Pocztówka z Etiopii

Koniec listopada. Nieskazitelnie niebieskie niebo, temperatura +25 stopni, rześki górski wiaterek i ptaszyny umilające poranne wstawanie. Czy potrzeba czegoś więcej? W dodatku człowiek robi się coraz młodszy! Wystarczy wybrać się do Etiopii i można odjąć sobie siedem albo osiem lat w zależności od tego, którą część roku weźmiemy pod uwagę.

JACEK KAŁUSZKO

Nowy rok zaczyna się w Etiopii… 11 września. Za to Boże Narodzenie przypada 7 stycznia. Żeby jeszcze bardziej zamieszać nam w głowie, rok liczy tutaj 13 miesięcy: 12 po 30 dni plus jeden, który ma pięć lub sześć dni. Jeśli to zrozumiemy, to czas przestawić zegarki. Doba zaczyna się nie o północy, ale wraz ze wschodem słońca. Etiopska godzina 1 w nocy to nasza 7 rano, a gdy u nas jest południe, to tu mamy godz. 6 rano. To oczywiście czas miejscowy, który powoduje mnóstwo nieporozumień wśród turystów.

Genna zamiast choinki

Etiopia, czyli dawna Abisynia, jest jednym z najstarszych chrześcijańskich krajów świata. Dość powiedzieć, że chrzest przyjęła w IV wieku, jakieś 600 lat przed nami… Stare kościoły, niezliczona liczba księży, diakonów i mnichów, wielogodzinne msze i barwne procesje – to powszechny obrazek tutejszej prowincji.

Nie inaczej jest w Boże Narodzenie. Wierni wędrują od kościoła do kościoła, śpiewając, tańcząc i grając na instrumentach. W czasie tych procesji posilają się indżerą – chlebem swoim powszednim, rodzajem sfermentowanego, gąbczastego placka, nurzając go w gęstym sosie z kawałkami wołowiny oraz suto zapijając tedżem – miodem pitnym o kilkuprocentowej zawartości alkoholu. Łatwo ich zrozumieć, ponieważ święto poprzedza post trwający, tu uwaga, aż 43 dni! W tym miejscu warto dodać, że ogólna liczba postnych dni wynosi ponad 200 i to wcale nie dlatego, że brakuje jedzenia. Ono, wbrew często rozpowszechnionej opinii, jest dostępne i tanie.

Gdy już sobie ludziska podjedzą, to w Boże Narodzenie lubią pograć w gennę. To gra przypominająca hokej na trawie. Podobno grali w nią pasterze w Betlejem oczekujący na narodzenie Jezusa.

Radła i dreamlinery

Etiopia to kraj trzy razy większy od Polski, w którym mieszka ponad 100 milionów ludzi rozmawiających w 84 językach… Bieda, owszem, ale widziałem znacznie gorszą. Coraz liczniejsi turyści oglądają tu woły ciągnące drewniane radło po polach. Jednocześnie zaskoczeni dowiadują się, że narodowe linie lotnicze Ethiopian Airlines dysponują potężną flotą nowych boeingów i wkrótce zakupią najnowocześniejsze modele dreamlinera (których nie ma jeszcze w Polsce!), a na dodatek polskie dreamlinery LOT-u były serwisowane w stolicy tego państwa Addis Abebie.

Afryka w pigułce

Po latach wojen, katastrofalnych susz i panowania okrutnego reżimu wojskowego, Etiopia w szybkim tempie wychodzi na prostą. Teraz jest „żelaznym punktem” na liście każdego szanującego się globtrotera. Powód jest prozaiczny. Ten niezwykły kraj oferuje wszystko, czego oczekujesz od Afryki, a nawet… o wiele więcej!

Oszałamiające krajobrazy jednych z najwyższych gór kontynentu, pustynie, jeziora i parki narodowe to tylko jedna strona medalu. Gdy dodamy do tego plemiona, z których wiele od stuleci nie zmieniło trybu życia i obyczajów oraz światowej klasy zabytki, mamy receptę na wymarzoną podróż.

Tam, gdzie żyją legendy

Wyprawa do Etiopii nie jest zwykłym odmierzaniem przestrzeni ani zaliczaniem kolejnych zabytków. To również peregrynacja w czasie, zetknięcie z zaczarowanym światem, w którym rzeczywistość przenika się z legendami, mitami i baśniami. Etiopczycy niezłomnie wierzą na przykład, że ich cesarze pochodzili w prostej linii od mitycznej królowej Saby i mądrego króla Salomona.

Ponad trzy tysiące lat temu piękna królowa z południowej Arabii udała się z wizytą do Jerozolimy, a jednym z owoców spotkania był chłopiec, późniejszy pierwszy cesarz, który przybrał imię Menelika I. Kilkanaście lat później, odwiedzając ojca, wykradł mityczną Arkę Przymierza i przywiózł ją do Etiopii. Ma ona znajdować się tu do dziś w mieście Axum, pilnie strzeżona przez jednego strażnika. Szkopuł w tym, że nikt jej nie widział i nikt nie ma możliwości sprawdzić, co naprawdę znajduje się w tajemniczym budynku…

Imperium równe Indiom

Żeby poznać ten kraj, trzeba zobaczyć jego północne i południowe rejony. To dwa zupełnie inne światy. Północ, czyli „Szlak historyczny”, zaznajamia z najdawniejszą historią
i wspaniałymi zabytkami znajdującymi się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Axum, dziś niewielkie miasteczko, niegdyś stolica olbrzymiego imperium stawianego dwa tysiące lat temu na równi z Indiami, Chinami, Persją i Rzymem, która handlowała przez porty Morza Czerwonego z całym ówczesnym cywilizowanym światem. Wywożono stąd złoto, niewolników, kość słoniową, mirrę, kadzidło i przyprawy. Szczyt potęgi królestwa przypadł na czas od I do VI wieku. Już w IV wieku król Ezana, przyjął chrześcijaństwo, a kraj stał się wyspą opierającą się ze wszystkich stron naporowi islamu, co wywarło wielkie piętno na jego sztuce, kulturze i obyczajach. Do dziś stoją tu wspaniałe kamienne kolumny zwane stellami. Służyły one jako tablice nagrobne i… ołtarze ofiarne. Największe z nich mają ponad 30 metrów wysokości. Jest też budynek według wierzeń Etiopczyków przechowujący wspomnianą Arkę Przymierza.

Dalej czeka Lalibela – wioska znana na świecie z niezwykłych kościołów wykutych w skałach. 800 lat temu za pomocą prymitywnych narzędzi wydłubano je nie tylko z zewnątrz, a i od wewnątrz. Są symbolem Etiopii tak jak wieża Eiffla Francji. Kościołów jest 12, niektóre z nich są naprawdę ogromne. Pomiędzy nimi prowadzą podziemne tunele, wąskie przejścia, a w otaczających pieczarach nadal żyją mnisi. Często spotkamy tutaj barwne, hałaśliwe procesje, bo Lalibela jest najważniejszym miejscem religijnym kraju. Ludzie wierzą, jak to w Etiopii, że część kościołów powstała z pomocą aniołów.

W Afryce nie ma zamków?

Na tym szlaku musimy zobaczyć miasto Gondar. Władcy pozostawili po sobie zupełny unikat: nigdzie na południe od Sahary nie ujrzymy murowanych zamków, baszt, zębatych murów. Europejscy podróżnicy pisali, że pałace były dekorowane kością słoniową, złotem i kamieniami szlachetnymi. Mimo upływu czasu, trzęsień ziemi i wojen do dziś miasto robi ogromne wrażenie. Gondar obala mit, że Afryka nie wytworzyła żadnych godnych zainteresowania budowli. Niedaleko rozciąga się jezioro Tana. Leży na nim kilkanaście wysp, na których zachowały się średniowieczne klasztory i kościoły pełne skarbów: mnisi pokazują stare korony cesarskie, wspaniale kute krzyże i barwne manuskrypty.

Jednak Tana to nie tylko wysepki z kościołami, ale też miejsce, przez które przepływa jedna z najważniejszych rzek Afryki – Nil Błękitny, zwany tu „Abbaj”. 30 kilometrów od ujścia z jeziora napotyka na gigantyczną rozpadlinę tektoniczną i spada 50-metrowymi kaskadami. To widok urzekający, szczególnie po zakończeniu pory deszczowej. Miejscowi nazywają to miejsce TisIsat – „Buzujący Dym”.

Południe, wędrówka w czasie, mozaika ludów

Mimo asfaltowych dróg, mostów, telefonów komórkowych, itp. wyjazd na południe Etiopii ma nadal smak prawdziwej przygody. Na spotkanie unikalnych plemion i wiecznie zielonej, bujnej przyrody potrzebny jest samochód z napędem na cztery koła. Tu czekają na nas zupełnie odmienne widoki. Wprawdzie cały czas towarzyszyć nam będą góry, bo tych w Etiopii nie brakuje, jednak otacza nas zieleń bananowców, krzewów kawowych (bardzo wysokiej jakości ziarno to główny towar eksportowy kraju), rozmaitych warzyw i owoców oraz ciągnące się pola zbóż i kukurydzy. I oczywiście tarasujące drogę stada bydła, kóz, owiec i osłów.

Im dalej na południe, tym mniej cywilizacji, ale dzięki temu jeszcze ciekawiej. Na początku spotkamy plemię Konso. Są to bardzo pracowici ludzie, budujących z mozołem kamienne tarasy na swoich górskich polach i otaczający wioski murami. Zupełnie inne towarzystwo czeka nas w Parku Narodowym Mago.

Teren jest bardzo słabo zaludniony, a zamieszkuje go słynne plemię Mursi, które przyciąga podróżników z całego świata. A to dzięki niebywałym ozdobom noszonym przez kobiety, które wypychają usta terakotowymi krążkami. Im większy krążek, tym atrakcyjniejsza pani… Mężczyźni zdobią się piórami, kośćmi zwierząt i każdy obowiązkowo nosi dzidę albo przynajmniej… kałasznikowa. Byłem tam kilka razy i zawsze spotkałem ich pijanych.

Lepiej wypadają ich sąsiedzi

z plemienia Hamer. Kobiety noszą skórzane spódnice, metalowe obręcze na szyi wskazujące stan małżeński oraz barwią włosy rudą glinką i wcierają w nie zwierzęcy tłuszcz. Z kolei Karo słyną z bogatego i fantazyjnego malowania całego ciała glinką i naturalnymi barwnikami oraz przyozdabiania głów kolorowymi piórami. I jeszcze plemię Dorze, które buduje chaty na kształt wielkich stożków podobnych do pszczelich uli. Z czasem ich domy podjadają od dołu termity i dlatego domostwa stają się coraz mniejsze… Mógłbym tu jeszcze pisać i pisać, ale to przecież tylko pocztówka na święta.

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl