Nie jestem fanem fantastyki

Wielbiciele Uniwersum Metro 2033 mogą od niedawna zanurzyć się w scenerii postapokaliptycznej Warszawy A.D. 2033, w której nieliczni ocaleni żyją w podziemiach, podzieleni na liczne, niezbyt sobie przyjazne frakcje – jak to w Polsce. Tę literacką przygodę pt. „Achromatopsja” zafundował nam otwocczanin Artur Chmielewski.

O nowej powieści, naginaniu zasad Uniwersum Metro 2033 i miłości do Jamesa Joyce’a z ARTUREM CHMIELEWSKIM rozmawia Przemek Skoczek

W niektórych materiałach dotyczących książki pojawia się określenie „debiutancka”. To, zdaje się, nie do końca prawda.
– Rzeczywiście, to moja trzecia książka, choć pierwsza powieść. Przez kilkanaście lat pracowałem jako fotoreporter, moją pasją jest fotografia i to jej właśnie poświęciłem dwie książki: jedna traktuje o fotografii podróżniczej, druga to taki techniczny przewodnik opisujący zagadnienia na styku aparatu i komputera.

A tu nagle powieść science fiction! Niech zgadnę – jesteś fanem cyklu Dmitrija Głuchowskiego, w młodości zaczytywałeś się Lemem i powieściami Strugackich, a „Achromatopsja” to hołd dla ich twórczości?
– No nie. Raczej nie jestem fanem fantastyki (śmiech). Lema oczywiście znam i niezwykle cenię, ale moja ulubiona powieść tego autora to „Szpital przemienienia”, który zdecydowanie nie należy do kanonu science fiction. Chociaż „Kongres futurologiczny” to faktycznie perełka! Strugackich też nie czytałem zbyt wiele, w zasadzie chyba tylko „Piknik na skraju drogi”. A jeśli chodzi o bogaty cykl „Metro 2033”, to wiem, że wszyscy fani Uniwersum teraz mnie znienawidzą, ale znam tylko dwa tytuły: oryginał i jedną z książek innego autora. Prze-czytałem, by zobaczyć, jak poczynają sobie kontynuatorzy serii w ramach narzuconych przez Głuchowskiego. O tym, kto jest moim ukochanym pisarzem, można przekonać się, zaglądając na początek książki.

Już patrzę… cytat z „Ulissesa” Jamesa Joyce’a. Daleko od niego leży chyba „Achromatopsja”?
– No niestety, chyba daleko (śmiech). Joyce to absolutny mistrz, „Ulissesa” czytałem cztery razy i odczuwam nieco deprymujące dla kogoś pragnącego pisać uczucie, że nic lepszego jeszcze długo nie powstanie. Na szczęście lub niestety – czytelnicy będą mogli odpowiedzieć sobie na to pytanie po lekturze mojej książki – nie zniechęciło mnie to całkowicie do pisania. Piszę więc i robię to najlepiej, jak umiem. Kiedy sięgnąłem po „Metro 2033” i spodobał mi się pomysł oryginału, sceneria postapokaliptycznej Moskwy, od razu zacząłem zastanawiać się, jak mogłaby wyglądać rzucona w podobne okoliczności przyrody Warszawa. Postanowiłem spróbować opisać swoją wizję.

Wspomniałeś o ramach narzuconych przez projekt „Metro 2033”. Czy teksty cyklu trzeba autoryzować?
– Trzeba zdobyć akceptację Dmitrija do swojego pomysłu, ogólnej wizji książki i stosować się do pewnych określonych zasad. Zabawne jest to, że ja o niektórych z nich dowiedziałem się dopiero po zakończeniu pisania, a niektóre z premedytacją złamałem. Na szczęście przymknięto na to oko, jak rozumiem, całość jakoś się obroniła.

O jakich zasadach mówisz?
– Mogę wspomnieć choćby o jednej: Głuchowski pisał „Metro 2033”, mając kilkanaście lat i – co oczywiste – z myślą o czytelniku w podobnym wieku. „Achromatopsja” skierowana jest zdecydowanie do osób dorosłych. Pozostałe reguły to pewne ramy i ograniczenia fabularne, których wolałbym nie zdradzać.

Od pomysłu do wydania książki minęło kilka lat.
– Faktycznie, dość długo to trwało. Najpierw napisałem początek, zmusiłem do przeczytania żonę i kilkoro znajomym (śmiech). Potem musiałem do swojego pomysłu przekonać wydawcę. Po wstępnej akceptacji miałem przyjemność spotkać się z Dmitrijem i mogłem opowiedzieć mu o mojej wizji książki. I, w miarę wolnego czasu, pisałem dalej. W międzyczasie z jednej warszawskiej linii metra zrobiły się dwie, co mnie nieco wybiło z rytmu, gdyż uznałem, że ten fakt musi znaleźć odzwierciedlenie w książce. W sumie trwało to nieco ponad trzy lata. Książek nie wydaje się zbyt szybko.

Ale mało mówimy o samej powieści i jej akcji.
– „Achromatopsja” jest trochę jak kryminał – trudno mówić o akcji, nie psując czytelnikowi niespodzianki. Mam nadzieję niektórych zaskoczyć, nie mogę więc za wiele powiedzieć. Ogólne realia są typowe dla „Metra”: mamy rok 2033, 20 lat po wybuchu globalnego konfliktu atomowego. Uniwersum nie pozwala na bezpośrednie odniesienia do przeszłości, do źródła konfliktu. Nie wiemy zatem, kto wcisnął czerwony guzik, ważne jest tu i teraz. Miasto nie jest zrównane z ziemią, jak po drugiej wojnie światowej, ale ludzie wciąż kryją się pod ziemią, ponieważ powietrze jest zbyt mocno skażone. Na skutek pewnych okoliczności zmuszeni są jednak wyjść na powierzchnię i tam w dużej mierze rozgrywa się akcja „Achromatopsji”. A po resztę ich przygód odsyłam do książki.

Mapka z okładki sugeruje, że bohaterowie przemieszczają się w bliskim nam kierunku.
– Na pewno każdy Czytelnik „Linii Otwockiej” rozpozna wiele znanych sobie miejsc, nie tylko w stolicy, ale i na południe od niej (śmiech). Nie umiałem powstrzymać się, by nie odwiedzić znajomej okolicy.

Zatem zachęcamy do lektury!

Warto zanurzyć się w tym brutalnym świecie, mrocznej, postapokaliptycznej bajce, pełnej jednak zaskakujących odniesień do współczesności. Jak to w mądrej literaturze SF bywa… Zdradzamy też, że być może „Achromatopsja” będzie miała swój ciąg dalszy. I jeszcze trudniejszy do zapamiętania tytuł.

Uwaga – mamy do wygrania dwa egzemplarze książki „Achromatopsja”. By je zdobyć należy zadzwonić do nas we wtorek 11 kwietnia, o godz. 10, pod numer 608 49 88 33 i odpowiedzieć na pytanie: W jakich miastach rozgrywa się akcja wcześniejszych polskich książek z cyklu Metro 2033?

Przy okazji informujemy, że powieść można dostać także w otwockiej księgarni Domu Książki. Jest też szansa na spotkanie z Arturem Chmielewskim. Chcielibyście z nim porozmawiać? Piszcie o tym w komentarzach i mailach.

2 responses to “Nie jestem fanem fantastyki

Dodaj komentarz