Otwockie ślady generała Filipowicza

Kiedy Julian Filipowicz przyjechał do Otwocka, miał 47 lat. Mógłby uchodzić za mężczyznę w sile wieku. Był jednak schorowanym człowiekiem z nasilającą się gruźlicą. Tu spędził ostatnie lata życia i został pochowany na miejscowym cmentarzu.

STANISŁAW ZAJĄC

Był uosobieniem polskiego patriotyzmu. Należał do pokolenia, które jeszcze przed wybuchem I wojny światowej walczyło o niepodległą Rzeczpospolitą, a od września 1939 roku stanęło w obronie zagrożonej ojczyzny. Od początku działalności konspiracyjnej intensywnie pracował. Żył w poczuciu zagrożenia. Kiedy po raz pierwszy został aresztowany przez gestapo, miał trochę szczęścia. Dzięki donosowi swojego agenta Niemcy wiedzieli, że zatrzymanym jest pułkownik Julian Filipowicz, dowódca Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Nie przypuszczali jednak, że ten oficer należy do kierownictwa zbrojnej konspiracji. Miał też szczęście w czasie ucieczki, która wymagała zaangażowania wielu osób. Został ukryty w samochodzie wywożącym śmieci. W bramie Pawiaka kontrolę sprawowali żandarmi. Za pomocą stalowych prętów sprawdzali, czy w śmieciach nikt się mi nie ukrywa. Jeden z prętów przebił rękę uciekiniera, który mimo bólu nie wydał żadnego jęku.

Na wolności wrócił do zdrowia… i do konspiracji w Krakowie. Jednak kilka miesięcy później ponownie został aresztowany przez gestapo, które w wykrytym lokalu zastawiło „kocioł”. Tym razem Niemcy wiedzieli, że w ich ręce wpadł ważny działacz konspiracji, ale nie znali jego prawdziwej tożsamości. Torturami chcieli zmusić go do zeznań. Po jednym z kolejnych przesłuchań „Pobóg” został potwornie skatowany. Leżał bez jakichkolwiek przejawów życia. Niemcy uznali, że zmarł. Razem z innymi zakatowanymi na śmierć więźniami został wywieziony do cmentarnej kostnicy. Wszyscy byli nadzy, następnego dnia mieli być pogrzebani w zbiorowej mogile.

W nocy Julian Filipowicz odzyskał przytomność. Wydostał się spod nagich zwłok. Na szczęście drzwi kostnicy nie były zamknięte na klucz. Dotarł do pobliskiego domku, w którym mieszkał grabarz – jak się okazało, przyzwoity i odważny człowiek. Zaopiekował się przemarzniętym nieszczęśnikiem, od którego otrzymał adres kontaktowy, pod który udał się rano. Pułkownik Filipowicz został przez swoich podkomendnych zabrany na bezpieczną kwaterę.

Jak się okazało, w kostnicy nabawił się ciężkiego zapalenia płuc. Miał też poważne obrażenia zadane przez niemieckich oprawców. Pomału nabierał sił, ale pełni zdrowia już nie odzyskał. Tym bardziej że w działalności konspiracyjnej nie zwalniał tempa, a dodatkowo miał organizm zatruty nikotyną; palił nawet ponad sto papierosów dziennie. Po stwierdzeniu nasilającej się gruźlicy został przez Komendanta Głównego AK gen. Stefana Roweckiego przeniesiony do rezerwy osobowej. Trafił do Otwocka nie tylko – co zrozumiałe – ze względu na chorobę, ale i dlatego, aby znajdować się blisko Warszawy.

Azyl w pensjonacie

Zapewne nigdy wcześniej nie był w Otwocku. Jednak podczas wojny z Niemcami w drugiej dekadzie września 1939 roku przebywał w niedalekim sąsiedztwie podstołecznego uzdrowiska. Grupa Operacyjnej Kawalerii, w której skład weszły pododdziały WBK, stacjonowała m.in. w rejonie Mlądza, Emowa i Anina. Narady sztabowe, w których uczestniczył też płk Julian Filipowicz, odbywały się w pałacu w Wiązownie. Zapewne, z właściwą sobie energią, wskazywał na możliwości odparcia niemieckich agresorów.

Teraz, zmagając się z chorobą, został umieszczony w „kwaterze konspiracyjnej” (jak czytamy w jednym z opracowań) – w pensjonacie dr Zofii Dobrowolskiej przy ul. Mickiewicza (obecnie Kopernika) 5. Do 1939 roku pod tym adresem funkcjonował pensjonat „Stylowy”, którego właścicielem był Jakób Syngier. Dopiero podczas niemieckiej okupacji w tym budynku pensjonat zaczęła prowadzić dr Zofia Dobrowolska. Wiele okoliczności związanych z otwockim rozdziałem w biografii generała nie jest do końca wyjaśnionych.

Pensjonat miał niezbyt dobrą lokalizację na konspiracyjną kwaterę. Znajdował się niedaleko kościoła, a także willi (przy ul. Kościuszki), w której rezydował SS-Sturmscharführer Walter Schlicht – szef „Kripo”(Policji Kryminalnej), postrach mieszkańców Otwocka, uosabiający najgorsze cechy niemieckiej okupacji. W dużym, dwupiętrowym pensjonacie zwykle przebywało sporo osób. Dlaczego właśnie tu umieszczony został gen. Filipowicz? Maciej Świerczyński wspominając czasy okupacji, napisał, że w pensjonacie przy ul. Mickiewicza 5 panowało poczucie zaufania i dyskrecji, „a wszystko to dzięki pani dr Zofii Dobrowolskiej, osobie niedużego wzrostu, ale Wielkiego Serca. Polce, która w czasie okupacji umiała utrzymać atmosferę przywracającą jej pacjentom i podopiecznym, często poszukiwanym przez gestapo, zdrowie i wiarę w przetrwanie”.

Warto jednak dodać inne, mniej znane, ale istotne szczegóły. Doktor Zofia Dobrowolska nie miała szczęścia w życiu osobistym. Narzeczonego utraciła podczas wojny z bolszewikami w 1920 roku. Całkowicie poświęciła się lekarskiemu powołaniu. Jednak została obdarzona zaufaniem, opiekując się gen. Filipowiczem, zapewne z jeszcze innego powodu. Kuzynami tej szlachetnej lekarki byli dwaj bracia: gen. Julian Stachiewicz oraz gen. Wacław Stachiewicz. Obaj pochodzili ze Lwowa. Walcząc w I Brygadzie Legionów, byli towarzyszami broni Juliana Filipowicza. W niepodległej Polsce, jako dyplomowani oficerowie, pozostawali z nim w relacjach służbowych, zapewne także prywatnych. Może właśnie dlatego gen. Julian Filipowicz znalazł azyl w pensjonacie dr Dobrowolskiej.

Otwockie kontakty

Używał panieńskiego nazwiska swojej matki – Derpowski. Oficjalnie podawano, że choruje na astmę. Niewiele się odzywał, ale chętnie słuchał opowieści niektórych osób. Czuł się samotny. Przez nikogo nie był odwiedzany. Większość czasu spędzał w swoim pokoju. Wśród osób przebywających w pensjonacie dr Dobrowolskiej był Stefan Jaracz, cierpiący na gruźlicę gardła. Ta groźna choroba ujawniła się, kiedy aktor został więźniem obozu Auschwitz-Birkenau. W otwockim pensjonacie odwiedzali go przyjaciele i znajomi. Ta okoliczność stanowiła element grożący dekonspiracją „pana Derpowskiego”. Jednak mogła też zachęcać go do rozmów i z aktorem, i z jego gośćmi.

Wiosną 1943 roku generał poczuł się nieco lepiej. Zaczął wychodzić do ogrodu otaczającego pensjonat, a później na zewnątrz – głównie do kościoła, a także do mieszczącej się w willi „Podole” apteki i do sklepu państwa Babickich. Te dwa obiekty znajdowały się naprzeciw siebie, przy skrzyżowaniu ulic Kościuszki i Kościelnej. W aptece korzystał z telefonu. Mógł swobodnie rozmawiać w pokoiku za zamkniętymi drzwiami. Nie wzbudzało to podejrzeń, gdyż z telefonu korzystało wiele osób. Z kim rozmawiał? Czy rzeczywiście – jak się przypuszcza – z oficerami Komendy Głównej AK?

Wychodził na miasto ubrany skromnie, ale elegancko, podpierał się laską. Sprawiał wrażenie statecznego kuracjusza, który nie powinien rzucać się w oczy. Jednak w połowie listopada 1943 roku Niemcy dokonali nalotu, aresztowali pracowników apteki oraz właścicieli sklepu papierniczego. Zawieźli ich na Pawiak, podczas śledztwa długo wypytywali o tajemniczego mężczyznę. Nie uzyskali żadnej konkretnej informacji. Czy wiedzieli, kim jest człowiek, którego szukają? Jak trafili na jego ślad? To kolejne pytania, na które nie otrzymamy odpowiedzi.

Odtąd gen. Filipowicz utrzymywał kontakt z Komendą Główną AK za pośrednictwem łączniczek. Jedna z nich, Barbara Grądzka, 29 lipca 1944 roku przywiozła tajny list od gen. Tadeusza Komorowskiego. Zapewne tuż przed wybuchem powstania Komendant Główny AK zamierzał ściągnąć „Poboga” do Warszawy. Jednak gen. Filipowicz nie mógł wykonać tego rozkazu. Wkrótce do Otwocka wkroczyły bowiem wojska sowieckie.

Przez śmierć i zapomnienie

Z nasłuchu radiowego i dzięki utrzymywanym kontaktom gen. Filipowicz wiedział o wielu zbrod- niczych działaniach Stalina, zwłaszcza o zbrodni katyńskiej, a później o porwaniu czołowych działaczy Polskiego Państwa Podziemnego. Czy domyślał się tragicznego losu swoich braci, Tadeusza i Pawła – więźniów Starobielska zamordowanych w Charkowie?

Miał podstawy, aby obawiać się aresztowania. Nadal musiał się ukrywać, co okazywało się coraz trudniejsze, m.in. ze względu na sąsiedztwo Stefana Jaracza. Znanego aktora zaczęli odwiedzać dziennikarze z Lublina, gdzie urzędował Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego – fasadowy rząd powołany z inspiracji sowieckiej. Jaracz był zapraszany do Lublina, gdzie wypowiadał się w radiu, udzielał wywiadów, był nawet przyjęty przez Bieruta. Stał się postacią, wokół której pojawiało się wiele osób.

Jak długo gen. Filipowicz przebywał w dotychczasowym miejscu? Znów trzeba poprzestać na hipotezach. Jesienią 1944 roku dr Dobrowolska została ciężko ranna. Czy w czasie niesienia pomocy powstańcom, którym pomagała przepłynąć na wschodni brzeg Wisły? Czy wskutek ostrzału niemieckiego na Ot-wock? W zachowanych relacjach podawane są te dwie przyczyny. W listopadzie 1944 roku pensjonat przy ul. Mickiewicza 5 został przekształcony w szpital wojskowy. Przebywające tam osoby musiały znaleźć inne lokum. Gdzie i na czyją opiekę mógł wtedy liczyć gen. Filipowicz? Zapewne znalazł schronienie w jakimś prywatnym domu.

Zmarł 14 sierpnia 1945 roku. Na otwockim cmentarzu został pochowany pod nazwiskiem Pszczółkowski. Konspiracja nadal była konieczna. Stosownej adnotacji w parafialnej księdze zgonów ksiądz Ludwik Wolski dokonał z datą 21 sierpnia. Nie podał adresu, pod którym mieszkał zmarły. Świadkami sporządzenia aktu zgonu byli: Edward Badowski, Celina Gadomska (mieszkająca przy ul. Warszawskiej), Wacław Kaliński (właściciel zakładu pogrzebowego przy ul. Reymonta) i Stefan Wysocki.

Generał Filipowicz jeszcze przez kilka lat był poszukiwany przez funkcjonariuszy NKWD i UB. Potem długo należał do tych polskich patriotów, którzy przez władze Polski Ludowej zostali skazani na niepamięć. Dopiero w latach 80. XX wieku Zygmunt Cielniak – porucznik AK, pseudonim „Cegliński” – ufundował nagrobną kamienną płytę. Inskrypcję wykonał Czesław Kubicki, właściciel zakładu kamieniarskiego na Powązkach.

Główne źródła informacji:
Archiwum rodzinne Joanny Filipowicz; K. Oktabiński, „Wiązowna 1597-1997. Kartki z dziejów”, Bydgoszcz 1998; K. J. Skrzesiński, „Wołyńska Brygada Kawalerii – Żelazna Brygada”, Grajewo 2012; M. Świerczyński, „Na zawsze pozostał w Otwocku. Generał Julian Filipowicz”, „Gazeta Otwocka” 1996, nr 8.

Dziękuję Katarzynie Kulik
z Muzeum Ziemi Otwockiej oraz Arturowi Piętce z Działu 7 Pułku Ułanów Lubelskich w Muzeum Ziemi Mińskiej za udostępnione fotografie.

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl