Społeczna komiwojażerka

W Otwocku zadebiutował budżet obywatelski. To cieszy. Oznacza bowiem, że każdy mieszkaniec mógł zgłosić swój projekt, ważny z jakichś względów dla miasta, jego dzielnicy czy kwartału ulic, a następnie sami otwocczanie (nie ich przedstawiciele w radzie, jak ma to miejsce przy tradycyjnym budżecie), głosując, wybierali te, które uznali za najciekawsze.

demo

Projekty zebrano w czterech progach kwotowych (500 tys. zł, 200 tys. zł, 50 tys. zł oraz 10 tys. zł) i każdy mieszkaniec (od 16. roku życia) mógł złożyć tylko jeden podpis pod jednym projektem z danego progu kwotowego. Zbieranie podpisów zakończyło się 9 października. Teraz poznajemy wyniki.

Należałoby bić brawo, że doczekaliśmy się tego realnego wpływu na niektóre miejskie inwestycje. Niestety w tej beczce miodu znajduję łyżkę dziegciu, która nieco psuje smak sukcesu naszej samorządowej „małej rewolucji”. Mam na myśli sposób, w jaki odbywało się głosowanie, a w zasadzie nie głosowanie, lecz zbieranie podpisów. Otóż, choć mamy prawo oczekiwać standardów powszechnych w drugiej dekadzie XXI wieku, w Otwocku nie pomyślano o tym, by odbywało się to drogą elektroniczną, przez internet. OK, rozumiem, że mogło zabraknąć na to czasu, środków, możliwości technicznych. Zawsze pozostawały jednak wygodne, tradycyjne sposoby, takie jak wyłożenie kart w różnych miejscach publicznych: urzędach, bankach, na poczcie, w ośrodkach kultury. Wystarczyło ogłosić listę tych miejsc i zachęcić mieszkańców do ich odwiedzania i składania podpisów pod wybranymi projektami. Tak odbywało się to m.in. w Wawrze, gdzie poza tym było też głosowanie elektroniczne.

W Otwocku, niestety, i ten sposób okazał się niemożliwy. Jak zatem głosowaliśmy? Każdy, kto zgłosił swój projekt, musiał wziąć karty i ruszyć w miasto po podpisy. Radzono sobie na różne sposoby: jedni chodzili po sąsiadach, od domu do domu, inni zostawiali listy w sklepie czy przedszkolu, gdzie każdy mógł złożyć podpis. Kto nie miał szczęścia, nie zrobił tego w ogóle. Byli jednak i tacy, którzy powiedzieli sobie „Mam to gdzieś! Nie mam czasu i ochoty, by bawić się w komiwojażera!”. I te osoby po prostu odpuszczały, a ich projekty przepadły.

Nie chcę się czepiać, marudzić, szukać dziury w całym. Twierdzę tylko, że urząd poszedł trochę na łatwiznę zamiast korzystać ze wzorców sprawdzonych w innych miastach. W efekcie nasz pierwszy budżet obywatelski został ustanowiony przy stosunkowo skromnym udziale obywateli. Gdyby wykorzystano internet, wyłożono projekty w wybranych miejscach, zainteresowanie byłoby większe. Mam więc nadzieję, że za rok odbędzie się to sprawniej, czego życzę miastu i jego mieszkańcom, do których sam się zaliczam.

O sprawie czytaj więcej w artykule:
„Mieszkańcy wzięli, co chcieli”

REKLAMA

REKLAMA