Lincz wisiał w powietrzu

Właśnie mija 35 lat od głośnego incydentu na dworcu PKP w Otwocku. 7 i 8 maja 1981 r. wzburzony tłum zgromadzony przed stacją omal nie zlinczował milicjantów zabarykadowanych w posterunku kolejowym MO. Kilkaset metrów dalej czekały już zwarte oddziały ZOMO. Było o krok od krwawej pacyfikacji.

Wszystko zaczęło się od pijackiej burdy wywołanej przez Włodzimierza M. i Sławomira G. w dworcowym bufecie. Jak zwykle poszło o drobiazg. Pracownica knajpy udała, że dzwoni na milicję. Wtedy awanturnicy wyszli i wybili kilka szyb w pustym w tym czasie posterunku kolejowym MO, stojącym pomiędzy torami od strony ul. Orlej. Wkrótce zjawili się milicjant i ormowiec, którzy nie szczędząc napastnikom razów, zawlekli ich na posterunek.

W tym czasie, było po godz. 16.00, z podmiejskich pociągów wysiadały tłumy ludzi wracających z pracy. Poszła fama, że milicja katuje zatrzymanych. Nie trzeba było czekać, wnet tłum gapiów, w tym i pijanych, zgromadził się na dworcu. Padały agresywne hasła, krążyły plotki.

Ktoś powiadomił o całej sytuacji działaczy otwockiej „Solidarności”, którzy szybko przybyli na miejsce. Milicjanci z posterunku pozwolili im wejść do środka, żeby sprawdzili, w jakim stanie są zatrzymani. Związkowcy stwierdzili, że nie byli bici.

– Weszliśmy razem z Ryśkiem Tymosiakiem, szefem oddziału „S” w Otwocku. Gdy byliśmy w środku, to ktoś polewał benzyną wejście. Wyszedłem i ich pogoniłem. To było na pograniczu linczu. Gdyby nie nasza obecność, to milicja by się żywcem usmażyła – opowiada Zenon Barejko, mieszkaniec Otwocka, wówczas należący do zarządu „S” w warszawskim Polmozbycie.

Wkrótce przyjechało też pogotowie ratunkowe, które zabrało zatrzymanych na badania do Komendy Miejskiej MO w Otwocku. Tam Sławomira G. zatrzymano w areszcie, a Włodzimierza M. wysłano na obserwację do warszawskiego szpitala przy ul. Grenadierów. Po badaniu lekarz zanotował: „Pijany, powierzchowny uraz twarzy, otarcie naskórka, tatuaże. Leczenia chirurgicznego nie wymaga, może przebywać w izbie wytrzeźwień”.

A tłum narasta…
W tym czasie tłum na stacji liczył już od 500 do 1000 osób. Atmosfera gęstniała, z minuty na minutę robiło się coraz bardziej niebezpiecznie. Rzucano kamieniami w budynek posterunku, ktoś próbował go podpalić. Działacze „Solidarności” z Otwocka uznali, że nie ma na co czekać, i skontaktowali się z Biurem Interwencyjnym Regionu Mazowsze. Na miejsce szybko przyjechali: Zbigniew Romaszewski, Franciszek Drzewiecki i Jan Walc. Ten ostatni wspominał potem: „Atmosfera wiszącego w powietrzu linczu aż mdli. Jak tych ludzi powstrzymać?”.

Ich apele nie odnoszą skutku. Posterunek nadal jest obrzucany kamieniami, milicjanci drżąc o własną skórę, siedzieli wewnątrz jak myszy pod miotłą. Na dworzec przybyli też proboszcz i ówczesny otwocki prokurator Karol Napierski. Ludzie z „Solidarności” nalegali, żeby przywieźć obu zatrzymanych, by pokazać, że nie dzieje się im krzywda. Impas. Do siłowej konfrontacji dążył pułkownik milicji Rusinowicz. Jego oddziały ZOMO czekały tylko na rozkaz. Na szczęście się nie doczekały. Zawdzięczamy to związkowcom i prokuratorowi Napierskiemu, który zachował się jak należy w tej dramatycznej sytuacji.

– Napierski nie chciał podpisać zgody na ingerencję ZOMO, które stały na zapleczu bazaru. Ich interwencja mogła wywołać zamieszki w całym kraju – mówi Teresa Wójcik, mieszkanka Otwocka, dziennikarka „Wsieci”, która pracowała wówczas w Regionie Mazowsze.

„Siła antysocjalistyczna” przekonuje
Zbigniew Romaszewski z kolegami nie znalazł rozwiązania, dlatego z Warszawy przyjechali wkrótce wiceprzewodniczący Regionu Mazowsze Seweryn Jaworski oraz Tadeusz Kłopotowski. Obaj odwiedzili jednego z zatrzymanych i zaświadczyli o jego dobrym stanie zdrowia. Nic to jednak nie dało.
Sytuacja wydawała się beznadziejna. Wtedy Jan Walc zatelefonował do Jacka Kuronia, ale akurat nie było go w domu. Z jego żoną Grażyną uzgodnił, że trzeba poinformować szefa Regionu Mazowsze Zbigniewa Bujaka, a także Adama Michnika. Ten skontaktował się z wicepremierem Mieczysławem Rakowskim, a Bujak próbował w tym samym czasie porozumieć się z ministrem sprawiedliwości Jerzym Bafią.

Późnym wieczorem tłum stopniał do ok. 200 osób, ale był za to bardziej agresywny. Posterunek oblano benzyną, jednocześnie żądając zwolnienia zatrzymanych. Przywieziono ich w ostatniej chwili przed podpaleniem posterunku, w asyście Bujaka i Michnika. Ten ostatni przedstawiając się jako „siła antysocjalistyczna”, oznajmił, że zatrzymani są wolni, i daje na to gwarancję.

Teresa Wójcik wspomina: – Romaszewski próbował przemówić do tych ludzi, ale nie było nagłośnienia, tłum narastał, w tym bardzo dużo nietrzeźwych tzw. elementu. Bujaka też nie chcieli słuchać, był dla nich za spokojny. Uspokoił ich Michnik, który wszedł na drzewo, nie skąpił w mówieniu „łaciny”, bo wiedział, do kogo mówi. Jej słowa potwierdza Zenon Barejko: – Michnik zwrócił się do tłumu: „Co kkkkurwa wy myślicie, że ja w pieeerdlu nie siedziałem?” To trochę rozładowało atmosferę. O trzeciej w nocy tłum się rozszedł.

Posterunek w ogniu
Rankiem następnego dnia nieznani sprawcy próbują zaatakować posterunek. Otwoccy działacze „Solidarności” apelowali o spokój i nieuleganie prowokacji, która będzie korzystna dla milicji. Nic to nie dało. Ok. 16.30 ktoś podpalił budynek. Straż pożarna była bezsilna, bo poprzecinano węże gaśnicze, grożono wywróceniem wozu. O 19.00 posterunek znowu podpalono i tym razem spłonął doszczętnie. Do Otwocka przyjechała telewizja, a ludzie opowiadali, że to sama milicja podpaliła budynek, a zatrzymani są ledwo żywi albo już nie żyją…

Ostatnim akordem incydentu na stacji był apel Jacka Kuronia o to, by rozejść się w ciągu 10 minut, a ten, kto zostanie, będzie prowokatorem. To poskutkowało, ale nie doprowadziło do końca groźnej sytuacji. Grupy podpitych mieszkańców chciały podpalić barakowóz PKP stojący obok posterunku, inni zdemolowali pawilon w centrum Otwocka.

Kolejne dni przyniosły spokój dzięki strażom obywatelskim powołanym przez otwocką „Solidarność” wraz z Miejską Radą Narodową. Jej szefem został Zenon Barejko.

Co z inicjatorami wydarzeń?
Postępowanie prokuratorskie nie wykazało, by milicja przekroczyła granice uzasadnionego użycia siły. Podkreślono, że obrażenia u zatrzymanych mogły powstać przed interwencją, a w obezwładnianiu obu sprawców brały udział osoby postronne. Oskarżono Sławomira G. i Włodzimierza M. o niszczenie mienia społecznego, napaść na funkcjonariusza i znieważenie go.

W listopadzie 1981 r. zakończył się proces trzech osób odpowiedzialnych za podpalenie posterunku. Sąd skazał je na wyroki od półtora roku do dwóch lat więzienia oraz pokrycie szkód w wysokości 70 tys. zł. Oficjalne media szybko „zapomniały” o roli „Solidarności” podczas tych wydarzeń. – Podziękowań nie złożono umyślnie, by zatrzeć fakt, że „Solidarność” zapanowała nad sytuacją – ocenia Teresa Wójcik.

Korzystałem z opracowania:
Tomasz Kozłowski, „Siły Antysocjalistyczne”
w obronie milicjantów.
Otwock 7 maja 1981.
Wolność i Solidarność nr 2, Gdańsk.

REKLAMA

REKLAMA