Piraci z Karaibów i rajskie plaże

Nikaragua jest prawdziwym rajem dla podróżnika. To nie tylko królestwo wulkanów, ale urocza wyspa Ometepe, tropikalna dżungla na pograniczu z Kostaryką, rajskie plaże u wybrzeży Pacyfiku i zielone wzgórza porośnięte plantacjami kawy. To również cel piratów z Karaibów, prawdziwych władców mórz z XVII w., którzy przybyli tu, by splądrować Granadę, jedno z pierwszych miast założonych przez Europejczyków w Nowym Świecie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ważnym punktem naszej podróży po Nikaragui jest San Carlos, mieścina zabudowana drewnianymi domami, których największym atutem są werandy z bujanymi fotelami.  Kiedyś była tu też hiszpańska twierdza, jednak do dziś niewiele już z niej pozostało. O burzliwych dziejach tego zakątka kraju świadczą tylko pordzewiałe armaty, przeniesione na dach jednej z knajp. Jednak San Carlos to ważny punkt na mapie. Port, z którego wypływają łodzie na przyległe wyspy, bagna i oczywiście w dół rzeki San Juan, w stronę Morza Karaibskiego.

Naszym celem była jednak osada El Castillo – co po hiszpańsku oznacza „fort”, „twierdzę”. Leży ona trzy godziny rejsu szybką łodzią. Zaczęło się ciekawie – ku mojemu zdumieniu pomocnik sternika rozdał pasażerom kamizelki ratunkowe, a żołnierz na przystani dokładnie pilnował, aby wszyscy je nałożyli. Dziwne, pomyślałem, bo w tych częściach świata nikt nie zaprząta sobie głowy takimi drobiazgami jak bezpieczeństwo. Dwa potężne silniki Yamahy zaprzężone do łodzi wypchnęły nas na rzekę i wtedy wszyscy, jak jeden mąż, zaczęli ściągać te kamizelki, a pomocnik zręcznie poutykał je pod dachem… Fikcja skończona.

Rzeka jest od razu szeroka, porośnięta z obu stron lasem, czasem podpływaliśmy na moment do brzegu, by wypuścić jakąś rodzinę.

Z reguły czekały już tam muły i wnet towarzystwo znikało w zaroślach. Zatopione drzewa przyozdabiały białe czaple i wężówki – ptaki podobne do kormoranów. Pół godziny po starcie minęliśmy betonowy most – najnowszą konstrukcję wybudowaną ostatnio przez Japonię. Ten jedyny most na rzece wiedzie do przejścia granicznego z Kostaryką i za nim oddalamy się od cywilizacji. Odtąd nie ma już bitych dróg, transport odbywa się tylko drogą wodną.

W większej osadzie o nazwie Boca del Sabalo na łódź wdarł się tłum, szczelnie wypełniając cały pokład, ludzie podróżowali nawet na stojąco. O kamizelkach ratunkowych już nikt nie wspomniał. Za którymś zakrętem ujrzeliśmy wreszcie osadę El Castillo z górującym nad nią kamiennym fortem. Byliśmy u celu.

Piraci przypływali z Karaibów
El Castillo ciągnie się kilkaset metrów wzdłuż rzeki, drewniane domki nad wodą stoją na palach, nie ma żadnych pojazdów. Panuje upał i święty spokój, a malownicza przyroda może wprawić w osłupienie.

Wioska od razu przypadła nam do gustu. Po obejrzeniu miejscowych atrakcji, na które składało się kilka sklepików i barów, poszliśmy zwiedzić fort. Wznosi się on na wielkim pagórze, nad samymi bystrzami rzeki San Juan. Z jego potężnych murów rozciąga się panorama na całą okolicę. Hiszpanie wiedzieli, co robili, budując tę kamienną piramidę w dżungli. Była jednym z łańcucha fortyfikacji strzegących centrum kraju przed najazdami piratów, wpływających od Morza Karaibskiego. Od razu wyjaśnijmy: piratami to nazywali ich Hiszpanie, którzy rabowali, ile wlezie bogactwa Nowego Świata.

Natomiast inne potęgi europejskie, takie jak Anglia, Francja i Holandia, które zazdrościły Hiszpanom obfitości, brały tych żeglarzy na swoją służbę, by… rabowali Hiszpanów. Dlatego nazywano ich korsarzami, bukanierami itp. Wielu z nich doczekało się nawet tytułów szlacheckich w swojej ojczyźnie…

Piraci uwzięli się szczególnie na bogate miasto Granada, łupiąc je i paląc. Jednym z najsłynniejszych piratów był Walijczyk Henry Morgan, zwany Królem Bukanierów. Morgan, ruszając z Jamajki, rabował miasta Kuby, zdobył Panamę, łupił Kolumbię i Wenezuelę, nie mógł więc pominąć Granady. Po drodze czekały jednak silne bystrza pod El Castillo, zwane Raudal el Diablo (Strumień Diabła), które stanowiły zaporę dla pirackich okrętów. Ale i na to znaleźli receptę. Przygotowali sześć 12-metrowych łodzi i nocą pokonali Rio San Juan. Dniami ukrywali łodzie na brzegach, następnie przemierzyli jezioro Nikaragua i w czerwcu 1655 r. napadli na Granadę, kompletnie zaskakując ludność, ograbili miasto i zatopili hiszpańskie okręty. W latach 1655-1670 miasto atakowali trzy razy. Potem Granadę oblegali jeszcze Anglicy, Francuzi i Holendrzy…

Hiszpanie mieli tego dość i w 1675 r. ukończyli budowę fortu El Castillo. Teraz ich armaty mogły skutecznie ostrzeliwać intruzów, a bystrza hamowały pirackie łodzie. Jednak dopiero w 1769 r. dowódca fortu 17-letni Rafel Herrera pokonał piratów dążących do oblężenia Granady. To był początek końca piratów z Karaibów na tych ziemiach.

Niebezpieczne żabki
Na wycieczkę do dżungli mieliśmy wyruszyć o świcie. Tutaj to szósta rano. Tymczasem poprzedniego dnia wieczorem rozpętała się ulewa, która trwała całą noc. Dopiero rankiem widać było, że się przejaśnia.

Z El Castillo popłynęliśmy rzeką San Juan na południe, do rzeczki Bartola, stanowiącej jednocześnie granice rezerwatu Indio Maiz. To 4500 km kw. tropikalnego lasu deszczowego, który wraz z leżącym od północy rezerwatem Bosawas tworzą drugą po Amazonii puszczę na zachodniej półkuli. Przez dziesiątki lat te ziemie należały do dyktatora Anastasio Somozy. Gdy do władzy doszli sandiniści, cały teren przekształcili w rezerwat. Ochronie tych terenów sprzyjało ich niewielkie zaludnienie i położenie w oddalonym zakątku Nikaragui. Różnorodność biologiczna rezerwatu jest niesłychanie bogata. Żyją tu pumy, jaguary, tapiry, leniwce, a w wodach San Juan jedyny słodkowodny rekin na świecie.

Przy rzece Bartola znajduje się posterunek wojskowy, bo jesteśmy przy granicy z Kostaryką. Nikt zapewne nie wie, ile tajemnic kryje w sobie ta okolica. Brak dróg, przepastna dżungla, rzeki… Wymarzony teren do przemytu narkotyków, ludzi, itd. Wyruszamy do lasu. Mimo okropnej duchoty wędrówka przez dżunglę nie byłaby może tak uciążliwa, gdyby nie upiorne błoto towarzyszące nam od samego początku. Zapadaliśmy się w maź po pół łydki,
a łapać za gałęzie nie sposób. Tam kolce, gdzie indziej mrówki… Moi współtowarzysze mieli pożyczone kalosze – idealne buty na taką wyprawę, dla mnie niestety nie udało się znaleźć numeru 47. Musiałem iść w butach trekkingowych.

Puszcza jest zastanawiająco cicha. Czasem tylko zaskrzeczy tukan lub stado małp przebiegnie przez korony drzew. Jest też zaskakująco mało kolorowa. Na ziemi leży dywan zgniłych brązowych liści, powyżej to monotonna zieleń rozmaitych odcieni. Jedynie czasem z tej mierzwy wyłoni się jaskrawy kwiat, częściej kolorowe kolonie grzybów. Duchota nieziemska. Ubranie można było wyżymać, obiektywy parowały. Ale my szukaliśmy kolorowych żabek… Wreszcie dostrzegliśmy pierwszą z nich. Jaskrawo-czerwona z niebieskimi nogami była wielkości paznokcia małego palca i siedziała pod liściem. Gdyby nie nasz przewodnik, z pewnością nie mieliśmy szansy podziwiania tego dziwoląga.

– Nie dotykać! To bardzo niebezpieczne żaby – ostrzegł nas Juan. Przez gruczoły skóry wydzielają silnie trujące toksyny, których Indianie używają do zakażania strzał. Jeden z gatunków, żabka żółta, najbardziej niebezpieczny przedstawiciel tej rodziny, wytwarza toksynę zdolną zabić 20 osób albo 10 tysięcy myszy. Naukowcy zakwalifikowali je jako „drzewołazowate”. Ich cechą wspólną jest jaskrawy kolor skóry oraz wytwarzanie toksyn. Przeciętna waga takiego stwora wynosi dwa gramy! Później mieliśmy szczęście napotkać jeszcze dwa inne gatunki: żabkę brązową z czarnymi kropkami oraz zieloną w czarne desenie. Zwierzęta te zamieszkują tropikalne lasy deszczowe Ameryki Południowej i Środkowej, a wiele gatunków jest zagrożonych wyginięciem.

W pewnym momencie napotkaliśmy też pochód wielkich, trzycentymetrowych czarnych mrówek, których jad może nawet zabić człowieka. Podobno wystarczy siedem ugryzień… Były też miłe spotkania z barwnymi ptakami i małpami wyczyniającymi napowietrzne brewerie. Po kilku kilometrach doszliśmy znowu do rzeki Bartola. Przewodnik ze sternikiem zapewnili, że nie ma tu aligatorów, dlatego, nie zastanawiając się, wsko- czyłem do cudownie orzeźwiającej toni. Co za rozkosz po oblepiającym zaduchu dżungli!

W stronę Pacyfiku
Nikaraguę oblewają dwa wielkie oceany, jednak wybrzeże atlantyckie (czyli Morza Karaibskiego) dzieli od reszty kraju wielka dżungla, bagna i brak dróg. Dlatego ruch turystyczny skupił się na Pacyfiku. Słońce, plaże, surfing – to magnesy przyciągające podróżników, a szczególnie surferów, którzy cenią wielkie fale łamiące się przy brzegach.

Niekwestionowaną stolicą pacyficznych plaż Nikaragui jest miasteczko San Juan del Sur (Święty Jan Południa). Niegdyś mała rybacka wioska jest dziś szybko rozwijającym się kurortem, nastrojowo zabudowanym starymi drewnianymi domami w stylu wiktoriańskim. Leży nad bardzo widowiskową i równie szeroką plażą w kształcie regularnego pół-księżyca. Nad nią wznosi się wysokie wzgórze z potężną figurą Chrystusa. Widok z tego miejsca jest bajkowy. Nie obyło się tu bez poloników.

W kaplicy, u stóp figury, umieszczono planszę z informacją o największych figurach Chrystusa na świecie. Wśród wymienionych 17, nikaraguańska rzeźba liczy 26 m, a polski Chrystus Król w Świebodzinie mierzy 33 m i ustępuje wysokością tylko figurze Chrystusa Pokoju w boliwijskim mieście La Paz.

W okolicy San Juan del Sur jest mnóstwo pięknych plaż, wśród nich słynna El Coco. My odwiedziliśmy w tej okolicy małą rybacką wioskę tuż przy granicy z Kostaryką, gdzie nie było żywej duszy. Również będąc w Leon, pojechaliśmy do pięknych plaż Las Penitas. Tu fale są konkretne, trzeba też uważać na silne prądy. Plaże są prawie bezludne, ponieważ nie da się na nich leżeć plackiem – człowiek by się usmażył. Widać tylko kąpiących się, reszta chroni się w cieniu pobliskich barów.

Miłośnicy przyrody też się nie nudzą. Na wybrzeżu Pacyfiku jest wiele rezerwatów przyrody, chroniących ptactwo wodne, które można zwiedzać wynajętą łodzią. Atrakcją są wycieczki w celu podglądania żółwi morskich, które składają jaja, a w niektórych miesiącach obserwacje wielorybów. Wybrzeże Pacyfiku liczy w Nikaragui 320 km. W większości nadal są to bezludne, a nawet trudno dostępne plaże.

Mokradła San Miguelito
Dla nas, „ptasiarzy”, którzy na Bagnach Biebrzańskich strawili kawał życia, mokradła blisko miasteczka San Miguelito były punktem obowiązkowym podróży. Rezerwat zajmuje obszar ponad 43 tys. ha i gromadzi prawie 40% wszystkich gatunków ptaków Nikaragui. Wynajęliśmy łódź i wczesnym popołudniem ruszyliśmy na obserwacje. Z jeziora Nikaragua wpłynęliśmy na rzekę Rio Piedra, a następnie w jej malownicze dopływy.

Największe wrażenie robi galeria lasu, ciągnąca się wzdłuż brzegów niezbyt tu szerokiej rzeki. Wiele drzew stoi zatopionych, widać skłębione liany, wyrastające z pni dziwaczne porosty i żerujące ptaki. Tych pod wieczór jest mnóstwo: wiele gatunków czapli, drapieżniki, ptactwo wodne i brodzące w płytkich zatoczkach. Widzieliśmy nawet układające się do snu małpy oraz dwie wielkie iguany na drzewach. Te jaszczury zwą się po polsku legwanem zielonym. Tylko, co zastanawia, że jeden z nich faktycznie był koloru majowej trawki, na-tomiast drugi – wyraźnie pomara- ńczowy, a to też legwan zielony. Nocą podglądaliśmy w rzece aligatory. Trzeba do tego latarki, dopiero wtedy widać wpatrzone w nas czerwone ślepia gada.

Na wyżyny dla ochłody!
Wymęczeni upałami, obraliśmy jedyny słuszny kierunek – góry! Po kilku godzinach jazdy przenieśliśmy się w krainę wiecznej wiosny. Nareszcie jest czym oddychać, w nocy nie potrzeba wentylatora. Miasteczko Juigalpa. Wysokość 1000 m n.p.m. – fantastyczne widoki, zielone góry porośnięte piniami. Wśród nich plantacje kawy, kakao, ananasów, wodospady, gorą-ce źródła… Pola ryżowe, kukurydziane, wioski, w których jest więcej jeźdźców na koniach niż na motocyklach, zero turystów. Jaka szkoda, że trzeba było już wracać…

REKLAMA

REKLAMA