W zimowym słońcu Afryki

Upały w Polsce skłoniły nas do ucieczki do Afryki. Konkretnie do Zambii i Zimbabwe. Podczas gdy u nas jest środek lata, tam panuje rozkoszna zima. W ciągu dnia było 23-25 stopni, a w nocy para buchała z ust! Przejechaliśmy ponad trzy tysiące kilometrów, spaliśmy we własnych namiotach, za nocne towarzystwo mieliśmy hipopotamy, słonie, a nawet lwy! I żadne z tych zwierząt nas nie zżarło.

JACEK KAŁUSZKO

Jak koty podwędziły psom kolację
A było to tak… W Zambii biwakowaliśmy nad tropikalną rzeką Luangwą na terenie parku narodowego o tej samej nazwie. Zasypialiśmy przy nieustannym odgłosie pochrapywania hipopotamów, które opanowały tereny wokół tej rzeki. W odróżnieniu od Kenii czy Tanzanii mogą się tu odbywać nocne safari z użyciem silnych szperaczy. Rzecz jasna, już pierwszego dnia skorzystaliśmy z okazji. W obu krajach jeździ się odkrytymi toyotami land cruiser, nie ma w nich dachu ani ścian, więc w pełni można obserwować otoczenie.

Na sawannie zapadał już zmierzch, kiedy dostrzegliśmy stado bardzo rzadkich likaonów. Te zwierzęta wyglądają jak pokryty plamami pies. Przeszły one obok naszego samochodu i zaraz rzuciły się kłusem, bo dostrzegły pasące się antylopy Impala. Zanim mrugnęliśmy okiem, upolowały dwie. I tuż przed maską auta, na środku drogi rozpoczęła się krwawa uczta. Likaony rwały ofiarę na strzępy, ale nagle coś wyczuły. Z boku od strony wysokich traw nadchodził lampart. Stado ruszyło na niego, ale ten uciekł na drzewo. Likaony wróciły do antylopy, a lampart po cichutku zlazł z drzewa i zaczaił się w trawie. Nagle z innej strony zobaczyliśmy drugiego lamparta! Oba siedziały cicho jak trusie. W pewnym momencie, gdy psy straciły nieco czujność, na resztki antylopy rzucił się siedzący pod drzewem lampart. Ten drugi nie pozostał w tyle. Wyrwały zakrwawione mięso i oba skoczyły na drzewo. Wściekłe likaony próbowały podskoczyć, ale gdzie tam! Jeżdżę po Afryce od wielu lat, brałem udział w dziesiątkach safari, ale takiej sceny może nam pozazdrościć National Geographic!

Nocna wizyta lwów
Na pograniczu obu krajów rozpościera się jezioro Kariba, gigantyczny zbiornik tamujący rzekę Zambezi. Przyszło nam nocować na tzw. busz campingu, który znajdował się na terenie wędrówek dzikiej zwierzyny.

W odróżnieniu od RPA tereny tych campingów nie są ogrodzone, dlatego można spodziewać się wizyty słonia (albo ich stada), antylop i oczywiście wielkich kotów. Zasady przeżycia są proste. W nocy nie wolno wyściubiać nosa z namiotu (np. do toalety), a jeśli już naprawdę trzeba, to z dobrą latarką, zbadawszy uprzednio teren.

Tego wieczora urządziliśmy braai – tak nazywa się tutaj grillowanie. Gdy na ruszcie piekło się mięsiwo, do stołu nagle podeszły dwie zebry, ale to jarosze, więc nie było problemu. Zażartowałem wtedy, że za zebrami lubią chodzić lwy… i wykrakałem. Była pierwsza w nocy, kiedy zbudziły mnie jakieś odgłosy i szczekanie psa. Rankiem pomachał do mnie nocny stróż. Pokazał nam znajdujące się kilka metrów od naszych namiotów odciski wielkich łap na piasku. To para lwów urządziła sobie randkę właśnie tu! Akurat były najedzone, dlatego ani stróż, ani my nie mieliśmy do nich pretensji. Przecież byliśmy ich gośćmi.

Dwa metry od nosorożca
Park Narodowy Matopos to królestwo skał o przedziwnych kształtach. Na jakichś gigantycznych kamiennych bulach polegają wielkie, również kamienne kule. Pojechaliśmy tam, by zobaczyć grób Cecila Rhodesa, wielkiego przemysłowca i polityka, od nazwiska którego wzięły się poprzednie nazwy obu krajów: Rodezja Północna (Zambia) i Rodezja Południowa (Zimbabwe). Chociaż był on „podręcznikowym” kolonizatorem, po odzyskaniu niepodległości nie naruszono miejsca jego wiecznego spoczynku i dzisiaj zimbabweńska dziatwa szkolna uczy się tutaj o swojej historii.

Zwłoki Rhodesa leżą pośród malowniczych skał, spod których rozciąga się kapitalny widok. Gdy zeszliśmy, ktoś zauważył w krzakach nosorożca. W ruch poszły teleobiektywy, a nasz przewodnik – stary, rodowity, biały Rodezyjczyk, rzucił: – Idźcie za mną! I poszliśmy gęsiego. Znaleźliśmy się dwa metry od przechodzącej kilkutonowej bestii. Skuleni, na kolanach, podziwialiśmy to przedpotopowe zwierzę tym bardziej, że temu gatunkowi grozi zupełna zagłada. Dlaczego? Róg nosorożca osiąga na rynku cenę 100 000 dolarów za kilogram.

Mosi oa Tunya – dym, który grzmi
Pierwszym białym, który je opisał, był słynny badacz Afryki, misjonarz i podróżnik David Livingstone. 16 listopada 1855 roku zanotował: „W to piękno musiały się wpatrywać anioły w locie”. Wodospadów Wiktorii, tego cudu świata, nie da się opisać. Trzeba je zobaczyć w ich grozie i majestacie.

Drugie co do wielkości na świecie, magnes przyciągający do Afryki tysiące ludzi ze wszystkich kontynentów. Gigantyczna rozpadlina skalna, długa na 1,7 km, wysoka na ponad 100 m, przyjmuje w porze deszczowej niewyobrażalną ilość wód rzeki Zambezi. 750 000 litrów na metr sześcienny na minutę! Mgła i huk spadającej wody to właśnie „dym, który grzmi”. Zjawisko podkreślane jest dodatkowo unoszącą się w wielu miejscach tęczą. Dwa leżące naprzeciw siebie miasta graniczne – Livingstone i Victoria Falls – są punktem wyjściowym do wodospadów. Z każdego brzegu wyglądają inaczej, z każdego można gapić się w nie w nieskończoność.

Obalony mit, czyli Wielkie Zimbabwe

Przez dziesiątki, a może i setki lat w „cywilizowanym” świecie krążył mit, że Afrykanie nie potrafili zbudować niczego trwałego, co świadczyło o ich kulturze. Jakież było zaskoczenie, gdy niemiecki badacz Carl Mauch opisał w 1871 r. istnienie ruin Wielkiego Zimbabwe, świadectwa bogatego i rozległego królestwa, którego szczyt rozwoju przypadł na wieki XIII-XV. Kamienny kompleks imponujących murów jest największą strukturą na południe od Sahary.

Przez wieki był ośrodkiem ożywionego handlu pomiędzy kontynentem i wybrzeżem Oceanu Indyjskiego. To miejsce znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO i jest wielką dumą kraju.

Czarny człowiek – biała sadza
Jedliście kiedyś sadzę? W dodatku białą? W obu krajach stanowi ona podstawę wyżywienia tutejszych mieszkańców. Sadza, zwana też nshimą (czyt. szima), to potrawa z mąki kukurydzianej, prosa lub sorga – papka, coś w rodzaju ziemniaków purée. Zazwyczaj jest podlana jakimś sosem z dodatkiem kawałków mięsa (wersja „na bogato”), smażonych rybek i rozmaitych warzyw. Technika jest prosta: prawą ręką nabieramy sadzę, formujemy zgrabną kulkę i wodzimy po talerzu, wyławiając jego zawartość. Prawie wszędzie przed posiłkiem i tuż po nim można umyć ręce.

Po zjedzeniu sadzy wiele osób zapija ją chibuku, lokalnym piwem, którego smaku wolę sobie nie przypominać. To gęsta ciecz przypominająca w smaku zacier na bimber. Opinia badaczy z Polski była jednoznaczna: ohyda! Na szczęście wszędzie dostępne są przyzwoite piwa typu lager, takie jak mosi (w Zambii) i zambezi (w Zimbabwe). Komu nie pasuje sadza, ma do wyboru pieczoną kurę z frytkami lub… frytki z pieczoną kurą.

Amen i w drogę!
Mądre książki podają, że w Zambii występuje ponad 200 (sic!) odłamów chrześcijaństwa. Misjonarze katoliccy i anglikańscy walczyli o rząd czarnych duszyczek w zakładanych przezeń szkołach, szpitalikach itd. Nic zatem dziwnego, że ludzie są tu pobożni i na serio traktują religię. Najlepiej widać to w autobusie przed wyruszeniem w daleką trasę. Kiedy brakuje kwiecistych wywodów kaznodziei, w jego zastępstwie głos zabiera… konduktor. Kazanie jest pełne ekspresji i dramatyzmu, ręce grają w nim niepoślednią rolę. Koniec dzieła wieńczy chóralne „amen” i ruszamy w drogę. Tyle że kierowcy wcale nie przeszkadza, że jadąc autobusem po dziurawych drogach z prędkością 120 km/godz., może wyprawić swoich bliźnich na tamten świat jeszcze szybciej.

Bond w kieszeni
Nie tak dawno w Zimbabwe szalała hiperinflacja. Ceny rosły w zawrotnym tempie, nie nadążano z drukowaniem banknotów. Doszło do tego, że na rynku krążyły nominały o kosmicznej wartości, np. sto trylionów dolarów zimbabweńskich! Kilka lat temu kraj przyjął jako walutę dolara amerykańskiego, aliści, zaczyna go brakować. Zdarza się, że bankomaty są puste. Żeby temu zaradzić, wydaje się walutę zastępczą, zwaną bondem. To coś w rodzaju naszych dawnych bonów do pewexu. Wartość jednego bonda jest równa jednemu dolarowi amerykańskiemu. Można za to kupić małe piwo. Prawdziwy Bond chyba przewraca się w grobie…

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl