Kto mnie obroni przed lisem?

Nie dość że cwany, to jeszcze wredny. Dziki lis przez dwa dni terroryzował Piotra Zawadkę z Bolesławowa. Rudy zakradał się do jego gospodarstwa, szczerzył kły, omal nie pogryzł gospodarza i jego psa. Czuł się bezkarny, jakby wiedział, że leniwi urzędnicy nie kiwną palcem, by mu pomóc. Mężczyzna, zignorowany przez weterynarzy i urzędników z ochrony środowiska, musiał z napastnikiem walczyć sam.

lis

To był jeden z tych zwykłych pracowitych poniedziałków Piotra Zawadki. 7 września jak zwykle wrócił z pracy i zrobił obrządek w swoim gospodarstwie. Było około godz. 19.00. Mężczyzna poszedł na posesję babci, by pozamykać jej kury. Zaniepokoiło go ujadanie psa. Za chwilę dowie się, że poniedziałek będzie inny niż wszystkie.

– Zauważyłem, jak pies gania się po podwórku z lisem. Było to o tyle dziwne, że lis wcale tego psa się nie bał. On go wręcz atakował! Chciałem go przepędzić, ale zaczął atakować i mnie. Musiałem się bronić widłami. Lis wlazł w końcu pod przyczepę i stamtąd nie dał się wykurzyć – wspomina zdenerwowany gospodarz. – Poszedłem do naszego sołtysa, bo on ma do wszystkich telefony, i poprosiłem go, by wezwał jakąś pomoc. Ten lis dziwnie się zachowywał. Choć nie miał piany na pysku, mógł być chory na wściekliznę – dodaje pan Piotr.

Sołtys przejął się dramatyczną sytuacją i natychmiast zaczął wydzwaniać do odpowiednich służb.

– Na początek skontaktowałem się z gminnym lekarzem weterynarii, ale okazało się, że ma wolne i odesłał mnie do swojego kolegi. Ten z kolei powiedział, że skoro zwierzę jest dzikie i żywe, to on nic nie może zrobić. Gdyby lis był martwy, to wtedy owszem przyjechałby i go obejrzał. Powiedział mi, żebyśmy sami sobie z tym poradzili – relacjonuje Waldemar Moniak, sołtys Bolesławowa. Skontaktował się on z powiatowym lekarzem weterynarii, który też nie zamierzał pomóc.

– Na drugi dzień z samego rana zadzwoniłem do gminy, do wydziału ochrony środowiska. Opisałem całą sytuację. Pani kierownik zaczęła mnie uspokajać, że to nic groźnego, że w gminie już od lat nie ma wścieklizny, a lis atakował dlatego że, bo był wystraszony – opowiada sołtys.

Lis najwyraźniej wyczuł, że nie jest priorytetem w urzędowych sprawach, więc postanowił dalej pastwić się nad gospodarzem. Jeszcze w poniedziałek, gdy po około dwóch godzinach pan Piotr powrócił do domu, ze zdziwieniem zauważył, że lis nadal siedzi pod przyczepą.

Mężczyzna zrozumiał, że w walce z potencjalnie wściekłym zwierzęciem został osamotniony i postanowił zdecydowanie odpowiedzieć na napaść rudego terrorysty. Jak wojna, to wojna! Wsiadł do samochodu i pojechał do pobliskiego Grębiszewa. Kupił tam… petardy. Jednak lis rozpłynął się jak duch.

– Gdy ponownie wróciłem, lisa już nie było. Sytuacja powtórzyła się jednak we wtorek. Tym razem zobaczyłem go w ogródku. Nie chciałem, żeby wszedł na podwórko, bo tam biegały kury , więc odpaliłem fajerwerki i lis uciekł. Na razie jest spokój, ale nie wiadomo na jak długo. Z lisami mamy problem już od dłuż-szego czasu. Zadusiły już kilka kur
i nikt z tym nic nie chce zrobić – denerwuje się Piotr Zawadka.

Zdaniem sołtysa Bolesławowa lisy, których w okolicy musi być przynajmniej kilka, w ogóle nie boją się ludzi. Widywane są w ciągu dnia przy drodze i nie uciekają nawet na widok przejeżdżającego samochodu. – One chyba zatraciły instynkt dzikiego zwierzęcia albo są chore – mówi sołtys. – Ja sam widziałem, jak w biały dzień lis podszedł pod ogrodzenie posesji. Usiadł i patrzył na kury. Wcale się nie bał – opowiada sąsiad Piotra Zawadki, pan Santorek.

To prawda. Zachowanie tych dzikich zwierząt jest dziwne. Ale jeszcze dziwniejsze jest zachowanie urzędników, którzy nic sobie nie robią z realnego zagrożenia dla dobytku i zdrowia okolicznych mieszkańców. Może i lisy nie są wściekłe, ale wścieklizny można nabawić się, gdy człowiek zderza się z ignorantami na urzędowych stołkach.

  • Tomasz Baczyński, lekarz weterynarii
    Ten lis nie powinien atakować. Zwierzęta, które są zarażone wścieklizną, tracą lęk przed swoimi naturalnymi wrogami. Takie sytuacje, że lis nie ucieka na widok człowieka lub przejeżdżającego samochodu, rzeczywiście mogą się zdarzyć i wcale nie musi to oznaczać, że lis jest wściekły. Jeśli jednak zaczyna on atakować bez uzasadnienia, to należy liczyć się z tym, że takie zwierzę może być chore i jak najprędzej trzeba je unieszkodliwić. Na terenie powiatu otwockiego już od wielu lat nie zanotowaliśmy przypadku zachorowania na wściekliznę. O ile pamiętam, to ostatnim takim przypadkiem był wściekły nietoperz w Józefowie. Musimy jednak pamiętać, że choroby zakaźne usypiają naszą czujność. Przez wiele lat może ich nie być, ale nie wiadomo skąd i nie wiadomo, jak mogą się nagle pojawić.
  • Justyna says:

    Coś wisi w powietrzu, w okolicach Wiazowny również kręci się podejrzany lis. Wchodzi na podwórko, nie boi się ludzi.

One thought on “Kto mnie obroni przed lisem?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

REKLAMA

REKLAMA