Zatrzymać okruchy historii

Jest jedynym otwockim muzeum. Istnieje zaledwie 22 lata, ale już zdążyło wpisać się w historię miasta. O Muzeum Ziemi Otwockiej z jego kierownikiem SEBASTIANEM RAKOWSKIM, który jest też p.o. dyrektora Otwockiego Centrum Kultury, rozmawia Jacek Kałuszko.

Początki muzeum nie należały do łatwych, ale potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Czyja w tym zasługa?
– Jana Tabenckiego – prawdziwego pasjonata i późniejszego szefa OCK. W 1993 r. jego pomysł trafił na  sprzyjającą atmosferę oraz zrozumienie prezydenta Antoniego Fedorowicza i rady miasta. Początkowo zbiory gromadził w…szatni „Jaracza”, aż wreszcie 3 maja 1994 r. przeniósł je do pierwszej siedziby muzeum, czyli do… piwnic ratusza. Po dwóch latach muzeum doczekało się wreszcie swojej siedziby. Dawna „Bermanówka” w Soplicowie stała pusta od kilku lat, zarządzało nią starostwo, które przekazało willę miastu w 10-letnią dzierżawę pod warunkiem, że przeznaczy ją na cele kulturalne.

Przypomnijmy kilka nazwisk osób związanych z muzeum.
– Oprócz Tabenckiego, który był spiritus movens placówki, na początku pracował tu Erwin Koz-łowski, potem zostali zatrudnieni Maciej Setniewski, Sylwia Seremet, a później ja. Teraz w MZO pracują  Katarzyna Kulik i dwie osoby zatrudnione w niepełnym wymiarze godzin. Od zawsze jest tu Jerzy Zduńczyk, konserwator i złota rączka, który stał się już chyba legendą tego miejsca.

Kiedy Ty zacząłeś pracę w „Bermanówce”?
– We wrześniu 2001 r. jako instruktor muzealny. Kierownikiem zostałem w 2005 r., bo Jan Tabencki objął stanowisko dyrektora OCK, ale muzeum było jego oczkiem w głowie, to się czuło. Moim głównym zadaniem było oprowadzanie wycieczek, przygotowywałem też wystawy artystyczne i czasowe poświęcone historii miasta. To było odkrywanie po trochu  tożsamości Otwocka. Oczywiście pozyskiwałem również eksponaty i prowadziłem ich rzetelną inwentaryzację.

Ile wtedy było eksponatów?
– Tych najważniejszych, dotyczących Otwocka, około tysiąca, nie licząc przedmiotów tzw. ogólnych z epoki. Dzisiaj, dzięki nowoczesnej inwentaryzacji, mamy zdigitalizowanych ok. trzech tysięcy eksponatów. Są opisane w komputerowej bazie danych razem ze zdjęciami.

Na początku na pewno mieszkańcy przynosili eksponaty z domowych szuflad i strychów. Były jeszcze jakieś inne źródła?
– W tym miejscu chcę podkreślić, że muzeum nie kupowało i nie kupuje eksponatów! To wszystko, co się w nim znajduje, pochodzi z darowizn. Do pewnego czasu było ich bardzo dużo. W ostatnich latach mieszkańcy nadal przynosili różne rzeczy, ale już rzadziej. My je fotografujemy, kopiujemy, są w zbiorach cyfrowych. Jednak to źródło kończy się, są internet i aukcje na Allegro, niektóre przedmioty można sprzedać z niezłym zyskiem
i ludzie o tym wiedzą. Ale i tak nas to cieszy, bo wraca świadomość, ludzie przestają niszczyć rzeczy, fotografie. Są jeszcze eksponaty pozyskane z innych miejsc. Zdarzają się sytuacje, że sam kupuję wartościowe dla muzeum rzeczy podczas rozbiórki starych domów. Na szczęście wszyscy otwoccy deweloperzy nie mają nic przeciwko przeszukiwaniu rozbieranych domów. Często ludzie sami do nas dzwonią z informacją, że jakiś budynek jest burzony. I zazwyczaj jesteśmy obecni podczas każdej rozbiórki.

Pewnie wiele razy zdarzało się, że znaleźliście coś interesującego z punktu widzenia muzeum, co dla innych może być przedmiotem bez wartości.
– Znaleźliśmy mnóstwo rzeczy: stare ubrania, dokumenty, fragmenty listów, bilety kolejowe, fotografie, etykiety itd. Kiedyś znalazłem na strychu rozbieranego budynku buteleczki z napisem: „Otwock. Apteka sukcesorów Podolskiego”. Takie rzeczy znalazłaby się na śmietniku! Innym razem natknąłem się na schowane w ścianie zwoje Tory i hebrajskie książki, które schowali tam idący do getta Żydzi. Dla osób postronnych to żadne skarby, ale dla muzeum są ważnym eksponatem.

Szabli nie znaleźliście pod podłogą?
– Nie, nam się to nie zdarzyło, ale wiem, że są znajdowane, bo trzeba zdawać sobie sprawę, że w Otwocku istnieją ludzie, którzy nas wyprzedzają, i nie do końca legalnie poszukują takich rzeczy. Teraz nawet złomiarze nie biorą tylko metali, wiedzą, że i inne rzeczy mogą znaleźć nabywców.

To z jednej strony dobrze, bo ich nie niszczą…
– W Otwocku jest wielu kolekcjonerów i nie uważam, że jest to coś złego. Znamy się i nawet wymieniamy eksponatami. Przynajmniej wiemy, co mają i co może kiedyś trafić do muzeum. Zresztą tak się nawet dzieje. W ten sposób udało mi się kupić parę rzeczy, ale jest grupa miłośników Otwocka, którzy zbierają wszystko, co dotyczy miasta, łącznie z przedmiotami  na Allegro. Wiem, że one nigdy nie zaginą. Żyjemy w pewnej symbiozie.

Muzeum nie ma pieniędzy na kupowanie szczególnie cennych eksponatów?
– Zasadą jest, że nie kupujemy, ale formalnych przeszkód nie ma. Nawet nie trafiła się nigdy okazja, żeby kupić coś bardzo cennego, chociaż ostatnio nabyliśmy zbiór negatywów od znanego otwockiego fotografa Tadeusza Krekory.

To bardzo dobrze, bo przez wiele lat dokumentował on najważniejsze miejsca i wydarzenia w mieście. A co jest Twoim zdaniem najcenniejszym eksponatem w muzealnej kolekcji?
– Nie ma takiego jednego przedmiotu. Mam z tym problem, bo znam je wszystkie, nie robię takich rankingów. To może się zmienić, ponieważ zbiory wciąż się powiększają. Jest natomiast grupa przedmiotów, o których dużo wiem, np. zegarek dr. Czaplickiego, który podarowała nam jego wnuczka pani Irena Derkacz. Cenny, bo nieprzypadkowy, ale przypisany konkretnej osobie. Niedawno wzbogaciliśmy się o zbiory dawnej przedwojennej szkoły w Świdrze. Są to dzienniczki, zeszyty, chorągiewka wyglądająca jak proporczyk ułański oraz przede wszystkim rysunki.

Oprócz gromadzenia eksponatów muzeum często urządza wystawy plastyczne i historyczne.
– Chociaż naszym zadaniem jest zbieranie, opracowywanie i udostępnianie zbiorów, to robimy też różnego rodzaju imprezy, co potem przekłada się na postrzeganie placówki. W cyklu całorocznym są to warsztaty, na których przybliżamy rodzimą kulturę związaną z kalendarzem świąt, przypominamy stare rzemiosła. Raz w miesiącu organizujemy też otwarte, bezpłatne zajęcia rodzinne. Oprócz tego odbywają się tu wydarzenia takie jak Noc Muzeów, Piknik Archeologiczny, Gra Miejska i kilka innych. Teraz muzea zamiast skupiać się tylko na eksponowaniu rzeczy w gablotach, proponują też inne atrakcje, które mają przyciągnąć zwiedzających. Naszą zaletą jest jeszcze to, że jesteśmy częścią OCK i placówką kulturalną, bo nie mamy formalnie statutu muzeum.

Cykl wystaw o historii Otwocka był podstawą do poważnych opracowań. Jako  historyk z wykształcenia napisałeś pierwsze fachowe prace dotyczące historii Otwocka, m.in. o Żydach, Armii Krajowej.
– Zawsze interesowałem się tymi tematami, a jeśli chodzi o historię otwockiej AK, to denerwowało mnie, że niewiele wiem i niewiele mogę znaleźć. Pomógł mi wtedy Zbigniew Głowacki, ówczesny przewodniczący Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Otwocku. Prosiłem go o przekazanie materiałów, dał mi połowę, którą skopiowałem, a drugiej połowy już nie zdążyłem mu oddać, bo zmarł. Napisanie pracy uważałem za wypełnienie swojego obowiązku wobec niego.

Muzeum przygotowało też głośną wystawę o Żydach otwockich, która potem wędrowała po świecie…
– Zrobiliśmy ją na 90-lecie miasta. Udało się wtedy zebrać teksty, dokumenty, zdjęcia. Jeździłem po różnych instytucjach, od Instytutu Pamięci Narodowej po Uniwersytet Warszawski, aby szukać ikonografii, bo w Otwocku prawie nic nie przetrwało. Niezwykle przydatna okazała się wów- czas książka „Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich” wydana w Izraelu po hebrajsku. Jej część przetłumaczyli dla nas studenci i nasza wiedza rosła. To była pierwsza wystawa. Byłem pełen obaw, kto na nią przyjdzie, a zjawił się tłum nieznanych mi ludzi, a nie tylko pasjonaci Otwocka. To był przełomowy moment.

Twoim zdaniem świadomość przedwojennego Otwocka poszerzyła się dzięki waszym działaniom?
– Jestem o tym przekonany. Muzeum przez ponad 20 lat swojego istnienia na parę rzeczy wpłynęło, i to wielu aspektach. Dotyczy to na przykład pojęcia „świdermajer”. Co roku w muzeum jest jakieś wydarzenie poświęcone tej architekturze. Wystawy istotnie wpływają na zwiększenie wiedzy o historii Otwocka, tym bardziej że tych rodzimych otwocczan jest tu niewielu… Świadomość wzmacniają wycieczki szkolne, warsztaty. I tak lata lecą,
a kolejne roczniki przyswajają dzieje miasta. Teraz, gdy przychodzi do nas wycieczka z gimnazjum czy liceum, młodym ludziom nie są już obce takie nazwiska jak Andriolli, Geisler. Poza tym mamy też żydowską historię miasta. Mam wrażenie, że to też wryło się w głowy ludzi, że tak było przed wojną.

Na 100-lecie Otwocka na ulicach miasta można oglądać bardzo interesujące plansze z dawnymi fotografiami.
– Tych wystaw jest 25, niektóre są z tekstami, niektóre stanowią same zdjęcia. To pomaga poczuć więź z miastem. Wiele osób przypomina sobie dzięki nim swoją młodość…

Przed wojną żyła w Otwocku spora grupa inteligencji, natomiast rzuca się w oczy, że nie napisano wtedy jakichś poważnych opracowań czy choćby kroniki miasta. Ówczesne informatory i przewodniki są infantylne i poważniej traktują tylko leczenie gruźlicy. Nie dowiemy się z nich niczego o istotnych wydarzeniach, obyczajach itd.
– Bo jeden, idealizowany obraz Otwocka, to uzdrowisko na miarę Szwajcarii, ale to tylko drobna część rzeczywistości. Drugi obraz to mnóstwo biedy, brudu, zaniedbań i patologii. Tym, co pomoże poznać obraz tego drugiego Otwocka, jest opracowanie, które teraz przygotowujemy. Będzie ono poświęcone temu, co o codziennym życiu w Otwocku pisała przedwojenna prasa: zbrodnie, sprawy obyczajowe, narastający antysemityzm, bomby pod sklepami. Ta publikacja niedługo ujrzy światło dzienne. Dużo powie o atmosferze panującej w tamtych latach w Otwocku.

REKLAMA

REKLAMA