W królestwie wulkanów

Mieszkańcy są pogodni i gościnni. Ale Nikaragua to przede wszystkim wspaniała przyroda. Jest tu najwięcej na świecie czynnych wulkanów, druga co do wielkości (po Amazonii) dżungla w Ameryce, największe jezioro w Ameryce Środkowej, piękne plaże na wybrzeżu Pacyfiku i Morza Karaibskiego, góry z plantacjami kawy i kakao. Dlaczego jeszcze warto się tam wybrać? Na pewno po to, żeby zobaczyć hiszpańskie miasta kolonialne z ich zabytkami. A także dobrze i niedrogo zjeść.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Świętowanie zbliżającego się Bożego Narodzenia zaczyna się w Nikaragui już w listopadzie.

W parkach znajdujących się z reguły w centrum miast, przed katedrą, stawia się ubrane i kolorowo oświetlone choinki. Przy nich powstają duże bożonarodzeniowe szopki. Zanim jednak przyjdzie Boże Narodzenie, miejscowa ludność obchodzi, i to bardzo hucznie, Święto Zwiastowania. Przez dwa dni (7 i 8 grudnia) w całym kraju odbywają się procesje z posągami Matki Boskiej, z megafonów słychać odpowiednie pieśni, orkiestry defilują ulicami, strzelają sztuczne ognie. Zamknięte są zarówno urzędy, jak i większość sklepów. I też stawia się szopki, ale poświęcone tylko Matce Bożej. Czasem na placu jest ich kilkanaście – to rodzaj konkursu, która dzielnica albo wieś zrobiła najładniejsze. W tym kraju katolicy stanowią 56% spo- łeczeństwa i ich zapał religijny podziwialiśmy jednej nocy, gdy urządzili procesję o… czwartej nad ranem!

Wulkan furiat
Być w Nikaragui i nie „zaliczyć” jakiegoś wulkanu to jak w Paryżu nie zobaczyć wieży Eiffla. A wulkanów jest tutaj 40. Tworzą one Pacyficzny Pierścień Ognia. Z tych 40 wulkanów kilkanaście jest nadal czynnych i to one sieją od czasu do czasu panikę, a nieraz i spustoszenie. Taki np. Momotombo 300 lat temu kompletnie zniszczył miasto Stary Leon, po którym pozostała kupka gruzu. Teraz ten wulkan tworzy idealny stożek wznoszący się nad samymi brzegami wielkiego jeziora Managua. Następnego dnia po naszej wizycie u jego podnóża Momotombo chlusnął lawą, co odnotowała miejscowa prasa, pisząc o nim „Wulkan – Furiat”. W oddali widać jego „dziecko” – znacznie mniejszy stożek, pieszczotliwie nazwany Momotombito. Z kolei u stóp obsypanego szarym popiołem wulkanu Telica można podziwiać pola lawowe wypełnione wrzącym błotem i snującymi się smrodliwymi wyziewami.
Na wulkany można wchodzić z przewodnikiem. Z daleka wyglądają one bardzo zachęcająco, jednak w praktyce kilkugodzinna wspinaczka po bardzo stromym i nagim zboczu, gdy temperatura powietrza sięga 35 stopni Celsjusza, jest istną katorgą nawet dla prawdziwych twardzieli. My wybraliśmy wulkan Masaya, nie najwyższy, ale najbardziej dymiący w całym kraju. Hiszpanie nazwali go „Bramą do piekła” i faktycznie, gdy zmordowani dotarliśmy wreszcie do jego krateru, ujrzeliśmy bezdenną gigantyczną studnię, z której wydobywały się gęste śmierdzące opary. Masaya strzelił w niebo 14 lat temu, wyrzucając na pół kilometra w górę rozżarzone głazy. Teraz na razie tylko dymi…

Wulkany nie tylko urozmaicają krajobraz Nikaragui, ale są też dobrym źródłem dochodu dla rozwijającej się branży turystycznej. Ktoś wymyślił niedawno, że można z nich zjeżdżać. Płacisz 25 dolarów, dostajesz specjalny kombinezon, gogle, kask i proponują ci wariacki zjazd na desce z wulkanu Cerro Negro. Jazda po stromym stoku po żużlu jest z pewnością niezapomnianym przeżyciem, ale niekoniecznie poprawiającym zdrowie,
o czym świadczyła pozdzierana do żywca skóra spotkanych przez nas Australijczyków. Tyle że oni pojechali zupełnie „po bandzie”, wtaszczając na wulkan rowery…

Mimo niebezpieczeństwa, wulkany są też dobrodziejstwem dla okolicznych wieśniaków. Już w starożytności wiedziano, że gleba wulkaniczna jest bardzo żyzna. Dlatego  rośnie tu wszystko, co tylko można sobie wyobrazić.

Gallo pinto + pollo= nasza pasza codzienna
Na pytanie, co się je w Nikaragui, odpowiedź jest krótka. Żaden Nikaraguańczyk nie wyobraża sobie życia bez gallo (czyt. gajo) pinto, czyli ryżu
z czarną fasolką, serwowanego razem z pollo (czyt. pojo) – a więc kurczakiem, z reguły pieczonym. Do tego nieśmiertelnego zestawu, podawanego wszędzie, o każdej godzinie, na śniadanie i obiad, dochodzi jeszcze kawałek białego sera, podobnego w smaku do naszej bryndzy, frytki z banana oraz jakaś surówka. Nam się trafiła nawet kiszona kapusta. Zapija się to coca-colą lub miejscowymi sokami z owoców tropikalnych. Tubylcy kochają też objadać się lodami i innymi słodkościami.

Efekt tej diety jest widoczny na każdym kroku. To tysiące grubasów, dzieci niestety też. Osobliwe jest i to, że panie podkreślają nadmiar swoich wdzięków, chętnie ubierając się w obcisłe legginsy, dżinsy i koszulki, nie zwracając uwagi na morderczy upał. Widok kobiety odzianej w sukienkę jest naprawdę rzadki. Strudzony wędrowiec, nie chcąc ulec kurczakowemu terrorowi, ma do wyboru jeszcze befsztyki z wołowiny lub szaszłyki ze świni, tyle że to dania droższe. Ryby, podobnie jak i w wielu innych miejscach świata, są najdroższe. Taki paradoks: kraj leży nad dwoma oceanami, wewnątrz ma trzy wielkie jeziora, mnóstwo rzek, a ryby są rarytasem…

Na każdym kroku dostępne są owoce tropikalne. Pyszne, bo dojrzewające w słońcu ananasy, papaje i rzecz jasna banany. Za dolara dostaje się
28 sztuk! W barach panuje kultura: wszędzie wiszą informacje, że wnoszenie noży i broni palnej jest zakazane.

Perły hiszpańskiej korony
Lenina i Jezusa poznaliśmy tego samego dnia. Pierwszy jest właścicielem hoteliku, w którym spędziliśmy dwie noce. Lenin, ojciec trzech córek, był dumny ze swojego imienia, nadanego mu jeszcze podczas sandynistowskiej rewolucji w 1979 r. Z kolei Jezus (imię tu tak popularne, jak kiedyś u nas Józek) zarządza budą na miejscowym bazarze, znał angielski, bo wrócił po kilkuletnim pobycie z Wysp Brytyjskich. Obaj doskonale kojarzyli, gdzie jest Polska, podobnie zresztą jak wielu mieszkańców tego kraju. Przecież „Juan Pablo Segundo”, czyli papież Jan Paweł II, odwiedził Nikaraguę
w marcu 1983 r. Pamiętali, jak witały go tłumy w dwóch miastach, perłach hiszpańskiej korony: Granadzie i Leon.

Pierwszym Europejczykiem, który ujrzał wybrzeże Nikaragui, był Krzysztof Kolumb. Było to w 1502 r., i już 20 lat później Hiszpanie założyli tam pierwsze miasto. Francisco Hernandez de Cordoba zrobił to nad brzegiem gigantycznego jeziora Cocibolca (dziś zwanego Nikaragua) i nazwał je Granadą. Przebył on długą i niebezpieczną drogę, by dotrzeć w to miejsce. Najpierw z wybrzeża karaibskiego trzeba było znaleźć szlak do wnętrza kraju. Kluczem okazała się rzeka San Juan, którą płynął do jej ujścia z jeziora Cocibolca. Potem żeglował po wzburzonych wodach, by wreszcie dotrzeć do jego północnego krańca. Granada jest jednym z najstarszych miast Nowego Świata, żelaznym punktem na trasie turystycznej, miastem przepełnionym kolonialnymi zabytkami, miastem pięknym i bez przesady można ją nazwać perłą dawnego imperium hiszpańskiego. Chociaż… dotąd trwa nieustający spór o to, czy palma pierwszeństwa nie należy się jej konkurentowi – równie staremu miastu Leon. Jedni zakochani są bezgranicznie w Granadzie, inni uważają, że to Leon ze swymi kościołami i całymi kwartałami maleńkich uliczek z domkami pokrytymi czerwoną dachówek powinien być numerem jeden.

W Granadzie wspaniała aleja wiodąca do serca miasta zaczyna się nad jeziorem Nikaragua. Doprowadza nas do Parku Centralnego z królującą nad nim katedrą. Stąd urokliwymi uliczkami dochodzimy do Iglesia San Francisco – najstarszego kościoła w Ameryce Środkowej, oraz do przepięknego kościoła La Merced. Niepowtarzalny klimat tworzą tu liczne kolorowe dorożki wożące turystów po całym mieście.

Leon zaś jest inny, znacznie większy, hałaśliwszy i, co tu ukrywać, brudniejszy. Jego centralnym punktem jest olbrzymia katedra – ta z kolei jest największa w całej Ameryce Środkowej. W jej wnętrzu urządzono panteon nikaraguańskiej kultury z grobem najsłynniejszego poety tego kraju Rubena Dario. Z tyłu monumentalnej budowli wieczorem można doskonale podjeść z ulicznych garkuchni. W mieście Leon jest więcej wspaniałych kościołów niż w Granadzie. Oba miasta wspaniale się rozwijały, były bogate i dlatego oba stały się celem piratów, ale o „piratach z Karaibów” napiszę w następnym numerze. Historia zakpiła bezlitośnie z tych miast. Na stolicę niepodległego kraju wybrano leżącą pośrodku Managuę. Miasto brzydkie, pozbawione znaczących zabytków, a do tego teraz niebezpieczne.

Chickenbus, czyli autobus, sklep i mównica
Jeśli ktoś czytał moje relacje z Gwatemali i Filipin, być może pamięta, jak pisałem, że na drogach królują tam chickenbusy (autobusy „kurczakowe”) – amerykańskie autobusy szkolne z demobilu, które tutaj przewożą nie tylko pasażerów, ale wszystko, łącznie z żywym inwentarzem. Nikogo nie dziwi więc widok jadących w autobusie kury czy nawet wieprzka. Nie widziałem tylko krowy, a i ona pewnie by się zmieściła …Te pojazdy odjeżdżają, gdy się zapełnią, bilet kosztuje grosze, przystanki są wszędzie. Podróżnego raczą głośną muzyką, te „lepsze” – idiotycznymi filmami w stylu „zabili go i uciekł”. Na każdym większym przystanku ładuje się do nich tłum przekupek z jedzeniem, sprzedawcy baterii, skarpetek, przyborów szkolnych, szczotek do zębów…

To jednak tylko przygrywka do poważniejszych wystąpień. Często gośćmi są nawiedzeni misjonarze wszelakich chrześcijańskich religii, którzy wygłaszają kwieciste mowy, wymachując Biblią i roztaczając wizje męk piekielnych w wypełnionym do cna autobusie. Mało kto jednak ich słyszy, bo trzeba dodać, że pojazdy nie są bynajmniej klimatyzowane, a ludzie otwierają wszystkie okna na oścież. Szalony pęd sprawia, że we wnętrzu hula wściekły, urywający głowy wicher.

Ometepe – kraina nie z tej planety
Wyobraźcie sobie jezioro, które ma 170 km długości i 60 km szerokości. Na tym jeziorze jest 400 wysepek, ale jedna z nich – Ometepe – przyciąga każdego podróżnika, bo to nieodkryty jeszcze przez masową turystykę kawałek tropikalnego raju. Chociaż Ometepe jest malutka, liczy tylko
275 km kw., to widać ją z kilkudziesięciu kilometrów. Bo wyrastają z niej dwa wielkie wulkany: wspaniały klasyczny stożek Concepcion (1610 m) i sąsiedni Maderas ( 1326 m). Szybko rosną nam w oczach, gdy płyniemy w kierunku wyspy. W cieniu wulkanów mieszka 30 tys. ludzi, w większości ubogich, którzy trudnią się uprawą tytoniu, trzciny cukrowej i wypasem bydła. Miasteczka są tu dwa. W jednym z nich – Altagracias, w ruinach starego kościoła odnalazłem grób polskiego księdza Władysława Chwalbińskiego, który przez kilkadziesiąt lat był miejscowym proboszczem.

Ometepe przyciąga niezwykłym spokojem, pięknem krajobrazów, ale głównie czarną, powulkaniczną plażą we wsi Santo Domingo, wodospadami i tysiącletnimi rysunkami naskalnymi, zrobionymi przez dawnych mieszkańców tych ziemi – potomków Azteków. Jezioro Nikaragua, zwane przez Indian Cocibolca, jest połączone z Atlantykiem, konkretnie z Morzem Karaibskim przez rzekę San Juan, tworzącą granicę z Kostaryką. I to właśnie może być początkiem końca tutejszej przyrody i spokoju. Rząd Nikaragui dąży do zbudowania tu nowego kanału łączącego dwa oceany na wzór Kanału Panamskiego. Inwestorzy i wykonawcy już są. To oczywiście Chiny. Ludzie protestują i wszyscy, z którymi rozmawiałem, wskazywali na konsekwencje takiej budowy: katastrofa ekologiczna, wielka wycinka tropikalnego pierwotnego lasu, zniszczenie i zanieczyszczenie jeziora, wysiedlenia… To byłby koniec nie tylko rajskiego Ometepe.

W następnej części dżungla, zabójcze żabki i plaże Pacyfiku

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl