Wielki Grafoman

ANDRZEJ PILIPIUK W LO IM. SŁOWACKIEGO.

Chciałby być postrzegany przede wszystkim jako autor ambitnego cyklu „Oko jelenia” albo opowiadań o Robercie Stormie, jednak większość czytelników kojarzy go jako twórcę postaci Jakuba Wędrowycza. – Jestem z tym pogodzony. W końcu to Wędrowycz spłaca mój kredyt na mieszkanie – przyznaje poczytny pisarz, który w ubiegłym tygodniu odwiedził otwockie liceum.

PRZEMEK SKOCZEK

Andrzej Pilipiuk był pierwszym w 2019 roku gościem spotkań organizowanych w „Słowaku” przez nauczyciela Grzegorza Kopańskiego. Dzięki nim młodzież ma okazję poznawać aktorów, pisarzy, dziennikarzy, polityków, ekonomistów, muzyków – zawsze są to osoby z pasją, często bohaterowie masowej wyobraźni. Pilipiuk (rocznik 1974) mający na koncie kilkadziesiąt powieści i setki opowiadań, których nakład przekroczył milion egzemplarzy, niewątpliwie należał do najciekawszych rozmówców. Mimo że nie jest typem showmana i gawędziarza, przy wsparciu pytających potrafi się rozkręcić i opowiadać o swoich książkach z zapałem, zdradzając wiele ciekawostek i smaczków. A poczucia humoru mu nie brakuje, o czym świadczą nie tylko jego książki, lecz także nadany sobie samemu tytuł Wielkiego Grafomana.

Wnuk starszy od dziadka

– W cyklu „Norweski Dziennik”, który zacząłem pisać najwcześniej, jeszcze jako nastolatek, pojawia się postać Macieja Wędrowycza, niezłego świra. Wzorowałem go zresztą na pewnym koledze. W kolejnych tomach jego szaleństwo się pogłębia i zacząłem się zastanawiać, co może sprawić, że młody człowiek wyrasta na takiego wariata. Doszedłem do wniosku, że za często jeździł w dzieciństwie do swojego dziadka na wieś. I tak zrodził się ów dziadek, czyli Jakub Wędrowycz – opowiada pisarz o genezie powstania swojego najbardziej znanego bohatera, bimbrownika, kłusownika i egzorcysty, którego dziewiąty tom przygód właśnie „się pisze”.

Warto dodać, że Wojsławice, obok których mieszka ów demoniczny staruch ze swym kumplem Semenem, istnieją naprawdę. To wieś na Lubelszczyźnie, gdzie sam autor bywał w dzieciństwie
u dziadka. – W Wojsławicach był targ, dziadek miał spory teren przy skrzyżowaniu dróg, gdzie często parkowali okoliczni chłopi i wozacy. Czy sprzedali towar, czy nie, zawsze trzeba było potem wypić coś w stodole. Napatrzyłem się na te pijackie buraczane mordy, nasłuchałem barwnych opowieści i to wszystko zapadło mi w pamięć na tyle, że po latach zaowocowało w postaci cyklu o Wędrowyczu – wspomina.

Zardzewiały pręt w sercu

– Kiedyś na jednej z witryn w Warszawie zobaczyłem ustawione równe rzędy książek. Zatrzymałem się, żeby zobaczyć, co to jest. Wszystkie
o wampirach, z cyklem „Zmierzch” na czele. Znaczy, jest na to moda. Nastolatki zaczytują się w historiach pełnych romantyzmu, dramatyzmu, namiętności. Pomyślałem, że i ja powinienem stworzyć coś o wampirach, ale uznałem, że muszę wsadzić w serca czytelników tamtych opowieści taki zardzewiały pręt. I stworzyć bohaterów będących całkowitym przeciwieństwem tych wymuskanych wampirków ze „Zmierzchu” i jemu podobnych książek. Trochę główkowałem i wpadłem na pomysł, aby wrzucić wampiry w siermiężną i szarą rzeczywistość PRL, gdzie muszą sobie radzić z całą tą beznadzieją i wszelkimi brakami towarowymi. Mogłem sobie pojechać i po komuchach, i po wampirach, ponieważ jednych i drugich nie lubię. Główni bohaterowie to fabryczni robole z Pragi, ślusarz i spawacz, do tego brzydka i głupia nastolatka ateistka, jedyny poczciwy chłop w tej ekipie to wilkołak – tłumaczy pisarz.

Temu pomysłowi zawdzięczamy trzy znakomite, zabawne powieści: „Wampir z M3”, „Wampir z MO” i „Wampir z KC”. Ponieważ Pilipiuk lubi ciekawe nawiązania i popkulturowe cytaty, w jednej z nich pojawia się wspomniany Jakub Wędrowycz. Jest też emerytowany już historyk i poszukiwacz sztuki Tomasz Nowak, rzekomy Pan Samochodzik. Ten cykl jest Pilipiukowi bardzo bliski. Nie tylko zaczytywał się w dzieciństwie książkami Zbigniewa Nienackiego, ale po latach, już po śmierci Nienackiego, sam napisał blisko 20 książek z tej serii wydanych pod pseudonimem Tomasz Olszakowski.

Skreślony w Polsce i na Białorusi

Andrzej Pilipiuk od dziecka wiedział, że chce pisać książki, miał jednak kilka planów na swoją przyszłość. Chciał być historykiem, bo minione dzieje zawsze go fascynowały. To oczywiste dla każdego, kto zna jego książki. Jego relacje z nauczycielką tego przedmiotu w liceum były jednak fatalne i ledwo zdał maturę. Nie dostał się też na studia historyczne, więc wybrał archeologię. Tę ukończył, jednak zmiany w przepisach sprawiły, że
w latach 90. XX wieku młodzi archeolodzy mieli fatalną sytuację.

– Zaczynały się budować autostrady, setki kilometrów ziemi do zbadania i na to przeznaczono trzy procent budżetu z tych wielomilionowych inwestycji. To była duża kasa i starsi archeolodzy nie chcieli nas, młodych, do niej dopuszczać. Wprowadzono zmianę przepisów, które wymuszały na nas przed rozpoczęciem pracy czteroletnie praktyki. To było nierealne i całe moje pokolenie absolwentów musiało szukać pracy gdzie indziej. Ja mam uprawnienia pozwalające mi kopać na całym świecie, poza Polską i Białorusią. Tam też jest to skomplikowane prawnie. Mógłbym jechać w świat, ale nigdy nie byłem dobry z języków obcych. Zacząłem zatem realizować swój plan B i zostałem pisarzem – przyznaje.
Obecnie Pilipiuk pracuje nad kolejnym tomem przygód Jakuba Wędrowycza. Jak się spręży, ukaże się on przed wakacjami. W najgorszym razie zaraz po nich. Wraca też do cyklu „Oko Jelenia” o dawnej Hanzie, który jak dotąd liczy siedem tomów.

– Mam pomysły na rozwinięcie kilku wątków, które specjalnie zostawiłem nierozwiązane. Chcę jeszcze pobuszować z moimi bohaterami po XVI wieku, ale w innej części Europy. Jak to po-domykam, napiszę książkę, której akcja będzie rozgrywała się współcześnie i zakończy cały cykl
– zapowiada.

Dodaje też, że Otwock jest miastem, które ma na pisarskim celowniku. Bardzo interesuje go bowiem Urke Nachalnik, przed wojenny żydowski bandyta i pisarz, który tu mieszkał.

Tym, którzy sami szukają pomysłu na swoją przyszłość, pisarz dał ciekawą radę. – Jeśli nie wiecie, jaki zawód wybrać, szczególnie polecam wam jeden: szewc szyjący buty ortopedyczne. To zamierająca profesja, która nigdy nie zostanie zmechanizowana, bo szyje się na miarę. Zawsze będą ludzie z jakimiś problemami ortopedycznymi. Dziś na solidne oficerki czeka się kilka miesięcy. Pomyślcie o tym, gdy będziecie zastanawiać się nad kierunkiem studiów po maturze – dodał.

Ta rada brzmiała troszkę jak żart, ale jestem pewien, że była całkowicie poważna i bardzo rozsądna. Takie też są książki Andrzeja Pilipiuka. Pod warstwą humoru zawsze kryje się jakiś mądry przekaz. Warto go czytać. Pamiętajmy o tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.