Kołbielszczyzna to moja miłość

Z ANDRZEJEM KAMIŃSKIM, wieloletnim byłym zastępcą redaktora naczelnego „Linii Otwockiej”, pisarzem, reporterem i popularyzatorem regionu kołbielskiego, rozmawia Jacek Kałuszko.

Kilkanaście dni temu w Powiatowym Młodzieżowym Domu Kultury w Otwocku odbyła się premiera filmu dokumentalnego „Żeńcy”, który pokazuje nie tak dawne jeszcze zwyczaje związane ze zbieraniem plonów. Jesteś jego producentem i autorem scenariusza. Kilka lat temu współtworzyłeś film „Wesele kołbielskie”. Skąd ta ciągota do filmowania odchodzących tradycji?
– Wyjaśnię, skąd to wszystko się wzięło. Kiedyś na moim spotkaniu autorskim młody człowiek, patrząc na okładkę książki, na której widniałem z założonym chomątem, zapytał, co tam mam na szyi. Do czego to służyło? Zrozumiałem wtedy, że młodzi ludzie nie znają już przedmiotów, które były codziennością dla starszych. Przecież kiedyś każdy wiedział, co to jest chomąto czy kierat.

Trzeba było zatem pokazać, jak to „drzewiej bywało”. I to nawet nie tak dawno, choćby kilkadziesiąt lat temu. Napisałem mnóstwo artykułów o życiu wsi, ale młodzież rzadko zagląda do gazet. Pomyślałem, że warto zrobić film. „Żeńcy” są poniekąd kontynuacją „Wesela…”, chociaż występują już inne osoby. Akcja rozgrywa się za czasów Gomułki, kiedy ludzie wyjeżdżali ze wsi do pracy i mieszkań w mieście. Ci, co zostali, silnie akcentują przywiązanie do tradycji i poczucia wspólnoty, np. w „odrobku”. Podczas żniw wieś schodziła się pomagać jeden drugiemu w tej ciężkiej pracy. To było coś pięknego, czego dzisiaj już się nie uświadczy, szczególnie w mieście.

Była wspólna praca, ale też wspólna zabawa…
– Właśnie! Już nie odwiedzamy się, nie bawimy wspólnie. Jakoś to wszystko się rozmyło… Teraz na dożynki zaprasza się artystów estradowych. Nie chodzi mi o to, żeby naśladować minione lata, bo świat poszedł do przodu, ale uświadomić, jak żyli i pracowali nasi poprzednicy: że chleb pieczono w domu, że sobie pomagano; że dzięki jednemu mechanikowi działał traktor „Ursus” z 1955 r. i jak „zaprzężony” do wialni pomagał młócić zboże.

Tym filmom można chyba dać wspólny podtytuł: „Świat, który odszedł”. Z pokazanych tam tradycji przetrwało na pewno święcenie plonów. Co jeszcze się zachowało?
– Święcenie wieńców dożynkowych kultywuje się jeszcze w okolicy Kołbieli. Działają koła wycinankarskie, są muzyczne zespoły ludowe. Jednak chcę podkreślić, że w świadomości mieszkańców tej gminy tradycja tkwi nadal. Dzięki m.in. Anecie Bartnickiej co trzy lata odbywają się inscenizacje wesela, młodzież przy różnych okazjach (np. procesji
w Boże Ciało) zakłada stroje kołbielskie i nikt się tego nie wstydzi.

Tym, co mnie razi w filmie, jest fakt, że z założenia ma pokazywać tradycje Kołbielszczyzny, ale nakręcono go… w skansenie w Radomiu. Żeby pokazać stare chaty, trzeba było jechać 100 km od Otwocka? W naszej okolicy już nic nie zostało?
– Nic. Doskonale wiesz, że powiat otwocki znam jak własną kieszeń. Ty zresztą też. Nie znalazłem ani chałupy, ani zabudowań, które przypominałyby dawną wieś. Żadnych strzech, żurawi, młockarni. Wtedy na Facebooku odezwało się Muzeum Wsi Radomskiej i zaprosiło nas do siebie.

Bo Radom i Sierpc uratowały w skansenach resztki swoich wsi. Ale możemy przypomnieć, że „Linia” od dawna wskazywała na potrzebę stworzenia Skansenu Kołbielskiego. Nic z tego nie wyszło…
– Niestety. Miał się nazywać Skansene Wsi Południowo-Wschodniego Mazowsza. Ideę wspomagał nieżyjący już prof. Stefan Kozłowski, ówczesny minister ochrony środowiska, a prywatnie mieszkaniec Radachówki i pasjonat folkloru kołbielskiego. Pomysł był taki, żeby marszałek województwa mazowieckiego odkupił od powiatu cały teren pałacu Zamoyskich w Kołbieli. Marszałek zgodził się kupić go za 9 mln zł, ale gotówką zapłacić 2 mln zł, a resztę pieniędzy przeznaczyć na konkretne zadania (np. na drogi itd.). Jednak ówczesny zarząd powiatu nie wyraził na to zgody.

Ten pałac wraz z otoczeniem niedawno sprzedano za trochę ponad 2 mln zł… Taki to zrobiliśmy interes… A wtedy mieliśmy już wytypowane chałupy, kapliczki itd. W rezultacie nie ma skansenu, a po latach pałac sprzedano za grosze. W terenie nie ma już niczego do przeniesienia…

Nowy właściciel pałacu Zamoyskich sprawił nam nie lada ucztę dla oczu, wynajdując gdzieś pocztówkę pokazującą zupełnie nieznane oblicze tego zabytku.
– Widzimy na niej nieistniejące już skrzydło pałacu, które wzniósł Maurycy Zamoyski. Zostało ono dawno rozebrane, nie ma nawet śladu po fundamentach, mało kto słyszał o tej budowli. Byłem tym bardzo zaskoczony.

Wieś jest twoją pasją. I ta współczesna, i ta, która już zanikła. Od kiedy badasz jej życie i tradycje?
– Uściślijmy, że chodzi o Kołbielszczyznę, bo to nią jestem zafascynowany. Zaczęło się dokładnie 50 lat temu, kiedy jako 18-letni chłopak pojechałem do Kołbieli na targ. Wtedy jeszcze odbywał się tam targ koński. Zobaczyłem gesty i obyczaje handlujących. Napisałem wtedy reportaż „Co się będziemy klechtać?”(chodzi o przybijanie dłoni – przyp. J.K), który ukazał się w „Życiu Warszawy”. Od tego zaczęła się moja fascynacja wsią i jednocześnie praca dziennikarska.

Kilka lat temu byliśmy razem u prof. Mariana Pokropka, wybitnego znawcy i badacza Kołbielszczyzny. Miał on tysiące starych negatywów z tego regionu, oglądaliśmy je z wypiekami na twarzy. Rezultatem tej wizyty był nasz wspólny reportaż o skarbach przechowywanych w jego pracowni. Na tym się nie skończyło, bo…
– Z wójtem Kołbieli Adamem Budytą zaczęliśmy szukać pieniędzy na odkupienie tych unikalnych negatywów. Środki znalazły się dzięki działaniu organizacji Leader „Natura i kultura”. Mogliśmy wydać album „Kołbielszczyzna wczoraj i dziś” z setkami unikalnych fotografii. Ten album wywołał spore poruszenie wśród okolicznych mieszkańców. Niektórzy płakali, rozpoznając siebie na zdjęciach jako małe dzieci…

I tu historia napisała nieoczekiwany scenariusz. Ludzie zaczęli przeszukiwać szuflady i strychy i napływały kolejne fotografie…
– Album rozszedł się na pniu, ale widać, to było za mało. Zbieraliśmy zdjęcia przez dwa lata i doszło ich ponad 1500! Dlatego już wkrótce, bo zaraz po nowym roku, ukaże się kolejny album. Fachowy komentarz i wstęp napisała dr etnologii Justyna Górska-Streicher, notabene opiekunka etnologiczna filmu „Żeńcy”. Album będzie prawdziwą gratką dla miłośników regionu, ale niestety nie będzie dostępny za darmo, bo wydało go prywatne wydawnictwo.

Wróćmy do filmu dokumentalnego. Będzie trzecia część?
– Myślę o tym. Może opowiadająca o unikalnych, dawnych tradycjach związanych z pogrzebami? To przecież był na wsi cały rozbudowany rytuał. A może film „Jesień” – o tym, jak ludzie spędzali wspólnie wieczory, jak śpiewali, co robili, gdy nie było elektryczności, za to mieli więcej fantazji…

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl