Otoczony muzyką

SPOD SANOKA DO OTWOCKA.

Piotr Rychlec „Falko” to klawiszowiec i akordeonista grający w zespołach Zakopower, Tołhaje i Bisquit. Jest też uznanym producentem muzycznym, aranżerem i realizatorem dźwięku, ma na koncie współpracę z takimi artystami jak: Wojciech Waglewski, Stanisław Soyka, Justyna Steczkowska, Mateusz Pospieszalski czy Zbigniew Hołdys. Od 13 lat mieszka w Otwocku i wciąż czuje się tu dobrze.

fot. Jak To Się Robi Studio

O muzycznej pasji, projektach i ludziach oraz życiu nad Świdrem PIOTR RYCHLEC opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem.

Wpisałem twoje nazwisko w Google i wyskoczyło dużo wątków, ale nie ma cię na przykład w Wikipedii!
– (śmiech) Bo ja jestem bardzo aktywny, ale raczej z drugiego rzędu. Nie opowiadam za często o swojej pracy także w mediach. Robię swoje bez większego rozgłosu.

Zakopower, Tołhaje – to dwa najważniejsze zespoły, w których grasz. Jesteś góralem?
– Moi rodzice mieszkali pod Łąckiem koło Nowego Sącza, czyli w Beskidzie Sądeckim, ale ja pochodzę z Podkarpacia. Urodziłem się w Sanoku, mieszkałem w pobliskim mieście – Brzozowie. Głęboka prowincja, ale to miejsce wyjątkowe, które w dużej mierze mnie ukształtowało i uczyniło ze mnie muzyka. Mój tato jest muzykiem amatorem, choć zaczął uczyć się grać dość późno. Wybrał klarnet, ponieważ kochał tradycyjny jazz. W moim domu wciąż słychać było swing i zespoły dixielandowe. Tato założył zespół
dixielandowy, działali bardzo aktywnie. Do tego stopnia, że w Brzozowskim Domu Kultury od lat 80. były organizowane profesjonalne warsztaty jazzowe pod szyldem Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. Przyjeżdżali do nas najlepsi muzycy w kraju: Tomasz Szukalski, Jarosław Śmietana, Jan Ptaszyn Wróblewski. Działo się bardzo dużo i ja w tym środowisku wzrastałem i nasiąkałem muzyką.

Od początku wybrałeś klawisze?
– Moim pierwszym instrumentem był akordeon. Zresztą chodziłem do średniej szkoły muzycznej w Rzeszowie właśnie na ten kierunek. Potem jednak przeniosłem się do szkoły w Sanoku i to ją ukończyłem z papierem organisty. Byłem i wciąż jestem wielbicielem muzyki organowej, zwłaszcza tej barokowej. Kocham Bacha.

Organistą jednak nie zostałeś?
– No nie. Poprzez stałe kontakty z Brzozowskim Domem Kultury byłem wciąż zaangażowany w rozmaite projekty okołojazzowe. Tam wciąż przewijały się różne zespoły, także punkowe, bo ośrodek zawsze wspierał młodych. Poznałem mnóstwo ludzi i to zaowocowało wieloma ciekawymi propozycjami. Już jako małolat po szkole średniej zacząłem pracować jako muzyk i robię to do dziś. Mam to szczęście, że robię to, co kocham, i jeszcze mi za to płacą (śmiech). Łapałem wtedy oczywiście najróżniejsze zlecenia, z graniem na weselach włącznie. To też były ciekawe doświadczenia. Machnąłem ręką na studia, bo nie miałem już na nie czasu.

Pod koniec lat 90. nawiązałem współpracę z Justyną Steczkowską, z którą znaliśmy się ze szkoły średniej w Rzeszowie. Stamtąd znam też Martę Grott, żonę Michała. Nasza kilkuletnia praca z Justyną zaczęła się od stworzenia ścieżki dźwiękowej do filmu „Na koniec świata” z nią i Aleksandrem Domogarowem w rolach głównych. Współtworzyłem między innymi piosenkę tytułową. Potem były jeszcze płyty „Dzień i noc”, „Mów do mnie jeszcze” – takie erotyki nagrane z Pawłem Delągiem, „Alkimja”, którą uważam za bardzo udaną, i jeszcze kilka pomniejszych projektów.

To czas, kiedy otworzyło się wiele drzwi, poznawałem kolejnych ludzi. Grałem dużo jako muzyk sesyjny i koncertowy. Pracowałem z wieloma artystami i w wielu miejscach. Mniej więcej w 2000 roku przeprowadziłem się w związku z tym do Warszawy, ponieważ tu działo się najwięcej. W tym czasie zacząłem też pracować jako realizator dźwięku.

Którym jesteś dziś w równym stopniu, co muzykiem. W Otwocku można regularnie spotkać cię w Studiu ViVi Sound w PMDK.
– Rzeczywiście. Były nawet okresy w moim życiu, że znacznie więcej pracowałem jako realizator i producent niż muzyk. W tamtym czasie sporo współpracowałem ze Studiem S4 Polskiego Radia. Tam nagrywaliśmy między innymi z Mateuszem Pospieszalskim, Marcinem Pospieszalskim, Zbigniewem Hołdysem. Dużo działałem również w Media Studio należącym do „Dzikiego”, czyli Piotra Chancewicza z grupy Mech. Okazało się, że mam do tego smykałkę i efekty zadowalały moich kolegów. Coraz częściej dostawałem zlecenia. Czasem były to tylko nagrania, innym razem nadzorowałem cały proces, czyli realizację, miksowanie i mastering. Pracowałem z Wojtkiem Waglewskim i Voo Voo, grupą Dżem, Januszem Radkiem, zespołem Plateau, z którym realizowałem Projekt Grechuta.

Jednak wszystko zaczęło się właśnie od albumu „Alkimja”, który między innymi ja realizowałem, a produkował go Mateusz Pospieszalski. Wtedy poznaliśmy się i potem wielokrotnie zapraszał mnie do różnych swoich projektów. Pospieszalscy to niesamowita rodzina, czują muzykę jak mało kto. Praca z nimi to wielka przyjemność. No i przy albumie „Alkimja” po raz pierwszy pracowałem też z Sebastianem Karpielem-Bułecką.

To znajomość bardzo brzemienna w skutki, o czym zaraz porozmawiamy, ale trzymajmy się chronologii. Najpierw powstał zespół Tołhaje.
– Tak. To był taki twór zwany najpierw roboczo Bieszczadzki Kwartet Jazzowy. Chodziło o to, by utrwalać tamtejszą tradycję i ludowość. Stworzyli go moi kumple z brzozowsko-sanockich czasów. Grywaliśmy wspólnie i miałem od początku zaproszenie do składu, ale w tym czasie współpracowałem jeszcze z Justyną Steczkowską i nie miałem czasu. W 2001 roku Tołhaje wygrali prestiżowy festiwal Nowa Tradycja, nagrodą było między innymi nagranie debiutanckiej płyty. Tę pierwszą, pt. „A w niedziela rano”, nagrali jeszcze beze mnie, ale ja ją zrealizowałem. W 2002 roku zdobyła nagrodę Folkowego Fonogramu Roku. Dołączyłem już do składu i zaczęło się porządne granie. Przez trzy lata graliśmy naprawdę sporo koncertów, nie tylko w Polsce, lecz także na Ukrainie, Słowacji, w Czechach i na Węgrzech. Często były to duże festiwale, choćby nasz Przystanek Woodstock.

Gra z Tołhajami to dla mnie ogromna przyjemność. Muzyka ludowa jest mi bardzo bliska, nie tylko z racji miejsca pochodzenia, ale ona daje mnóstwo wolności, której nie ma na przykład w klasyce, gdzie wszystko jest rozpisane na pięciolinii. Folklor to ogromne pole do improwizacji, a to zawsze kochałem.

W 2005 roku otworzył się zupełnie nowy, jakże ważny dla ciebie rozdział – Zakopower.
– Jak już mówiłem, od czasów „Alkimii” dużo współpracowaliśmy z Mateuszem Pospieszalskim, a to on – o czym nie każdy wie – jest ojcem chrzestnym projektu zatytułowanego Zakopower. Mateuszowi i Sebastianowi zależało na stworzeniu czegoś innego niż np. Golec uOrkiestra. Mateusz jest autorem większości naszych kompozycji, aranżerem i producentem. Twórcą znacznej części tekstów jest Bartłomiej Kudasik, ale swój udział ma również Sebastian, który okazał się idealnym frontmanem zespołu, także wizerunkowo.

Sukces przyszedł szybko.
– Tak, i szybko okazało się, że ten projekt warto kontynuować. Obecnie nasz dorobek to siedem albumów, w tym trzy koncertowe, i od 70 do 100 koncertów granych rocznie. Sporo jeździmy po świecie, koncertowaliśmy kilkakrotnie w Stanach Zjednoczonych, Chinach, Maroku, oczywiście w Europie. Pamiętam dość zabawny epizod z początków zespołu. W 2006 roku mieliśmy kontrakt na Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej, które odbywały się w Niemczech. Graliśmy w strefach kibica, na zmianę z zespołem Kroke, którego repertuar to muzyka klezmerska, żydowska. Dziwnie to nasze granie brzmiało w strefach kibica, dość surrealistyczne przeżycie (śmiech).

Nie wątpię. Żydowskie wątki są też bardzo ważne w Otwocku. Jak ty tu do nas właściwie trafiłeś?
– Życie muzyka to ciągłe podróże. Wspominałem, że od 2000 roku mieszkałem trochę w Warszawie, potem na cztery lata przeprowadziliśmy się z moją obecną żoną do Krakowa. To miasto ma jednak swoją specyfikę – tak to ujmę. Dziwnie się tam żyło i pracowało. No i wciąż musiałem dojeżdżać do Warszawy, niemal co tydzień miałem taki kurs. 40 tysięcy kilometrów rocznie za kółkiem to była norma i zaczynałem mieć tego dość. Podjęliśmy decyzję o powrocie do stolicy, a w zasadzie w okolice stolicy, bo nie przepadamy za życiem w wielkim mieście. Oboje jesteśmy z prowincji, znamy się jeszcze z czasów szkolnych i cenimy spokój małych miast. Szukaliśmy mieszkania pod Warszawą, po wschodniej stronie Wisły, myślałem wtedy o Zielonce. Rozważaliśmy kilka propozycji i po prostu padło na Otwock, którego wcześniej nie znaliśmy.

Ciekaw jestem pierwszego wrażenia. Który to był rok?
– Sierpień 2006. Stały jeszcze pawilony. Pamiętam je dobrze, bo wjazd do centrum Otwocka zrobił na nas wrażenie. Był to taki trochę powrót w czasie do lat PRL-u. Jednak przede wszystkim poczuliśmy, że jesteśmy w mieście pełnym zieleni, położonym wśród lasu, z piękną rzeką. I to przeważyło. Oczywiście mieszkanie nam się spodobało, okolica też, to po drugiej stronie torów, przy ulicy Reymonta. I zostaliśmy. W tym roku mija 13 lat.

Dobrze wam tu się żyje?
– Tak! Nie żałujemy decyzji. Doceniamy okoliczną przyrodę i świetnych ludzi, z którymi się spotkaliśmy. To siła małych społeczności, w Warszawie każdy jest bardziej anonimowy, obcy sobie. Bardzo szybko trafiłem do ViVi Sound. To studio Witka Wilka, który jednak ma wiele innych spraw na głowie, więc od dawna ja je prowadzę. A zaczęło się od tego, że szukałem studia na nagranie płyty z własnym zespołem. Witek mi je wynajął, zobaczył, jak pracuję, i zaproponował współpracę. W otwockim studiu poznałem niemal wszystkie lokalne zespoły: Oranżadę, Heroes Get Remembered, The Rookles i oczywiście Świdermajer Orkiestrę, z którą zagrałem na płycie i w otwockim Smoku. Realizuję tu nagrania wielu kapel, z którymi współpracuję.

W Otwocku nagrana została m.in. najnowsze płyta Tołhajów „Matka Warhola”. Dzieje się bardzo dużo. Żona też pracuje w Otwocku, dzieci chodzą do tutejszych szkół. Jesteśmy otwocczanami i tak już pewnie zostanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.