mówi Grabowska. – Wcześniej byłam pulchna, ale zaczęłam regularnie ćwiczyć. Waga zaczęła spadać, a ja coraz lepiej czułam się ze swoim nowym ciałem i sportową pasją. Zaczęłam biegać i postanowiłam to urozmaicić. Usłyszałam o Katorżniku i powiedziałam, że muszę tego spróbować. Muszę sobie coś udowodnić. Udało się. Jestem szczęśliwa i z niecierpliwością czekam na kolejny start – dodaje. Takich osób jak Iwona Grabowska jest  więcej, bo pokonywanie różnego typu barier to dewiza Katorżnika. Od kilku lat funkcjonuje tam specjalny bieg dla babć i dziadków, a także bieg dla osób, które przeszły transplantację narządów.

W tym roku dystans dwóch kilometrów pokonały cztery osoby.

Może u nas?
Biegi ekstremalne są w Polsce coraz bardziej popularne. Kto wie, być może wkrótce ktoś z regionu otwockiego wpadnie na pomysł, by zrealizować podobną imprezę w okolicy. – Tereny mamy tutaj znakomite. Myślę, że nie byłoby problemu z wytyczeniem trasy i przygotowaniem przeszkód. Mam nadzieję, że coś takiego jak Katorżnik kiedyś się tu odbędzie – zachęca Ewa Popiel z Otwocka.

REKLAMA

REKLAMA