Nigdy się nie poddawać!

Motocyklem po Himalajach.

Ojciec, trzech braci i ona jedna – nic dziwnego, że dużo czasu spędzała w garażu, a zapach benzyny kojarzy się jej z dzieciństwem i napędza ją do działania. Kolejne wyzwania to adrenalina, udowadnianie sobie, że „dam radę”, i czerpanie z życia – póki można! Właśnie wróciła z mężem z drugiej już wyprawy motocyklowej po indyjskich Himalajach. Poznajcie Agnieszkę Zagórską z Otwocka – kobietę drobną, ale wielką duchem!

PRZEMEK SKOCZEK

Royale enfieldy to idealne motocykle do tamtych warunków – zachwyca się Agnieszka. – Są jak woły pociągowe, jak te jaki w Himalajach prą do przodu w każdym terenie, po kamieniach i w wodzie, pod górę, czasem mozolnie, lecz niestrudzenie. Nie są zrywne i stworzone do sportowej jazdy, o czym boleśnie się przekonałam. Wchodząc zbyt szybko w zakręt, poczułam, że tylne koło mnie wyprzedza i zaliczyłam wywrotkę.

Wyglądało groźnie, trochę się poobijałam, ale skończyło się szczęśliwie. To nie był mój pierwszy w życiu upadek na motocyklu, więc otrzepałam się i po 15 minutach byłam gotowa do jazdy, nie było czasu na roztkliwianie się nad sobą. Trzeba było jechać dalej, bo tego dnia mieliśmy w planie pokonać 250 kilometrów. Może wydawać się, że to niewiele, ale po kamienistych, górskich drogach chwilami było to istne piekło – opowiada otwocka motocyklistka.

Od choppera do ducati

Od dziecka w garażu, ukochana motorynka i pierwsze przygody na jednośladach. Mimo wszystko nie od razu przesiadła się na „dorosłą” maszynę. Była już żoną i mamą, gdy jej mąż kupił sobie motocykl. To był impuls, który ożywił bakcyla.

– To było jakieś 20 lat temu. Jeździłam najpierw tylko jako pasażer, potem jednak spróbowałam sama i wiedziałam, że już nie chcę wracać na tylne siedzenie – wspomina Agnieszka. – Mąż kupił mi choppera, Yamahę Virago 535, i śmigałam nią dobre dwa lata, aż spróbowałam czegoś w zupełnie innym stylu, z lepszym odejściem i bardziej sportowym charakterem. I znów zapadłam na chorobę motocyklową, czyli „muszę mieć coś mocniejszego”. Wybór padł na Yamahę FZ6, która sprawowała się świetnie, i nie chciałam zmian. Oczywiście do czasu, gdy nie przejechałam się należącym do koleżanki motocyklem marki Ducati (śmiech). To była miłość od pierwszego wejrzenia – ta linia, ten charakterystyczny dźwięk silnika. Wiedziałam, że muszę mieć podobną maszynę. I mam! Wciąż nią jeżdżę – mówi.

Ten wymarzony sprzęt to Ducati Monster 696, klasyczny naked bike, o muskularnej sylwetce, napędzany 80-konnym silnikiem, który pozwala rozpędzić się do ponad
200 km/h, a setkę osiąga w nieco powyżej cztery sekundy. Jak to możliwe, że ten „potwór” nie pożera filigranowej właścicielki?

Drzemka na ławce

Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

To dotyczy w zasadzie wszystkiego, także motocyklowych eksploracji. Agnieszka Zagórska zaczynała od wycieczek po okolicy, potem wypuszczała się sama lub z mężem w Polskę
i wreszcie wybrała się za granicę. Zdobywała doświadczenia i doskonaliła technikę jazdy na torach wyścigowych. Najczęstszym kierunkiem były Bałkany oraz alpejskie przełęcze we Włoszech, w Austrii i Szwajcarii. Odwiedziła też Danię i Szwecję, w planie ma wyprawę wzdłuż norweskich fiordów. To trasy liczące po kilka tysięcy kilometrów. Zazwyczaj jeżdżą paczką, na przykład na eventy albo rajdy motocyklowe. Otwocczanka ma też jednak na koncie kilka samotnych przygód.

– Po mojego Monstera wybrałam się sama samolotem do Włoch, żeby wrócić już „wierzchem” i połączyć to z malowniczą wycieczką. Udało się, choć nie bez przygód. Lubię jeździć w długie trasy, trudno mi zsiadać z motocykla, kiedy droga niesie, nawet gdy zapada zmrok. To jednak ryzykowne i przekonałam się, że zaśnięcie na motocyklu jest możliwe. Byłam o włos od tego – wspomina. – Teraz jestem ostrożniejsza i jak trzeba, zaliczam po prostu krótkie drzemki na przydrożnej ławce – dodaje.

Klasyki z lat 50.

W Himalaje indyjskie Agnieszka Zagórska wybrała się po raz pierwszy w 2016 roku. To była babska wyprawa. Na motocyklach same kobiety, wielka przygoda, dzięki której panie udowodniły, że wcale nie są słabą płcią. Otwocczanka była zachwycona tamtymi krajobrazami, przestrzenią, ludźmi. Chciała podzielić się tym z rodziną i przyjaciółmi. Dlatego niemal zaraz po powrocie zaczęła planować powrót do Indii.

– Szlak był przetarty, wiedziałam już co, gdzie i jak, więc postanowiliśmy zorganizować wyjazd sami, bez pośredników. To bardzo zmniejszało koszty i dawało ogromne możliwości indywidualnego modyfikowania trasy, dzięki czemu zaplanowaliśmy perfekcyjną wycieczkę po wszystkich ciekawych miejscach w Ladakhu oraz Zanskarze. W sumie zebraliśmy 14-osobową ekipę – wspomina.

W Himalaje nie jedzie się ze swoimi motocyklami. Po pierwsze, to nieopłacalne. Po drugie, na tamte warunki trzeba czegoś specjalnego. Takie maszyny czekają na miejscu,
w wypożyczalniach. To brytyjskie Royale Enfieldy Classic 500, motocykle wciąż w Indiach produkowane, ale o konstrukcji z lat 50. Ten klasyczny model idealnie sprawdza się na tamtejszych drogach nie tylko ze względu na swoją wytrzymałość i komfort jazdy w koszmarnych nawet warunkach, ale i łatwość naprawy oraz jej niskie koszty.

– Gdy zaliczyłam tę wywrotkę, a jechałam około 60-70 km/h, mój motocykl dość mocno się poobijał, miał wgnieciony bak i przedni błotnik, rozbitą przednią lampę i kilka innych drobnych uszkodzeń. Po użyciu kamienia i młotka znów był sprawny i wiózł mnie dalej. Dodatkowej adrenaliny dodawała jazda bez świateł po zmierzchu górskimi bezdrożami. Korzystałam ze świateł motocykli jadących przede mną oraz za mną. Po powrocie musiałam jednak pokryć koszty naprawy. Wyniosło mnie to wszystko jakieś… 400 zł. W Polsce za podobną usługę zapłaciłabym kilkanaście razy więcej – opowiada Agnieszka.

After whisky driving risky

Przygoda zaczęła się w Leh – mieście leżącym na północy kraju, w krainie Ladakh, zaliczanej do Himalajów Wysokich, nad rzeką Indus. Leh jest położone na wysokości 3500 m n.p.m i otoczone górami. Dominują nad nim ruiny królewskiego pałacu z XVII w. To tam wypożyczyli motocykle, zaopatrzyli się i wyruszyli w liczącą ponad 2000 km wyprawę.

– Zasada jest tam taka, że jeździmy z miejscowym przewodnikiem, który dobrze zna drogi, ludzi, wie, gdzie można spodziewać się problemów albo kiedy warto zatankować na zapas, bo kolejna okazja będzie za dwa dni – relacjonuje otwocka motocyklistka. – Cała wyprawa trwała 12 dni. Na początku trzeba było przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego. Dziennie przejeżdżaliśmy około 250 km. Wydaje się mało, ale w tamtych warunkach zajmowało to 10-12 godzin. Czasem pędziliśmy gładkimi asfaltowymi drogami, ale najczęściej były to drogi stare i dziurawe jak szwajcarski ser albo po prostu szutry i najtrudniejsze, kamieniste szlaki, niejednokrotnie poprzecinane górskimi potokami. Jazda tam bywa koszmarnie wyczerpująca. Wieczorami padaliśmy, zwłaszcza, że wysokość i rozrzedzone powietrze też robiły swoje. Udało się nam wjechać na blisko 5700 m n.p.m. Satysfakcja jest ogromna. Ponadto czekała nagroda w postaci olśniewających, zapierających dech w piersiach widoków i poczucie wolności podczas przemierzania górskich przełęczy – wspomina Agnieszka.

Monumentalne góry, ogromne przestrzenie, rwące potoki, stada owiec, ogromne, futrzaste jaki, jedzące z ręki świstaki, a do tego gościnni, bardzo przyjaźni i pomocni ludzie – to wszystko czyniło tę przygodę fascynującą i absolutnie wyjątkową.

– Na indyjskich drogach panuje duża nonszalancja, trzeba być czujnym i przewidującym, bo nigdy nie wiadomo, co czeka nas za zakrętem. Dlatego przed każdym łukiem trzeba ostrzegać się klaksonami. Szczególnie należy uważać na ciężarówki, które czasami zawzięcie walczą o pierwszą pozycję na górskim szlaku. Rozbrajały nas też charakterystyczne tablice ostrzegawcze z mądrymi, rymowanymi sentencjami, np.: „Safety on road is safe tea at home” (Bezpieczeństwo na drodze to bezpieczna herbata w domu) albo moje ulubione „After whisky driving risky” (Po whisky jedziesz ryzykownie).

Miłość i śmierć

Agnieszka Zagórska nie chciała zmarnować na tym wyjeździe ani chwili. Żeby dobrze wykorzystać cały czas w Indiach, zaczęłaze swojąekipą od zwiedzania Taj Mahal, imponującego mauzoleum wzniesionego przez Szahdżahana z dynastii Wielkich Mogołów na pamiątkę przedwcześnie zmarłej ukochanej żony Mumtaz Mahal. Obiekt bywa nazywany świątynią miłości. Na zakończenie podróży, przed powrotem, odwiedzili z kolei święte miasto Varanasi nad Gangesem – ważny ośrodek kultu wyznawców hinduizmu
i buddyzmu, miejsce znane z rytualnych kąpieli i palenia zwłok zmarłych na tzw. ghatach. Miłość i śmierć – to nie tylko Indie w pigułce, ale metafora naszego ludzkiego losu.

– Ten wyjazd był dla mnie czasem wielu refleksji i przemyśleń. Nastrajały do nich nie tylko wyjątkowe miejsca, w których czuć ogrom tych wszystkich sił natury. Nie tylko spotkania z ludźmi, którzy żyją zupełnie inaczej niż my – powoli, bez tych wszystkich osiągnięć techniki, a jednak są tacy szczęśliwi. Ja sama nie jestem okazem zdrowia. Walczę z cukrzycą, która atakuje moje nerki i oczy. Lekarze łapią się za głowę, widząc, co wyprawiam, gdzie jeżdżę, ale ja chcę chwytać życie, póki mogę. Nie chcę rezygnować z marzeń, z pasji, jaką są motocykle oraz nurkowanie. Moje motto brzmi: „Nigdy się nie poddawać”! Dlatego już planujemy kolejną wyprawę. Marzą się nam Meksyk i Kuba. Mam nadzieję, że tam dotrę i będę mogła ci o tym opowiedzieć – mówi Agnieszka.

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl