Pionierzy na alpejskich szlakach

Nie powstrzymały ich trudy dwuletnich przygotowań, lęki własne i rodziny, głosy sceptyków, mówiących, że głusi w górach sobie nie poradzą. Nie powstrzymało ich nawet to, że w drodze do Włoch musieli… pchać swój autobus. Podopieczni Jacka Przybysza z Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Niesłyszących i Słabosłyszących w Otwocku pokonali te przeciwności i zrealizowali wyprawę marzeń, podejmując we wrześniu próbę zdobycia alpejskiego szczytu Gran Paradiso (4061 m n.p.m.). Do wierzchołka nie dotarli, ale nie powiedzieli ostatniego słowa.
Zmęczeni, ale szczęśliwi w sercu włoskich Alp. Za rok chcą tam wrócić i zdobyć szczyt
Zmęczeni, ale szczęśliwi w sercu włoskich Alp. Za rok chcą tam wrócić i zdobyć szczyt

Co jest najwspanialsze? To, że w ogóle tam dotarliśmy, że się udało pojechać, wejść na górę, zobaczyć te wielkie Alpy, przy których Tatry wydają się malutkie! To wspaniałe. Przez kłopoty z wyjazdem, zmiany terminów, baliśmy się, że nasza wyprawa w ogóle się nie uda – opowiada 18-letni Krzysztof Urbanowicz. Z częścią uczestników wyprawy spotkaliśmy się tydzień po powrocie, w internacie ośrodka położonego w śródborowskich lasach przy ul. Literackiej. Zanim pozwolimy im opowiadać, zacznijmy od krótkiego wstępu.

Alpy zamiast Kaukazu
Góry potrafią wyrabiać charaktery, uczą pokory i odpowiedzialności, ale też konsekwencji i siły. Pozwalają pokonywać własne słabości i lęki. Dla młodzieży i dzieci niesłyszących i słabosłyszących, u których często występują również inne dysfunkcje, z czym wiąże się poczucie niższej wartości i problemy z wejściem w samodzielne życie, trudno o lepszy „poligon” do zdobywania wiary w siebie. Dlatego właśnie Jacek Przybysz, opiekun i kierownik internatu z otwockiego ośrodka, postanowił zarazić podopiecznych miłością do gór.

Pierwszym celem wyprawy miał być pięciotysięczny Kazbek na Kaukazie. Przygotowania rozpoczęły się już w 2012 roku. Z około 60 wychowanków wybrana została niewielka grupa spełniająca wymogi wiekowe, zdrowotne i kondycyjne. Ich dziewiczymi górami były Bieszczady, potem podejmowali wielokrotnie trud zdobywania wyższych szczytów w innych pasmach, przede wszystkim w Tatrach, ucząc się zasad obowiązujących w górach, opanowując stopniowo techniki wspinaczkowe, trenując z rakami, czekanami, linami. Nie było lekko, grupa stopniowo się zmniejszała, bo ta naturalna selekcja miała pozwolić stworzyć silny i pewny zespół. Trwało też szukanie pieniędzy.

Kazbek miał być zdobyty latem 2014 roku, ale sytuacja na Wschodzie zrobiła się bardzo napięta i wyjazd do Gruzji (najkrótsza trasa wiedzie przez Ukrainę) był zbyt niebezpieczny.

– Zastanawialiśmy się, co robić. Rezygnować? Czekać? Przepadło nam przez to dofinansowanie z PFRON-u, spora kasa, ale nie było wyjścia – wspomina Jacek Przybysz. – Na szczęście zyskaliśmy mocne wsparcie od Pawła Fijałkowskiego z firmy Marsch & McLennan Companies i podjęliśmy decyzję – jedziemy w Alpy, na Gran Paradiso – dodaje.

Drużyna Muskata
Przygotowania do wyjazdu przeciągały się. Trzeba było zgromadzić sprzęt, środki, opracować logistykę i ustalić terminy przewodników. Udało się dopiero w połowie września i był to ostatni dzwonek, ponieważ pod koniec tego miesiąca szlaki alpejskie są zamykane dla turystów.

– Czas nas mocno gonił. Mieliśmy tylko tydzień, ale byliśmy przepełnieni wiarą w sukces. Skrzydeł dodawał nam Janek Muskat, zwany „Królem Tatr”, dla którego góry nie mają tajemnic. To pod jego okiem szkolił się nasz zespół. Oprócz Muskata było z nami jeszcze czterech przewodników górskich, którzy zdobywali szczyty na kilku kontynentach. Czuliśmy się bezpiecznie. Oni oraz grupa wolontariuszy i pracowników ośrodka byli trzonem naszej 25-osobowej ekipy. Zabraliśmy w sumie dziewięciu podopiecznych, w tym jedną dziewczynę, gotowych do tego wyzwania – relacjonuje Jacek Przybysz. – A Janek przygotował nas naprawdę znakomicie. Jeden z naszych chłopaków, Radek Senator, okazał się tak zdolny, że Muskat nazywał go swoim następcą. Podczas treningów w Tatrach potrafił wspiąć się za nim na najtrudniejsze trasy. Wielki talent! – pęka z dumy opiekun.

Rozśmieszanie Pana Boga
Z Otwocka wyjechali 15 września, do celu dotarli nazajutrz późnym popołudniem. Po drodze, już we Włoszech, czekało ich pierwsze wyzwanie – awaria autobusu.

– Nie chciał odpalić i usłyszeliśmy od kierowcy, że trzeba będzie pchać! Myśleliśmy, że żartuje, ale to nie był żart. Jednak w grupie jest potężna siła i jakimś cudem udało się go w ten sposób odpalić. Ruszyliśmy z ulgą dalej – opowiada Mirosława Kwas, jedna z opiekunek z ośrodka.

Pierwszy etap wyprawy rozpoczął się w Pont, na wysokości 2 000 metrów. Tam zaplanowano nocleg w namiotach i ranny wymarsz do położonego ponad 700 metrów wyżej schroniska. Niestety potwierdziło się powiedzenie, że jak chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.

– Staraliśmy się rozbić namioty, ale wiatr szalał i tylko kilka najtwardszych osób zdecydowało się w nich spać. Pozostali znaleźli nocleg w sześcioosobowym, jedynym wolnym w Pont pokoju oraz w autobusie. Nazajutrz od rana lało i musieliśmy czekać z wyjściem aż do popołudnia. Udało się dopiero koło godziny 17 i na miejsce dotarliśmy bardzo późno, wykończeni wspinaczką z ciężkimi plecakami, w których dźwigaliśmy cały nasz sprzęt, ubrania, jedzenie – wspomina opiekunka Katarzyna Grzywacz.

W dodatku położone na wysokości 2735 m n.p.m schronisko Rifugio Vittorio Emanuele 2 okazało się miejscem mało przytulnym i nieprzyjaznym, z fatalnym zaopatrzeniem, zaspokajającym przede wszystkim potrzeby amatorów wszelkich trunków. Solidnie zjeść się nie dało. Mimo wszystko sen po uciążliwej wędrówce był mocny i dłuższy, niż planowano.

Zabrakło kilku godzin

– Pierwotnie chcieliśmy wyruszać o piątej rano, ale po trudach dnia poprzedniego pozwoliliśmy sobie na nieco dłuższy sen. Nie było czasu na aklimatyzację, a przed nami był najważniejszy dzień, czyli atak na szczyt, więc chcieliśmy, by wszystkim wystarczyło sił. Niestety ta decyzja okazała się brzemienna w skutki – ocenia Jacek Przybysz.

Na szlak wyszli około 7 rano, wciąż z ciężkimi plecakami. W schronisku zostało tylko dwóch niepełnosprawnych członków ekspedycji Dominik Reda i Kamil Giera, dla których już wejście na te 2735 metrów było wyczynem brawurowym i zasługującym na wielkie uznanie. Te ostatnie półtora kilometra byłoby dla nich wyzwaniem zbyt ciężkim.

– Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak potężne są Alpy. To nie są takie większe Tatry, proszę mi wierzyć. Być może troszkę ich nie doceniliśmy. Szlaki nie są wąskie i oznaczone kolorami, ale szerokie niczym kilkupasmowa autostrada, i trzeba samemu wybierać, którędy iść. Zdarzyło się, że nadrobiliśmy drogi, bo nie zauważyliśmy łatwiejszej trasy obok. Poza tym często trzeba iść zygzakiem, jak po lodowcu, bo tak jest bezpieczniej, omija się szczeliny. To wyczerpywało jednak stopniowo czas i siły – opowiada Maria Kwas, wolontariuszka uczestnicząca w wyprawie wraz z narzeczonym Mateuszem Głaskiem, oboje z Otwocka.

– Warunki były naprawdę trudne i „siadała” nam chwilami kondycja. Największym problemem okazało się przede wszystkim rozrzedzone na tej wysokości powietrze. W czasie wspinaczki oddech był krótki, serce pracowało szybciej, trzeba było odpoczywać, by się uspokoiło – włącza się do rozmowy 14-letni Kacper Pawlik, najmłodszy z wychowanków. – Widoki były jednak wspaniałe, niezapomniane. Widzieliśmy nawet stado kozic i świstaki, dosłownie z trzech metrów! – dodaje ze śmiechem.

Spięcie linami gwarantowało bezpieczeństwo, zwłaszcza w przypadku młodzieży niesłyszącej
Spięcie linami gwarantowało bezpieczeństwo, zwłaszcza w przypadku młodzieży niesłyszącej

Wędrówka przedłużała się i przewodnicy zaczęli patrzeć nerwowo na zegarki. Nadszedł ten najtrudniejszy dla wszystkich moment.

– Szliśmy już pięć godzin, pod nogami śnieg, lód, kamienie, do tego szlak nie był dobrze oznaczony i gdybyśmy kontynuowali wspinaczkę, mogłaby nas na nim zastać ciemność, a to bardzo niebezpieczne. Na wysokości 3600 metrów przewodnik zdecydował o powrocie do schroniska. Szczyt pozostał niezdobyty – wzdycha Maria Kwas. – Zabrakło tak niewiele! To była najgorsza chwila, było nam żal, ale rozumieliśmy, że nie możemy ryzykować – mówi 15-latek Daniel Rybiński.

Apetyt rośnie
– Jesteśmy bardzo dumni z tego, co zrobiliśmy. Dumni i szczęśliwi, no i mamy apetyty na więcej. Chcemy znowu wyruszyć w góry – zapewniają zgodnie Kacper Pawlik, Daniel Rybiński i Krzysztof Urbanowicz.

– Myślę, że mimo niezdobycia szczytu odnieśliśmy sukces. Wspaniale było widzieć nasze dzieciaki pokonujące wyzwania, one przez te lata przygotowań, wyjazdy w góry, naprawdę się zmieniły, nabrały pewności i wiary w swoje siły. Dadzą sobie radę w życiu, jesteśmy pewni – ocenia Mirosława Kwas.

Jak zaznaczyliśmy, to nie było ostatnie słowo tej drużyny. W przyszłym roku są zdecydowani wrócić na Gran Paradiso i zdobyć szczyt. Powoli snują też plany kolejnych wypraw. Na razie jednak szykują się do wyjazdu do Łodzi na listopadowy Explorers Festival, gdzie odbędzie się pokaz filmu dokumentującego ich wyprawę. Nakręciła go i montuje Marta Muskat, córka „Króla Tatr”, która bardzo zaangażowała się w cały projekt.

– Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się, że nikt przed nami nie podjął się takiego wyzwania – podsumowuje Jacek Przybysz. – Długo szukaliśmy w internecie, ale nie znaleźliśmy informacji o jakiejkolwiek wyprawie głuchych w tak wysokie góry. Jesteśmy prawdopodobnie pionierami i ogromnie nas to cieszy! – nie kryje radości opiekun.

  • Podziękowania:
    Wyprawa nie doszłaby do skutku, gdyby nie wsparcie wielu osób i instytucji. Są to: Paweł Fijałkowski i cały zespół wolontariuszy z firmy Marsch & McLennan Companies, prezes Fundacji Ad Futurum Arkadiusz Sosna, piekarnia Wanda z Otwocka i Piekarnia Oskroba z Celestynowa, Starostwo Powiatowe, przewodnicy górscy: Jan Muskat, Leszek Giziński, Krzysztof Nałęcz, Maciej Pach, Marta Muskat i Grzegorz Nałęcz, Krzysztof Chęciak – prezes Mazowieckiego Klubu Sportowego Niesłyszących i Głuchoniewidomych „Arkadia”, Magdalena Zarańska oraz „Linia Otwocka” – od początku patronująca przedsięwzięciu.

REKLAMA

REKLAMA