Polesia czar…

Polesia czar, to dzikie knieje, moczary – brzmią słowa piosenki, która już przed wojną stała się szlagierem, a dzięki Krzysztofowi Klenczonowi znamy ją do dziś.
Nad Prypecią życie  płynie leniwie
Nad Prypecią życie płynie leniwie

Po raz któryś z rzędu pojechałem tam ponownie, by przybliżyć czytelnikom ten mało znany region Ukrainy. Ten płaski, pozornie nudny krajobraz tworzą ciągnące się po horyzont łąki z niezliczonymi stadami koni, krów i gęsi. Jest też dużo lasów, przeważnie sosnowych, i rzek, z których najważniejszą jest Prypeć. Wraz z do-pływami tworzy ona istny labirynt wodny, ale dzięki temu stanowi przyrodniczy raj, szczególnie wiosną, gdy jej rozlewiska ciągną się bez końca. W tym roku straszna susza sprawiła, że rybackie łódki stały daleko od wody i rybacy musieli taplać się błocie, by zepchnąć je na nurt. Na Polesiu jest też na szczęście i dużo jezior o wyjątkowo krystalicznie czystej wodzie. Tego lata podążyłem też ich szlakiem.

„Poleski tramwaj”
Na kolejowej trasie Kowel – Sarny jest przystanek Antoniwka. Stąd każdego ranka odjeżdża słynny na Ukrainie „Poleski tramwaj”. To wysłużona kolejka wąskotorowa, która przemierza lasy, rzeki i zapadłe wsie, zapewniając jedyną czasami komunikację z zewnętrznym światem. Ponad 104 km pokonuje w trzy godziny, kończąc trasę w miasteczku Zariczne (przed wojną Pohost Zarzeczny). „Poleski tramwaj” szarpie, dygocze, ale jedzie całkiem szparko. Do tej pory na Ukrainie uważa się, że to najdłuższa trasa wąskotorowa Europy, ja z kolei czytałem, że w Szwajcarii jest dłuższa, ale z pewnością ta jest bardziej swojska. Pomiędzy „westernowymi” wagonikami przechodzą konduktorki, baby jadące na jagody, czasem kwiknie świnka wieziona na targ. Na maleńkich stacyjkach zawsze, o dziwo, ktoś pojawia się w czerwonej czapce i odprawia pociąg. Kolejka łączy odległe wsie, z których wiele wygląda jak żywe skanseny. Podobnie jak w Polsce, młodzi wyjechali za pracą, zostali tylko… starsi.

Spora część sprawnych do roboty znalazła sobie zajęcie przy szukaniu bursztynu. Ten nielegalny proceder jest publiczną tajemnicą, a zamieszani są w niego ludzie związani z najwyższymi kręgami władzy. Ci spijają śmietankę, reszta wyrobników kopie doły po lasach, niszcząc je bez umiaru. W użyciu są nie tylko łopaty i kilofy, ale przemysłowe pompy – te są najgorsze. „Gorączka bursztynu” stała się przekleństwem dla przyrody. Widać to z okien kolejki na początkowym odcinku trasy. Na szczęście już po kilku kilometrach można cieszyć oczy wspaniałą naturą i czystymi, bezludnymi jeziorami.

W pewnym momencie „Poleski tramwaj” przejeżdża przez rzekę Styr najdłuższym drewnianym mostem Europy! Podoba mi się ta kraina. Owoce sprzedaje się wiadrami, grzyby – skrzynkami, nie ma „przemysłowych” sadów ani upraw, ani żadnej chemii. Ludzie są niezwykle gościnni, za nocleg nie chcą pieniędzy, przynoszą owoce, częstują, czym mają. Są zawsze ciekawi wiadomości z „Polszczy”.

„Wzniosła dusza”
Jednym z najciekawszych miast Polesia jest Lubieszów, czyste, kilkutysięczne miasteczko nad rzeką Sto- chód. W XVI wieku pijarzy otworzyli w nim słynne kolegium o bardzo wysokim poziomie nauczania. Jej najwybitniejszymi wychowankami byli Tadeusz Kościuszko, jego brat Józef, znany historyk Kazimierz Narbut i botanik Stanisław Bonifacy Jundziłł. Kolegium zamknięto w 1834 r., ale gmach, w niezłym stanie, stoi do dziś. Nad wejściem zachowała się tablica: „Tu kształcił swą wzniosłą duszę i umysł Tadeusz Kościuszko 1753-1759”.

O Wiśniowieckich i Czarneckich, dawnych właścicielach Lubieszowa, przypomina barokowa brama wznosząca się przed starym parkiem pałacowym. Jest też XVIII-wieczny kościół pokapucyński kilka lat temu zwrócony wiernym. Jednak najważniejszym atutem Lubieszowa jest jego położenie nad rzeką. Tworzy ona za miasteczkiem plątaninę odnóg, podążając do Prypeci. Lubieszów jest siedzibą parku narodowego Prypeć-Stochód. Można tu otrzymać mapy, umówić spływ łodziami lub motorówkami w wodną krainę pogranicza.

Z myślą o penetracji okolicy bazę założyłem we wsi Lubiaż, leżącej nad jeziorem o tej samej nazwie.

W tym roku, na skutek długotrwałej suszy, jego poziom obniżył się o 1,5 m, ale w niczym to jezioru nie ujęło urody. Najciekawszą wsią w okolicy są Swałowicze, położone pod samą białoruską granicą. Nie jeździ tam nic, trzeba machnąć dziewięć kilometrów piechotą, ale, proszę mi wierzyć, warto! Prawdziwy koniec świata. Osada liczy 20 mieszkańców, głównie rybaków, po reszcie zostały domostwa i stodoły kryte strzechą. Pustka, cisza, czasem zajeżdża tu samochodowy sklepik… ale i tu Polacy są znani, bo kończą w Swałowiczach spływy kajakowe Prypecią.

Pod „Dębem Witkacego”
W kolejnych dniach podążam śladami Witkacego. Z Dąbrowicy, stolicy powiatu graniczącego już z Białorusią, do Jeziorów jest raptem 25 kilometrów. Tu, na Polesiu, taki dystans może zająć kilka godzin. Najpierw „z buta”, potem przydrożnymi furmankami pokonuję piaszczysty trakt. Przez całą drogę podziwiam gęste lasy, przetykane kanałami i bagnami. Wreszcie pojawia się typowo poleska ulicówka (inaczej: typowa poleska wieś) z rzędami ładnych, drewnianych domów nad jeziorem i mu- rowaną cerkwią. Przed wojną nazywała się Wielkie Jeziory i chyba niewiele zmieniła się od czasów, gdy odwiedził ją pisarz. Wyjątek może stanowić duży murowany budynek szkoły stojący w samym centrum osady. Naprzeciwko, na niewielkiej wydmie, leży cmentarz, typowo poleski, z rzędami krzyży udekorowanych haftowanymi ręcznikami. Symboliczny grób Witkacego znaleźć łatwo, bo rosną przy nim świerki. Pierwszą tablicę postawiło w 1968 roku małżeństwo Maria i Stefan Flukowscy, przyjaciele żony Witkacego – Jadwigi. Drugim był głaz ustawiony w 1974 roku, na miejscu wskazanym przez mieszkańców. Znajdował się na nim napis z błędnym miejscem urodzenia: „Mogiła Witkiewicza/Stanisława Ignacego. Urodzony w Krakowie, zmarł w Jeziorach/1885 24 II – 1939 18.IX. Dramaturg, pisarz, filozof, malarz”. Teraz znajduje się tam płyta informująca, że Witkacy spoczywa na tym cmentarzu.  Miejscowi opowiadają mi, że zdarzają się przybysze z Polski, ale nie za często.

O ile trafić na symboliczny grób jest łatwo, to z „dębem Witkacego” sprawa jest bardziej skomplikowana. Drzewo, pod którym po- żegnał się z życiem (stało się to nazajutrz, po przekroczeniu granic Polski 17 września 1939 roku przez Armię Czerwoną – najbardziej prawdopodobna teza mówi, że podciął sobie żyły, natomiast jego towarzyszka Czesława Oknińska zażyła środek nasenny, ale ją odratowano), stało wtedy na skraju łąk, teraz otacza je las. Jednak po kilku minutach trafiam na miejsce. Sędziwy dąb ogradza drewniany płotek. W dolnej części pnia bieleje wyraźna szrama po zdartej korze, na której wypisano: „Witkac 18 IX1939 10 IV Z. Włodz” (oryginalna pisownia). Wykonał go Włodzimierz Ziemlański, który odnalazł zwłoki. Idąc do dębu, mija się fragmenty parku dworskiego. Po samym dworze Walentego Ziemlańskiego, do którego wtedy przyjechał Witkacy z przyjaciółką, nie ma już śladu, zniszczyła go UPA w 1943 roku.

To nie wszystkie ślady po pisarzu w Jeziorach. We wspomnianej bibliotece urządzono małą, ale ciekawą Izbę Pamięci Witkacego. Zwiedziłem ją, korzystając z uprzejmości kierowniczki i jednego z nauczycieli. Jest tam wiele fotografii z życia artysty, reprodukcje jego prac malarskich. Dzięki temu Witkacy jest nadal w Jeziorach znany, chociaż nie żyje już nikt, kto pamiętałby osobiście wielkiego twórcę.

Podobny artykuł

Polesia czar…

REKLAMA

REKLAMA