Olimpijska euforia

Andrzej Michalik, 32-latek z Karczewa, który od dzieciństwa zmaga się z cukrzycą typu pierwszego (insulinozależną), dopiął swego. Po blisko czterech tygodniach samotnej podróży kajakiem przepłynął Wisłę z Goczałkowic do Gdańska. O projekcie „Słodka Wisła” zrobiło się głośno. Artykuł dotyczący wyprawy Michalika opublikowało nawet polskie wydanie „National Geographic”. O przygodzie życia Andrzej opowiedział w rozmowie z „Linią Otwocką”.

ROZMAWIA MARCIN SULIGA

Samotny rejs Wisłą obfitował w wiele nieplanowanych przygód, ale dobry humor zawsze ratował sytuację
Samotny rejs Wisłą obfitował w wiele nieplanowanych przygód, ale dobry humor zawsze ratował sytuację

Rozmawiamy równo dwa tygodnie po tym, gdy dopłynąłeś do Gdańska i wróciłeś pociągiem do domu. Odpocząłeś już? Doszedłeś do siebie po tym ekstremalnym przedsięwzięciu?
– Jeszcze nie do końca. Wciąż bolą mnie dłonie, opuszki palców, a przede wszystkim kciuki, które musiały znieść największe obciążenia. Reszta organizmu już powoli dochodzi do siebie, ale czuję, że nie jestem jeszcze w stuprocentowej formie i potrzebuję czasu na pełną regenerację. Jestem zmęczony, ale zmęczenie przeplata się z niesamowitą satysfakcją, że udało mi się spełnić marzenie i dopłynąć do celu. Cały czas towarzyszy mi jeszcze euforia niczym po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego.

Patrząc z perspektywy czasu, uważasz, że byłeś optymalnie przygotowany do tej wyprawy, czy może coś byś jednak zrobił inaczej?
– Na 90 procent byłem dobrze przygotowany do tego przedsięwzięcia. Od strony fizycznej wszystko było w porządku, choć nie przygotowałem chyba odpowiednio dłoni na tak ekstremalny wysiłek. Nie wiem, czy takie ćwiczenia istnieją, ale ten element należałoby poprawić. Trochę zmieniłbym też logistykę. Na pewno wziąłbym dużo mniej rzeczy. Prowiant ograniczyłbym do najbardziej prostych rzeczy, takich jak chleb, wafle ryżowe, chrupki, zupki błyskawiczne…

Konserw już byś nie brał…
– Konserw na pewno nie (śmiech). Ale wszyscy, z którymi rozmawiałem i którzy wiedzą o moim zatruciu na początku wyprawy, są bardzo zdziwieni tym, że konserwa mogła się popsuć…

Początek swojej przygody z Wisłą zacząłeś z wysokiego „c”.
– Po dwóch dniach poczułem, że zaczęło się wyzwanie. Po dość spokojnym rejsie miałem pierwsze przygody. Takiego zatrucia pokarmowego jeszcze nie przeżyłem. Przez głowę przeszła mi nawet myśl, żeby zakończyć wyprawę, ale szybko ją odrzuciłem. Postanowiłem wziąć się w garść i jakoś przetrwać. Nie było łatwo, ale powoli zacząłem dochodzić do siebie, pomogli mi jeszcze inni kajakarze, i ruszyłem dalej.

A potem zaczęły się problemy z kajakiem.
– Przez trzy dni sam walczyłem z uszkodzeniem, bo dziurka w poduszce powietrznej miała zaledwie dwa milimetry. Niestety, moje wysiłki nie przyniosły oczekiwanego efektu, a co gorsze, im dłużej płynąłem, tym bardziej ta dziurka się powiększała. Ostatecznie skończyło się wizytą u wulkanizatora. On nałożył blisko półmetrową łatę, ale to też nie pomogło. Wtedy trzeba było podjąć decyzję, co dalej? Okazało się, że wulkanizator, który mi pomógł, ma w Krakowie znajomego prowadzącego klub kajakarski. Po krótkiej rozmowie okazało się, że on może wynająć mi sprzęt na resztę wyprawy. To było dla mnie jak zbawienie, ale zaraz pojawiła się lekka obawa, czy dam radę, ponieważ kajak, którym miałem płynąć, był plastikowy, a ja na takim nie pływałem. Dmuchany sprzęt nie miał prawa się wywrócić, natomiast ten nowy był bardziej wywrotny i tego bardzo się obawiałem, bo wiedziałem, że najtrudniejsze fragmenty Wisły są jeszcze przede mną. Najpierw spróbowałem płynąć nim na miejscu. Początek nie był optymistyczny, bo od razu wpadłem do wody. Na szczęście był ze mną profesjonalny kajakarz, być może olimpijczyk, który udzielił mi wielu cennych rad: jak wsiadać, jak trzymać wiosło, jak kontrolować łódkę. Te podpowiedzi pozwoliły mi szczęśliwie, bez wywrotki, do-płynąć do Gdańska.

Po powrocie mówiłeś, że Wisła na całej długości okazała się niezwykle wymagająca. Który odcinek był dla Ciebie najtrudniejszy?
– Po pierwsze odcinek włocławski. Wszystko, co o nim czytałem i słyszałem, sprawdziło się w stu procentach. Fizycznie i technicznie to był jeden z dwóch najtrudniejszych fragmentów wyprawy. Walka z wodą i falami, które miały nawet metr wysokości, sprawiała, że ręce mdlały od wysiłku. 10-kilometrowy odcinek, z wiatrem wiejącym w twarz, pokonałem w cztery godziny. To dużo.

Natomiast drugi fragment to sam finisz, gdy dopływałem do Gdańska. Chyba zbyt pewnie podszedłem do tego odcinka myśląc, że nic mnie już nie zaskoczy. Tymczasem te wszystkie  pływające jachty, łodzie czy motorówki potrafiły zrobić taką falę, że trudno było się utrzymać w kajaku. Jeszcze trudniej było w porcie, gdzie przepływały statki wypływające na pełne morze. Obok nich w swoim kajaku czułem się jak w jakiejś skorupce. Cały czas musiałem zachować czujność, bo one robiły jeszcze większą falę, która odbijała się od umocnionych brzegów i nie do końca było wiadomo, jak dalej popłynie. Na koniec wyprawy naprawdę czekało mnie dużo niespodziewanej walki.

Projekt „Słodka Wisła“ zakończony, ale Andrzej Michalik planuje już kolejną wyprawę
Projekt „Słodka Wisła“ zakończony, ale Andrzej Michalik planuje już kolejną wyprawę

Na nudę w trakcie rejsu nie mogłeś chyba narzekać?
– Przeciwnie, zdarzały się takie momenty, że czułem monotonię, ale wtedy zawsze próbowałem sobie jakoś urozmaicić podróż. Raz ścigałem się z łodzią silnikową, a innym razem wyzwanie rzucili mi użytkownicy motorówki. To była taka wesoła odmiana.

Jak to się stało, że ostatecznie trafiłeś do Gdańska, zamiast zakończyć wyprawę u ujścia Wisły w Sobieszewie?
– Początkowo tak miało być, ale ostatecznie zrezygnowałem z tego planu, bo nikt nie mógłby mnie stamtąd odebrać. Dopłynąłem do morza i potem ruszyłem w kierunku Westerplatte, gdzie chciałem zakończyć wyprawę, jednak kapitan, który zawiaduje tam ruchem, ze względu na duże niebezpieczeństwo, nie zezwolił mi na wpłynięcie, za co teraz, po dotarciu do Gdańska, bardzo mu dziękuję, bo faktycznie wiedział, co robi.

Wyprawa zakończyła się w Gdańsku i to też miało swój powód. Jestem osobą bardzo skrupulatną i uczciwą. To, co sobie zaplanuję, chcę w pełni zrealizować. W związku z awarią kajaka musiałem odpuścić kilkukilometrowy odcinek między Krakowem a Alwernią i ten dystans chciałem nadrobić, płynąc właśnie do Gdańska, by przepłynąć tyle kilometrów, ile zakładałem na starcie.

Planuję jeszcze, choć nie wiem czy w tym roku, przejść pieszo odcinek, gdzie nie można płynąć, od Baraniej Góry do zbiornika w Goczałkowicach, aby mieć zaliczoną całą Wisłę, od jej początku do ujścia.

Przed Twoim wyjazdem rozmawialiśmy o długiej liście czyhających na Wiśle zagrożeń, którą sam stworzyłeś. Po powrocie przyjechałeś z równie długą listą przyjaciół i osób życzliwych, którzy okazali Ci wsparcie i pomoc w trakcie wyprawy.
– To prawda. Ta lista jest tak długa, że nie chciałbym nikogo pominąć, żeby nikt nie poczuł się urażony. Jednak w trakcie wyprawy doświadczyłem mnóstwo ludzkiej życzliwości i serdeczności. Wszystkim tym osobom, a one będą wiedziały, że mówię o nich, z całego serca dziękuję. Ludzie, którzy towarzyszyli mi w tej przygodzie, są największym skarbem tej wyprawy.

W ciągu tych kilku dni doskonale poznałeś Wisłę. Zgodzisz się z twierdzeniem, że jest to rzeka równie piękna co niebezpieczna?
– Zdecydowanie tak. Nigdy nie próbowałbym przepłynąć jej wpław. Wisła jest niesamowicie zdradliwa, czułem to przez całą podróż w kajaku. Są miejsca, gdzie wydaje się, że woda jest spokojna, stoi, a tymczasem kajakiem rzuca na lewo i prawo, bo są takie prądy. W pobliżu Warszawy widziałem dwa trzymetrowe wiry, których nigdzie więcej nie było. Wisła jest piękna i majestatyczna, ale trzeba do niej podchodzić bardzo ostrożnie.

Masz przed nią teraz większy respekt?
– Tak i myślę, że każdy przed wejściem do rzeki powinien zachować ostrożność. Wisła ma tak zmienne dno, że na odcinku pół metra może być dwumetrowa różnica poziomu głębokości. Można wpaść w taki dół, z którego nie wygrzebie się nawet najlepiej pływający człowiek. W tym przypadku mówiąc o respekcie, trzeba dodać do niego siedem wykrzykników.

Jak na ten niesamowity wysiłek podejmowany w trakcie wyprawy – i pewnie również jeszcze po niej – zareagowała Twoja choroba, czyli cukrzyca, bo to ona była jedną z bohaterek wyprawy.
– Było ciężko. Największe ryzyko było w nocy, kiedy człowiek czuje najmniej, nie mierzy tak często poziomu cukru jak w trakcie dnia, i może nie wychwycić zmiany. Dlatego cały czas starałem się utrzymywać go trochę powyżej normy. Było to męczące, dawało się we znaki, ale czułem się bezpieczniej. Próbowałem mieć to wszystko pod kontrolą.

Choroba nie stanowi już dla Ciebie problemu i nie ogranicza Cię. Chyba połknąłeś bakcyla przygody?
– Nie chcę jeszcze na ten temat mówić, ale już mam w głowie kolejny projekt. Wody już nie będzie, bo szukam nowych wyzwań. Tym razem wycisk dostaną nogi. Czeka je blisko tysiąckilometrowy spacerek. Od września zaczynam przygotowania. Muszę zgubić trochę kilogramów, które w kajaku nie przeszkadzały. I zadbać o nogi, które przeszły trzy poważne kontuzje.

Brodę już zgoliłeś, bo to był chyba taki prywatny symbol wyprawy?
– Wszyscy stwierdzili, że dobrze mi z brodą, więc ją odpowiednio pielęgnuję.

A odwiedziłeś Wisłę po powrocie?
– Byłem nad rzeką i to nieraz. I za każdym razem  towarzyszy mi kłucie w sercu, że to wszystko już się skończyło: nie płynę rzeką, nie rozbiję namiotu na kolejnej wyspie, o poranku nie obudzą mnie ptaki. Ta nostalgia towarzyszy mi cały czas.

Po powrocie na Andrzeja czekali stęskniona mama oraz przyjaciele
Po powrocie na Andrzeja czekali stęskniona mama oraz przyjaciele

REKLAMA

REKLAMA