NAJwiększa przygoda

ZBIGNIEW WILIŃSKI Z RODZINĄ ZJEŹDZIŁ POLSKĘ DOSŁOWNIE WZDŁUŻ I WSZERZ.

Gdy zaliczali Piaski, czyli wschodni kraniec polskiego wybrzeża, jeździł rowerem ze złamaną nogą. Do Osinowa Dolnego – zachodniego kolana Odry, jechał chory i półżywy, ale dotarł. Zbigniew Wiliński to twardziel, któremu takie drobiazgi nie są w stanie pokrzyżować planów.

PRZEMEK SKOCZEK

Przy planowaniu wyjazdu, nieważne czy to mała wycieczka, czy duża wyprawa, warto mieć określony… plan. Cel, który nakręca, motywuje do realizacji kolejnych etapów. Otwocki miłośnik turystyki Zbyszek Wiliński (pół miasta kojarzy go przede wszystkim jako szefa sklepu rowerowego przy ul. Bazarowej) zawsze miał dobre pomysły na swoje małe i większe ekspedycje. Przed kilkoma laty odwiedził wszystkie polskie trójstyki, czyli styki granic trzech państw (mamy ich sześć). Tamto przedsięwzięcie na łamach „Linii” opisał w 2015 roku nieodżałowany Jacek Kałuszko.

Tym razem plan był inny – odwiedzić wszystkie polskie „naj” – miejsca położone najwyżej i najniżej, wysunięte najdalej we wszystkie strony świata, i trafić jeszcze w środek kraju. Udało się.

Zaczęło się w Świdrze

Miłość do turystyki zaszczepił u Zbyszka Wilińskiego Piotr Klemt – najpierw wychowanek, potem pracownik, wreszcie wieloletni dyrektor Ogniska Wychowawczego „Świder”. To był człowiek orkiestra. Pasjonat
i aktywista, kochający świat i ludzi. Mimo niepełnosprawności tryskał energią i kochał turystykę.

– To była połowa lat 60. Miałem pewnie z 11 lat, gdy się poznaliśmy. Piotr był wówczas młodym wychowawcą. Ja mieszkałem w sąsiedztwie i choć formalnie nie kwalifikowałem się na podopiecznego ogniska, bywałem tam i udało mi się w końcu załapać na pierwszy obóz wędrowny – wspomina Zbyszek Wiliński.

– To była prawdziwa szkoła górskiej turystyki. Bazę mieliśmy w Sopotni Wielkiej. Obóz trwał sześć tygodni, z tego dwa tygodnie wędrowania z plecakami od schroniska do schroniska. Chwilami kląłem i wyłem, ale dałem radę i pokochałem góry oraz podróże – wyznaje. Potem wyjeżdżał na te obozy jeszcze wielokrotnie, przywykł do trudów. Z czasem sam został przewodnikiem PTTK. To jednak temat na odrębną opowieść.

Wyszło przypadkiem

Wspominałem wcześniej o planowaniu, jednak ta przygoda nie zaczęła się od niego. Zrodziła się w sposób naturalny. Pierwsze miejsca z listy polskich „naj” Zbyszek odwiedził z wnukami przy okazji wakacyjnych wyjazdów. Po prostu znajdowały się w okolicy i wypadało je zobaczyć.

– Wyjeżdżamy często, blisko staram się nawet co weekend, w wakacje są to dalsze podróże. Pierwszym miejscem z listy była Gwiazda Północy w Jastrzębiej Górze, najbardziej wysunięty na północ punkt w Polsce. Trafiliśmy tam w sierpniu 2010 roku. Z kolei w 2013 roku odwiedziliśmy przy jakiejś okazji Piątek – geometryczny środek kraju. W 2016 roku znów bawiliśmy nad Bałtykiem, tym razem na Mierzei Wiślanej, więc pojechaliśmy do Piasków, które są na wschodnim krańcu polskiego wybrzeża. Dalej tylko graniczne zasieki i rosyjski Kaliningrad. Na tym samym wyjeździe zaliczyliśmy także najniżej położony punkt w Polsce
w Raczkach Elbląskich – 2 m p.p.m. – relacjonuje.

Rok 2017 przyniósł wyprawę wysokogórską i oczywiście Rysy, czyli najwyższy szczyt w Polsce. Udało się też wyjechać w Bieszczady i tam dotrzeć do źródeł Sanu. To południowy kraniec kraju. Lista wszystkich „naj” prawie się wypełniła. – Kiedyś przy piwku rozmawiałem z Jackiem Kałuszką o swoich wyprawach i wspomniałem, gdzie już byliśmy. On wówczas stwierdził: >>Pojedź jeszcze na zachodnie kolano Odry i wschodnie kolano Bugu, będzie komplet i wtedy napiszemy o tym tekst<<. Wyzwanie podjąłem, w oba te miejsca pojechałem z rodziną w 2018 roku, ale niestety gdy byliśmy gotowi, Jacka już z nami nie było – przyznaje.

Raz na wozie…

Wypadki chodzą po ludziach. Zwłaszcza, jeśli swoją aktywnością prowokujemy los”. Oczywiście piszę to z przekąsem, bo rękę można złamać nie tylko na górskim szlaku, ale też na schodach w domu bądź wynajmowanym w wakacje pokoju. Taką przygodę Zbigniew Wiliński miał w 2016 roku w nadmorskiej Krynicy.

– Na piętro wchodziło się po schodkach stromych niczym drabina. Ostrzegali nas przed jednym stopniem, ale zlekceważyłem to już pierwszego dnia! Byłem w klapkach i oczywiście się poślizgnąłem. Lecąc
w dół, pilnowałem tylko aparatu trzymanego w ręku. Przetrwał, ale ja złamałem nogę – wspomina.

– W szpitalu w Nowym Dworze Gdańskim najpierw czekaliśmy dwie godziny na lekarza jadącego z Malborka. Spóźnienie zwalił na korki. Miałem być przyjęty poza kolejką, bo z wypadku, ale chwilę później wnieśli faceta pociętego kosiarką… kolejne godziny czekania – dodaje.

Noga nogą, nawet złamana, ale obowiązki dziadka musiały być wypełnione i cały tydzień otwocki turysta spędził w siodle, codziennie jeżdżąc z wnuczkami rowerem po całej okolicy. Noga spuchła jak bania, ale dał radę.
Pechowe okazały się też wakacje w Świnoujściu w 2018 roku, gdzie odwiedzali zachodni kraniec naszego wybrzeża. Zbyszek Wiliński się rozchorował, był mocno osłabiony, ale nie wyobrażał sobie, że będąc tak blisko, nie pojedzie do Osinowa Dolnego, gdzie Odra płynie zakolem otaczającym nasz zachodni punkt „naj”. Zawiózł go tam syn. Zbyszek leżał na tylnej kanapie samochodu.

Zaraz po powrocie wylądował w otwockim szpitalu.

Wiliński ma też niedosyt dotyczący skrawka południowego.
– W zasadzie tym punktem skrajnym nie są źródła Sanu, ale położony jeszcze dalej szczyt Opołonek. Tam jednak przebiega granica z Ukrainą. Teren jest pilnie strzeżony, nie ma szlaku i obowiązuje absolutny zakaz wstępu. Jak złapią – mandat 500 zł. Teoretycznie można pisać podanie do dyrektora Bieszczadzkiego Parku Narodowego, ale ponoć jeszcze nie zdarzyła się pozytywna odpowiedź – opowiada podróżnik.

Te kryzysowe sytuacje na szczęście należą do wyjątków. Większości wyjazdów towarzyszyła tylko pozytywna adrenalina i miały cudowny smak przygody. Forma doświadczonego turysty jest wciąż wysoka. – Gdy byliśmy na Rysach, mieliśmy dwa cele, bo przed wyjazdem zapisaliśmy się z wnuczkami do Klubu Zdobywców Korony Gór Polskich. Chodzi o najwyższe szczyty wszystkich pasm w kraju. Jest ich 28. Mamy już Łysicę w Górach Święto-krzyskich, bieszczadzką Tarnicę i Lubomir w Beskidzie Makowskim. No i oczywiście zdobyte niejednokrotnie Rysy – wylicza.

Na tym wyjeździe w 2017 roku był z najstarszą wnuczką Natalią. Wchodzili od słowackiej strony, od Poprackiego Plesa. Nocowali w schronisku pod szczytem. – Klimat był świetny i ludzie też. W pewnej chwili jedna grupa zaczęła się zbierać, by wejść na szczyt na zachód słońca. Poszedłem z nimi. Wróciłem i poszedłem spać, ale po kilku godzinach obudził mnie ruch. Inna ekipa szła na wschód słońca. Wstałem bez wahania i polazłem z nimi na górę. Wróciłem do schroniska po Natalię, odpocząłem i wszedłem na Rysy trzeci raz w ciągu doby, tym razem już z wnuczką – zaznacza.

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl