Spróchniałe drzewo przygniotło kobietę

OTWOCK: DRAMAT ROZEGRAŁ SIĘ NA OCZACH PRZECHODNIÓW.

To była chwila. Pani Anna wyszła ze sklepu, gdy usłyszała trzask łamiącego się drzewa. Stała tyłem do sosny, która na nią runęła. – Zatrzymałem samochód i pobiegłem ratować przygniecioną kobietę. Widok był koszmarny – wspomina w rozmowie z „Linią” 19-letni bohater, który krzyczał do ludzi, aby pomogli mu podnieść kilkumetrową sosnę. Poważnie ranna pani Anna trafiła do szpitala, gdzie lekarze walczą, aby uratować jej nogę.

AGNIESZKA JASKULSKA

Do zdarzenia doszło w sobotę, 9 marca ok. godz. 14 przy ul. Matejki w Otwocku, tuż obok przystanku autobusowego i drogerii Rossmann na wysokości Urzędu Skarbowego. Tego dnia na ulicy panował ruch. 45-letnia pani Anna była na zakupach. Około godz. 14 wyszła z drogerii. Zaczął wiać silniejszy wiatr. W jednej chwili życie 45-letniej kobiety zawisło na włosku…

Nie widziała niebezpieczeństwa

– Jechałem samochodem ul. Matejki w kierunku ronda, gdy usłyszałem specyficzny trzask łamiącego się drzewa. Obok Rossmanna dostrzeg-łem sosnę przewracającą się na chodnik, po którym szli ludzie – mówi
z trwogą 19-latek. Chłopak poprosił „Linię” o anonimowość.

– Drzewo runęło na kobietę, która stała tyłem do przewracającej się na nią sosny. Ona nie widziała niebezpieczeństwa… – wspomina młody bohater. Kilka sekund wcześniej, dokładnie w tym samym miejscu, stali rodzice z 11-miesięcznym dzieckiem.

– Zdążyliśmy zrobić dosłownie kilka kroków, gdy usłyszeliśmy okropny trzask łamiącego się drzewa, którego konar z hukiem zwalił się tuż obok nas. Nigdy nie zapomnę tego dźwięku – podkreśla wstrząśnięty pan Adrian.
19-latek zatrzymał samochód. – Pobiegłem ratować kobietę. Ludzie byli tak zszokowani tym, co się stało, że dosłownie zamarli z przerażenia – mówi chłopak.

– Sam nie byłem w stanie podnieść ponadośmiometrowej sosny. Krzyczałem do ludzi, żeby mi pomogli. Wtedy podbiegło kilku mężczyzn i wspólnymi siłami unieśliśmy drzewo – mówi 19-latek, który podobnie jak pan Adrian i kilka innych osób wezwał na miejsce służby ratownicze i straż pożarną.

– Tych kilka minut, zanim przyjechała karetka, wydawało się wiecznością. Kobieta była nieprzytomna, ale oddychała. Z lekcji o bezpieczeństwie wiedziałem, że nie powinno się ruszać poszkodowanej, bo mogła doznać wewnętrznych obrażeń albo mieć uraz kręgosłupa. Kobieta doznała złamania otwartego w kostce, stopa była niemal oderwana od ciała. To był makabryczny widok, który spotęgował fakt, że pani odzyskała przytomność i strasznie cierpiała, tak bardzo krzyczała…

Do dziś nie mogę tego zapomnieć – mówi poruszony 19-latek.

– Nie mogliśmy nic więcej zrobić, tylko czekać na karetkę pogotowia. Ta bezradność była okropna. Każdy, kto był na miejscu, starał się jakoś pomóc poszkodowanej, dodać otuchy i rozmawiać… Ktoś zadzwonił do rodziny, ktoś inny przykrył ją kurtką, bo zaczął kropić deszcz… To straszne, co spotkało tę kobietę. Nawet nie chcę myśleć o tym, że drzewo mogło runąć również na moją rodzinę. Cud, że ta pani żyje, przecież drzewo uderzyło ją w głowę, przewróciło i przygniotło ciężarem – mówi pan Adrian. I dodaje, że to nie powinno się wydarzyć.

– Drzewo było chore, częściowo bez kory i bardzo spróchniałe. Złamało się przy pniu. Powinno być już dawno ścięte – podkreśla.

Może stracić nogę

Na miejscu pojawiła się rodzina pani Anny. – Nie mogę uwierzyć w to, że przez czyjąś nieodpowiedzialność moją siostrę spotkała taka tragedia
– mówi pani Barbara. – Kilkanaście minut po tym zdarzeniu przyjechało samochodem trzech mężczyzn, którzy zabrali pocięte wcześniej przez strażaków kawałki drzewa. Został tylko spróchniały pień, który wystaje z ziemi – tłumaczy pani Barbara, która zrobiła zdjęcia.

– Moja siostra trafiła do szpitala w Warszawie, gdzie przeszła skomplikowane operacje. Rana była bardzo zabrudzona i trzeba było wyjmować z niej nawet kolki. Pomimo ubytku w kości chirurdzy zrobili co mogli, aby Ania kiedyś mogła normalnie chodzić. Przyszyli stopę, ale istnieje ryzyko, że może wdać się zakażenie. Lekarze walczą, żeby Ania nie straciła stopy – tłumaczy rozżalona pani Barbara. I podkreśla, że siostra jest w strasznym stanie psychicznym. – Cała nasza rodzina nie może się z tym pogodzić. Do tego właściciel posesji nawet nie pofatygował się, żeby zainteresować się losem mojej siostry, ani nie kontaktował się z nami
– dodaje pani Barbara.

Wycięli, co się dało

Okazało się, że spróchniałe drzewo, które złamało się i runęło na mieszkankę Otwocka, rosło na prywatnej posesji. Jej właścicielami są lokalni przedsiębiorcy. – To bardzo przykre, co spotkało tę panią. Dowiedzieliśmy się o tym z mediów społecznościowych. Nie kontaktowaliśmy się z rodziną ani poszkodowaną, bo nie udało się nam ustalić, kim są, poza tym nie wiedzieliśmy, czy tego by sobie życzyli w takim trudnym momencie – tłumaczy Wojciech Krawczyk, jeden z właścicieli nieruchomości.

– Nie czujemy się winni tego, co się stało, bo rok temu próbowaliśmy wyciąć kilka drzew na tym terenie. Wtedy jedna z sosen przewróciła się na budynek handlowy. Złożyliśmy pismo do otwockiego urzędu z wnioskiem o to, aby usunąć kilka chorych drzew. Na miejscu była komisja, która skontrolowała stan drzewostanu. Otrzymaliśmy zgodę na wycinkę tylko dwóch z pięciu drzew – zaznacza Wojciech Krawczyk w rozmowie z „Linią”.

Sprawą zajęły się policja i Prokuratura Rejonowa w Otwocku.

Bardzo dziękujemy wszystkim ludziom, którzy wspierali moją siostrę i udzielili jej pomocy podczas tego tragicznego zdarzenia. Dziękujemy za empatię i wspaniałą postawę wobec cierpiącej osoby. To bardzo pocieszające, że tyle osób zainteresowało się życiem i zdrowiem naszej Ani. 
Dziękujemy wszystkim za okazane serce. Barbara z rodziną

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.