Dają wędkę, a nie rybę

Miliony dzieci w Afryce potrzebują pomocy i wsparcia. Czasem polega ono na dotacji żywnościowej, a czasem na daniu szansy na lepszy start w życie i wyjście z panującej tam w wielu regionach biedy. Grupa wolontariuszy z Otwocka działająca w fundacji Boże Atelier na początku sierpnia wyjechała do Tanzanii i Kenii, aby wesprzeć działalność sióstr orionistek, które od lat zajmują się pomocą dla dzieci na Czarnym Lądzie.

MARCIN SULIGA

Do środkowo-wschodniej Afryki udało się czworo mieszkańców Otwocka. Dla Anny Boguckiej i Klaudii Zielińskiej był to kolejny wyjazd do Afryki. Obie już od kilku lat starają się nieść pomoc dzieciom, które tego najbardziej potrzebują. Dla Michała Sabały i Adriana Krogula to był pierwszy wyjazd na Czarny Ląd. – Można powiedzieć, że spełniło się moje dziecięce marzenie. Tyle tylko, że kiedyś chciałem tam pojechać z miłości do zwierząt, a teraz zrobiłem to z empatii do drugiego człowieka – mówi z uśmiechem Krogul, na co dzień nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 4 w Otwocku.

Kontynent skrajności

Celem kilkunastodniowej misji całej czwórki były dwa sąsiadujące ze sobą kraje leżące niemal w samym sercu Afryki – Tanzania oraz Kenia.

– Pierwszą rzeczą, na jaką od razu można zwrócić uwagę zaraz po wylądowaniu, są kontrasty wynikające z ogromnego rozwarstwienia społecznego. Najpierw wpadasz do tętniącego życiem, pełnego koloru centrum miasta, by po chwili – robiąc tylko krótki spacer – trafić do wioski, gdzie wciąż można zobaczyć lepianki z mieszanki błota i zwierzęcych odchodów, a zwykła drewniana komórka jest szczytem luksusu – opisuje swoje wrażenia Krogul.

– Takich miejsc i wiosek jest mnóstwo. To tylko w naszym „nowoczesnym świecie” budujemy domy, żeby miło i przyjemnie spędzać w nich czas. Tam wciąż panuje przekonanie, że domy mają przede wszystkim służyć do ochrony przed złymi warunkami atmosferycznymi. Większość dnia ich mieszkańcy spędzają bowiem na dworze – dodaje.

Bieda w krajach środka Afryki jest wszechobecna. – Oni doskonale zdają sobie sprawę ze swojej biedy i jak tylko mogą, starają się ją ukryć. Był taki przypadek, że spotkaliśmy jedną z podopiecznych fundacji, ubraną w stare, zniszczone ubrania, ale na drugi dzień, gdy informacja o naszym przyjeździe się rozeszła, ta sama dziewczynka była już ubrana tak, jakby właśnie wracała z Pierwszej Komunii Świętej – dodaje.

Studnia potrzeb

Wybór Tanzanii i Kenii jako miejsca docelowego działania przez członków fundacji Boże Atelier nie był przypadkowy. To tam od kilku lat z powodzeniem działają misjonarki miłosierdzia, siostry orionistki. Prowadzą one pomoc dla najbardziej potrzebujących osób w Afryce, a także starają się stwarzać szanse na rozwój najmłodszym mieszkańcom.

– Potrzeby są tam ogromne i chyba trudno byłoby je na raz zaspokoić. Robi się to stopniowo i dlatego nawet najmniejsza pomoc jest tak potrzebna – mówi Krogul. I dodaje, że są to – z punktu widzenia Europejczyka – często dość błahe sprawy, jak choćby kupno maszyny do szycia. Pieniądze na kupno odpowiedniego sprzętu udało się zebrać w Polsce, na miejscu okazało się, że to niejedyna rzecz, jaka mogłaby się przydać i odciążyłaby siostry w ich codziennych obowiązkach. – Zauważyliśmy, że siostry wciąż piorą ubrania ręcznie, dlatego tam na miejscu narodził się pomysł, żeby zebrać pieniądze na pralkę. Wrzuciliśmy informację o tym na Facebooka. Odzew był niemal natychmiastowy. W ciągu kilkunastu godzin zebraliśmy kwotę, która pozwoli na miejscu kupić potrzebne urządzenie – mówi z radością nauczyciel.

Jednym z głównych celów wyjazdu do Afryki był też zakup materiałów do budowy szkoły. Członkowie jednego z tamtejszych półkoczowniczych ludów – Samburu – sami poprosili o wybudowanie szkoły dla swoich dzieci. Do tej pory uczyły się one w niewielkim blaszaku lub… w cieniu pod drzewem. – Udało się nam zamówić duży transport cegieł, aby zbudować kolejną salę do nauki. Trochę szkoda, że nie mogliśmy uczestniczyć w samym procesie budowy, ale jesteśmy zadowoleni z tego, że choć tak mogliśmy pomóc – mówi mieszkaniec Otwocka. Już wkrótce dzieci z plemienia Samburu mają się uczyć w nowej szkole i pod okiem nauczycieli zapewnionych przez tamtejsze władze.

Rozwój i kryzys

Nagrodą za pomaganie najczęściej jest uśmiech obdarowywanych dzieci. Jak mówi Krogul, ich reakcja na plecak czy piłkę była jak powrót w czasie do lat dzieciństwa. Afrykańskie dzieci w przeciwieństwie do tego, co dzieje się choćby w Europie, nie są skażone szybkim rozwojem cywilizacyjnym i cieszą się z najbardziej prozaicznych dla nas rzeczy. Widok dziecka z telefonem komórkowym w ręku jest tam bardzo rzadkim obrazkiem. – Z jednej strony jest to dobre, bo wciąż zachowują smak prawdziwego dzieciństwa, ale z drugiej – nie znają innego świata poza tym, co mają, i czasami trudno im pokazać, że warto dążyć do czegoś innego niż to, co je otacza – przyznaje Adrian Krogul. – Niektóre dzieci, gdy daliśmy im ubrania, nie wiedziały, co to są slipy. Chociaż miały cztery czy pięć lat, założyły je po raz pierwszy w życiu, czym oczywiście nie omieszkały pochwalić się innym dzieciakom w wiosce – mówi jeden z uczestników wyjazdu.

Innym dość powszechnym zjawiskiem w Tanzanii czy Kenii jest kryzys struktury demograficznej. Kobiet, jest tam zdecydowanie więcej niż mężczyzn. – Często bywało, że kiedy przyjeżdżaliśmy do jakiejś wioski, witały nas ubrane w kolorowe stroje kobiety. Mężczyzn była zazwyczaj garstka. Być może jest to efekt panującej tam poligamii – mówi Krogul.

Oczekiwanie na śmierć

Wizyta w wiosce trędowatych okazała się jednym z najbardziej wstrząsających dla całej czwórki etapów podróży do Afryki. Miejsce założone kilkanaście lat temu przez Matkę Teresę z Kalkuty wciąż pełne jest osób zmagających się z przerażającą chorobą, jaką jest trąd.

– Oczywiście trochę się obawialiśmy. Idąc tam, gdzieś w głowie była bariera, ale siostry uspokoiły nasze myśli. Trudniej było natomiast oswoić się z tym, co zobaczyliśmy. Obraz jest naprawdę przerażający. Ci ludzie siedzą i czekają na śmierć, patrząc jednocześnie, jak kawałek po kawałku rozkłada się ich ciało – opisuje Krogul. – Można im pomóc, jedynie uśmierzając ich ból. Na szczęście większość z tych ludzi ma świadomość swojej choroby i tego, że musi przyjmować leki, aby nie zarażać innych. To daje szanse, że ogniska choroby powoli będą się zmniejszać – dodaje nauczyciel z „Czwórki”.

Wizyta u córki

Otwocka fundacja Boże Atelier stara się propagować program adopcji na odległość. Musi go jednak stale kontrolować, aby nie doszło do anomalii zakłócających naczelną wartość całego przedsięwzięcia, czyli stwarzania szans na rozwój małym mieszkańcom Afryki.

– Ten program ma być z założenia jak wędka, ale żeby tak było, trzeba cały czas sprawować nad nim kontrolę, bo jest wiele niebezpieczeństw, które mogą go pokierować w niewłaściwą stronę – podkreśla Krogul. – Dziecko, w którego edukację i rozwój zainwestowaliśmy, nie może potem wrócić do punktu wyjścia i liczyć, że ktoś inny wesprze jego dzieci, tak jak kiedyś wsparł jego. Inaczej wychowalibyśmy kilka pokoleń darmozjadów, a nie o to w tym chodzi. Do takich sytuacji nie można dopuścić. Stąd częste kontrole i czuwanie nad prawidłowym przebiegiem projektu – tłumaczy.

Adrian Krogul już od kilku lat jest adopcyjnym ojcem jednego z dzieci w Afryce. Jednak w przeciwieństwie do innych ludzi uczestniczących w projekcie, którzy zazwyczaj otrzymują maile ze zdjęciami swoich podopiecznych i informacjami o ich postępach w nauce, miał okazję „swoje dziecko” spotkać i zobaczyć na żywo. – To niesamowite uczucie, bo z jednej strony nie łączy cię z tą osobą żadne biologiczne pokrewieństwo, a z drugiej czujesz dużą odpowiedzialność za jej rozwój, kształcenie czy wychowanie
– przyznaje mieszkaniec Otwocka. – Może nasze spotkanie nie było pełne wylewnych uczuć, bo Aniela to dziewczynka, która jeszcze nie mówi po angielsku, więc nasz kontakt ograniczył się do zabawy, ale samo spotkanie z nią i jej mamą było niesamowitym przeżyciem. Jeszcze mocniej pozwoliło mi przekonać się, że decyzja o finansowym wspieraniu tego dziecka była słuszna. Dlatego teraz jeszcze bardziej będę zachęcał wszystkich do zdobienia podobnego kroku, bo dzieci, którym można pomóc, nigdy nie zabraknie – dodaje Krogul.

Jak zaadoptować?

  • Fundacja Boże Atelier prowadzi program adopcji na odległość. Na czym polega ten projekt? Ma on na celu wsparcie konkretnego dziecka poprzez zagwarantowanie mu wyżywienia, wykształcenia i opieki medycznej. Adopcja trwa do momentu ukończenia przez dziecko szkoły. Dzieci zaczynają naukę w różnym wieku, dlatego nie ma określonego czasu zakończenia edukacji. Miesięczny koszt adopcji wynosi 180 zł w przypadku dzieci z przedszkola, szkół podstawowej, średniej, zawodowej i technicznej. Opłata ta przeznaczona jest na wsparcie jednego dziecka. Istnieją też inne warianty pomocy, kiedy dziecko ma dwoje lub troje rodziców adopcyjnych. Wówczas ten koszt rozkłada się na liczbę osób. Wszystkie informacje na temat adopcji na odległość i tego, jak wspomóc dzieci w Afryce, znajdują się na stronie bozeatelier.pl

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl