Przypominając wrzesień 1939 roku

Dziś jest kolejna rocznica wybuchu II wojny światowej. Jak wyglądały te tragiczne wydarzenia w naszej lokalnej skali?

STANISŁAW ZAJĄC

Niemiecki samolot zestrzelony pod Otwockiem w pierwszym dniu wojny. Fotografia z „Kurjera Warszawskiego”. Jak pisał Melchior Wańkowicz, za Otwockiem strącono dwa samoloty Luftwaffe. Jeden spłonął. Pilot drugiego został ujęty żywcem

W sierpniu 1939 roku, podobnie jak w poprzednich sezonach, w Otwocku przebywały tysiące kuracjuszy i letników. Na brak gości nie narzekali właściciele willi i pensjonatów w Świdrze oraz w innych miejscowościach na linii otwockiej. Jakie panowały nastroje? Maria Dąbrowska pod datą 26 sierpnia przytoczyła kasandryczną wizję: „Polska stoi przed straszną katastrofą”. Ostrzeżenie to w liście do pisarki sformułował Dymitr Fiłosofow – rosyjski emigrant i publicysta od kilku lat przebywający na kuracji w Otwocku. Jednak dominowało inne przekonanie. Trzy dni później Dąbrowska zanotowała bowiem: „Wojna wisi już nie na włosku, ale na pajęczynie. Ale postawa społeczeństwa wspaniała”. Znaczna część Polaków bezkrytycznie przyjmowała (a może chciała przyjąć) buńczuczne zapewnienie o tym, że jesteśmy „silni, zwarci, gotowi”…

– Na dansingach w otwockich lokalach i pensjonatach – jak wspominał Jerzy Plisecki, ówczesny 18-latek – królowała piosenka „Nasza jest noc” (słowa Juliana Tuwima, muzyka Stefanii Górskiej). Czyż nie zdumiewająca okazała się żywotność tego szlagieru, który powstał już w 1930 roku? Czy banalne wyznanie „nasza jest noc i oprócz niej nie mamy nic” nie było próbą zagłuszenia niepokoju przed zbliżającą się wojną? Kazimierz Brandys w „Mieście niepokonanym” pisał o pijackiej manii, która w sierpniu 1939 roku ogarnęła krąg jego młodzieńczych przyjaciół: „Gnał nas dziwny pośpiech i lęk”. Warszawskie bary nie wystarczały: „Pędziliśmy autem w stronę żółtych świateł otwockiej szosy […]”.

Dopiero 30 sierpnia władze polskie ogłosiły powszechną mobilizację. Ludność uprzedzono o możliwości ataku gazowego i bombowego. Na łamach gazety „Dobry Wieczór – Kurjer Czerwony” zamieszczona została wzmianka z Otwocka o pacjentach Sanatorium m. st. Warszawy, którzy zgłosili się do kopania rowów: „Tylko obłożnie chorzy musieli zrezygnować z tego, a natomiast ci, którym siły pozwoliły na to – gorliwie kopali rowy wespół z dyrekcją sanatorium, z lekarzami i służbą sanatoryjną”.

To nie manewry
Początek wojny w Świdrze (w ksią-żce „Dzień Jana”) wspominała Irena Paradowska, która razem z mężem przebywała w pensjonacie „Słone-czna”. Kiedy 1 września podczas śniadania usłyszeli tłumione wybuchy bomb, właścicielka pensjonatu uspokajała, że są to manewry. Jednak nikt z gości, wśród których był m.in. Julian Tuwim, nie uwierzył w to zapewnienie.

Również Stefan Waydefeld w autobiograficznej „Drodze lodowej” pisze o przerwanym śniadaniu. Rodzina doktora Władysława Waydenfelda, mieszkająca w willi przy ul. Kościuszki, usłyszała przytłumione dudnienie. Wkrótce zaś rozległ się, od strony Warszawy, inny dźwięk – burczenie przechodzące w coraz wyraźniejszy furkot. Na niebie pojawiły się samoloty z czarnymi skrzydłami. Trzy wybuchy wstrząsnęły domem. Na Otwock spadły niemieckie bomby. Trafiły głównie w żydowską placówkę leczniczo-wychowawczą „Centos” przy ul. Glinieckiej oraz sierociniec przy ul. Szpitalnej. Zginęło co najmniej kilkanaście osób. Część rannych została przewieziona do Sanatorium Wojskowego. Atak nie był zaplanowany. Niemieckie bombowce leciały w stronę Warszawy, zostały jednak zmuszone do odwrotu przez polskie myśliwce.

Symcha Symchowicz w autobiograficznej książce „Pasierb znad Wisły” wspominał: „W ruinach budynku wciąż palił się ogień […] wyciągano zabitych i rannych i układano na trawie”. Wkrótce do Otwocka przyjechał Melchior Wańkowicz. Napisał wstrząsający reportaż o skutkach bombardowania, który jednak został zatrzymany przez cenzurę. Zbyt drastycznie ukazywał ofiary nalotu. Wańkowicz napisał m.in. o zranionym dziecku: „Pełzło w krzaki ciągać się na rączkach, wlokąc za sobą zmiażdżone nogi”.

Mieszkańcy Otwocka wpadli w panikę. Ludzie wykupowali artykuły spożywcze, zwłaszcza mąkę, sól i cukier, a także zapałki, świece i naftę. W aptekach rozchwytywano środki opatrunkowe. Tylko niektórzy przezorniejsi zrobili większe zapasy jeszcze przed wybuchem wojny.

W patriotycznym uniesieniu
Władze miasta zorganizowały ochotnicze patrole obrony przeciwlotniczej, do których zgłaszali się głównie nastoletni chłopcy. Stefan Waydenfeld wspominał: „Zadaniem naszym było ogłaszać alarm na dźwięk silników lotniczych, pomagać starym, chorym i dzieciom chronić się w świeżo wykopanych rowach i prowizorycznych schronach i pomagać przy gaszeniu pożaru”. Jedna z niemieckich bomb spadła na ul. Reymonta, zamieniając ją „w ognisty korytarz rodem z piekła”.

Zbigniew Wałachowski (mieszkający przy ul. Bazarowej) w 1939 roku miał 16 lat. W swojej relacji pisał: „Z liczną grupą harcerzy, siedząc przy wejściu do Magistratu […] czekaliśmy […] na różne polecenia. W patriotycznym uniesieniu roznosiliśmy Karty Mobilizacyjne czy wszelkie inne zawiadomienia czy wezwania. Śledziliśmy także […] podejrzanych o szpiegostwo […]. Mówiono nam, że lusterkami czy innymi źródłami światła, przekazywali określone sygnały przelatującym samolotom wroga”. Dobitnie wskazał motywy, którymi kierowała się otwocka młodzież: „Nie przerywały tych zajęć ew. zakazy rodziców (z obawy o bezpieczeństwo dzieciaków). A noc «przespana» wówczas np. na schodach czy w holu Magistratu, sprawiała wrażenie wypełniania obowiązku wobec potrzeby Ojczyzny. Były to uczucia niesamowitej powagi!”.

W okolicach Otwocka trwały zażarte walki (wymagałyby one odrębnego przypomnienia); większość sanatoriów została przekształcona w szpitale dla rannych żołnierzy. Niektóre szczegóły znamy dzięki relacji, jaką na łamach „Gazety Otwockiej” zamieściła Anna Pawłowska-Utracka, niegdyś pielęgniarka Sanatorium Sejmikowego. Wojsko dostarczyło materiały opatrunkowe, lekarstwa i sprzęt. Pielęgniarki miały mnóstwo pracy: „Rannych była taka masa, że robiąc opatrunki, przechodziłyśmy z łóżka na łóżko na kolanach, bo były one bez przejść’. Do prac pomocniczych udało się znaleźć młode kobiety. Natomiast dotkliwie odczuwano brak chirurgów. Chorych wymagających amputacji przewożono do Sanatorium Wojskowego, gdzie lekarze, dokonując kolejnych operacji, padali ze zmęczenia.

Exodus pod ostrzałem
Wybuch wojny spowodował w Otwocku znaczne przemieszczenia ludności. Lawinowo rosła liczba uciekinierów z Warszawy. Niektórzy mieszkańcy Otwocka szukali schronienia w sąsiednich wioskach, a nawet lasach. Prawie przez miesiąc tułała się m.in. rodzina Józefa Kociszewskiego, aby w końcu wrócić do rodzinnego domu przy ul. Karczewskiej. Niektórzy od razu zdecydowali się na daleką podróż. Symcha Symchowicz wyjechał pociągiem, aby dotrzeć do Łucka.

7 września pojawiła się kolejna fala uchodźców w wyniku apelu, jaki ogłosił płk Roman Umiastowski, oficer Sztabu Naczelnego Wodza. Wezwał on mężczyzn zdolnych do noszenia broni, aby udali się na wschód, gdzie miała być organizowana linia obrony. Apelu posłuchało też wielu mieszkańców Otwocka. Stefan Waydenfeld opisał przygnębiającą wędrówkę w tłumie uchodźców. Niemieccy lotnicy zaczęli ich ostrzeliwać z karabinów maszynowych: „Nalot trwał zaledwie kilka minut, ale usiał drogę, pola i rowy przydroże nieruchomymi ciałami ludzi i koni”. Calka Perechodnika podczas exodusu zaskoczyło „idealne braterstwo […] między Polakami a Żydami”.

Jerzy Plisecki był jednym z tych, którzy zdołali dotrzeć na wschodnią Lubelszczyznę. Zgłosił się do napotkanego w lesie oddziału. Wspominał: „Dostałem karabin, z którego nie zdołałem jednak wystrzelić”. Kilka dni później jednostka dostała się do sowieckiej niewoli. Młody otwocczanin zdołał uciec.

Niektórzy uciekinierzy z Warszawy właśnie w Otwocku, u znajomych i krewnych, szukali schronienia. Często otrzymywali bezpłatne posiłki. Niektórzy, idąc dalej, zostawiali tu drobne pakunki na przechowanie. Do mieszkającego w Śródborowie Antoniego Iwaszkiewicza, nikt po takie pakunki nie wrócił. Jedynie pogoda była przyjazna dla przymusowych wędrowców.

Mapnik ocalenia
Bronisław Marchlewicz, kierownik komisariatu Policji Państwowej mieszkający przy ul. Kościuszki 1, otrzymał rozkaz stawienia się w Równem na Wołyniu. Ewakuacja obejmowała także rodziny. Zbigniew Marchlewicz, syn otwockiego policjanta, wraz z matką dotarł pod Krasnobród: „Tam dołączyliśmy do koczującego pod gołym niebem tłumu zdezorientowanych uchodźców […] W tym samym czasie ojciec – uznając, iż osiągnięcie celu ewakuacji nie jest możliwe – decyduje się na powrót w kierunku Warszawy. […] I oto na tym przepięknym Roztoczu następuje coś, co przez wiele następnych lat określane było w naszym domu niemal jako cud.

W ciżbie znajdujących się tam uchodźców ojciec odnajduje nas całych i zdrowych”. Tej radości nie zmąciło zaginięcie bagażu, wszystkich najcenniejszych przedmiotów zabranych z domu. Jednak wkrótce w okolice Krasnobrodu wkroczyła armia sowiecka. Bronisław Marchlewicz zamienił policyjny mundur na ubranie cywilne. Zachował jednak legitymację funkcjonariusza PP i oficerski mapnik. Wracającą rodzinę zatrzymali czerwonoarmiści. Dowodzący nimi podoficer nakazał Bronisławowi Marchlewiczowi pokazać dłonie. Nie miał wątpliwości: „Eto pan” – stwierdził. Jednak kiedy dostrzegł skórzany mapnik, nagle przestał interesować się „panem”. Z dumą przewiesił sobie mapnik przez ramię i pozwolił zatrzymanym odjechać.

Bronisław Marchlewicz uniknął losu kilku tysięcy funkcjonariuszy polskich służb mundurowych, którzy zostali zamordowani w Miednoje. Rodzina wróciła do Otwocka. Tu okazało się, że część rzeczy pozostawionych w mieszkaniu zginęła. Żona dozorcy wyznała z rozbrajającą szczerością: „Myśmy myśleli, że państwo nie wrócą”.

Pięć tygodni starostwa
Do Otwocka jednostki Wehrmachtu wkroczyły 14 września. Pięć dni później gen. Petyel, dowodzący wojskami niemieckimi pod Warszawą, zarządził utworzenie starostwa ot-wockiego. O decyzji tej poinformowano na afiszach. Starostwo, mające pełnić funkcję „urzędu policyjnego”, obejmowało Otwock i gminy: Karczew, Falenicę, Wawer i Wiązownę.

Starostą został Jan Gadomski (od 1937 roku burmistrz Otwocka), a jego zastępcą – Wacław Czarnecki (dotychczasowy wiceburmistrz Otwocka). Zarząd powiatu był upoważniony „do wydawania wszelkich rozporządzeń dla utrzymania pokoju i bezpieczeństwa tak samo dla wyżywienia i zdrowia ludności polskiej”. Ważną funkcję miała pełnić tzw. straż obywatelska, której komendantem Niemcy mianowali Stefana Jankowskiego. Jednak pismem z 10 października starosta Gadomski funkcję tę powierzył Bronisławowi Marchlewiczowi. Polecił mu: „niezwłocznie przystąpić do reorganizacji Miejskiej Straży Obywatelskiej w Otwocku, wykorzystując przede wszystkim funkcjonariuszów b. Policji Państwowej”. Obdarzał go dużym zaufaniem: „Przedłoży mi Pan wiosek z imiennym wykazem, dla kogo z członków Straży Obywatelskiej ma być wydana broń”.

Niemcy zlikwidowali otwockie starostwo już 31 października. Fakt ten zapewne łączy się z ogólniejszymi decyzjami okupantów. Hitler początkowo rozważał możliwość utworzenia kadłubowego państewka polskiego. Jednak wkrótce porzucił ten pomysł. Część zajętych obszarów kazał włączyć do Rzeszy, a część – na mocy dekretu obwiązującego od 26 października – przekształcić w Generalne Gubernatorstwo.

Kilkanaście miesięcy później
W styczniu 1941 roku nastąpiło apogeum niemieckiej okupacji. Otwock znajdował się w granicach powiatu warszawskiego, którego starosta (Kraishauptmann) Herman Rupprecht bezwzględnie realizował politykę terroru. Wydarzenia z początku wojny zapewne traciły na znaczeniu wobec owych wyzwań i zagrożeń. Jednak w prywatnym archiwum Bronisława Marchlewicza zachował się intrygujący dokument. Jest to datowane na 16 stycznia 1941 roku tłumaczenie na język niemiecki protokołu sporządzonego 4 października. Oryginał podpisali: ówcześni przedstawiciele Straży Obywatelskiej (komendant i kierownik Wydziału Śledczego), a także inż. Wacław Szpakowski – kierownik Wydziału Aprowizacji miasta i uzdrowiska Otwocka.

Protokół dotyczył ekshumacji dwóch ciał pochowanych w rejonie ul. Zygmunta. Wiadomo, że po zakończeniu działań wojennych na terenie Otwocka ekshumowano ciała 55 osób (30 żołnierzy i 25 cywilów). Dlaczego kilkanaście miesięcy później wspomniany protokół tak bardzo zainteresował okupantów, że został przetłumaczony na język niemiecki? Ekshumowano wtedy ciało mężczyzny, przy którym nie było żadnych dokumentów. Świadek (mieszkający przy ul. Zygmunta 13) zeznał, że: „widział nieboszczyka eskortowanego przez dwuch [!] żołnierzy polskich i, że w czasie eskortowania prowadzony twierdził, iż Grudziądza”. Kolejne zdanie protokołu zawiera znamienną informację: „Następnie świadek usłyszał wystrzał i obróciwszy się zobaczył jak eskortowany upadł”.

Bardzo możliwe, że mężczyzna zastrzelony w opisanych okolicznościach był niemieckim szpiegiem. Rzeczywistym czy domniemanym? Szpiegów – jak pisał m.in. Wańkowicz – widziano wszędzie. Próba wyjaśnienia faktów pozostaje w sferze hipotez. Trudno jednak zaprzeczyć, że cytowany protokół dotyczy jednej z niewyjaśnionych zagadek otwockich dziejów.

Dziękuję p. Zbigniewowi Marchlewiczowi za udostępnienie unikalnych dokumentów oraz p. Katarzynie Kulik z Muzeum Ziemi Otwockiej za pomoc w dotarciu do fotografii.

  • Paweł Sulich says:

    Bardzo ciekawy i wartościowy artykuł. Pozwolę sobie tylko skorygować jeden drobny błąd, bardzo często powtarzany. Wspomnianym dowódcą niemieckich wojsk oblegających Warszawę od południowego-wschodu był gen. por. Walter Petzel, dowódca I Korpusu Armijnego 3 Armii. Ktoś kiedyś popełnił drobną literówkę zamieniając “z” na “y” i tak się ona ciągnie powielana w wielu tekstach.

One thought on “Przypominając wrzesień 1939 roku”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl