Jacek wciąż jest w podróży

2 MAJA MIJA PIERWSZA ROCZNICA ŚMIERCI JACKA KAŁUSZKI.

Kochał świat i ludzi. Zwiedził wszystkie kontynenty oprócz Australii i Antarktydy. Zabrakło mu czasu. Każdy swój wyjazd zapisywał w specjalnej kronice. Od 1968 do 2017 roku nazbierało się ich ponad 950 – prawie 20 w każdym z tych 49 lat wojaży.

PRZEMEK SKOCZEK

2 maja mija rok, odkąd Jacek Kałuszko – podróżnik, przewodnik i reporter, przez blisko 20 lat nasz redakcyjny kolega – wyruszył w swoją ostatnią podróż. Tak właśnie lubi czasem myśleć jego żona Ula, gdy ból po stracie jest szczególnie silny.

– Ta myśl, że on po prostu gdzieś tam jest, podróżuje jak zawsze, przynosi pewną ulgę. Przecież jego bardzo często nie było, znikał czasem na kilka tygodni – opowiada.

Ucieczka zza biurka

Jacek od dziecka kochał podróże. Każda okazja była dobra do jakiejś wyprawy. Małej albo dużej. Polskę zjechał wzdłuż i wszerz, szczególnie ukochał całą ścianę wschodnią, od Bieszczad po Biebrzański Park Narodowy i Suwalszczyznę. Miał też ogromną słabość do Ukrainy i Rumunii, gdzie wracał wielokrotnie. A gdy już zaczął zwiedzać świat, te gorące uczucia spłynęły także na Afrykę. Szczególnie tę Czarną, Środkową.
Pasję podróżniczą dzielił ze swoją dziewczyną, a potem żoną Ulą. Poznali się jeszcze w liceum, otwockim „Gałczynie”.

– Zaiskrzyło na szkolnej wycieczce. To była głęboka komuna, a my wyjechaliśmy na Wyprawę Szlakiem Zdobywców Wału Pomorskiego organizowaną przez jakiś ZSMP czy inną ówczesną młodzieżówkę – wspomina Ula Kałuszko. – Jakoś tak wyszło, że Jacek poszedł na studia ekonomiczne na SGPiS, teraz to SGH, i zawsze powtarzał, że to był największy błąd jego życia. Nie nadawał się do pracy za biurkiem. W wyuczonym zawodzie pracował bardzo krótko, najpierw w Instytucie Handlu Wewnętrznego, potem w otwockim biurze podróży Syrena – wspomina.

Jego żywiołem były jednak wyjazdy i to one stały się sposobem na życie. Został przewodnikiem, najpierw beskidzkim, potem tych uprawnień przybywało, m.in. na Mazowsze i dolinę Biebrzy. Z czasem rozpoczął też pracę pilota wycieczek zagranicznych w biurze LogosTour i dzięki temu zaczął zwiedzać niemal cały świat. Przetarte szlaki wykorzystywał na prywatne wyjazdy z żoną albo przyjaciółmi. Swoje wyprawy opisywał
w podróżniczych magazynach i oczywiście na łamach „Linii Otwockiej”.

Chwała mielonce

Pierwszą egzotyczną wyprawę Jacek i Ula zorganizowali jednak całkiem sami i była to przygoda przez duże P. Oszczędzali na nią przez cały rok, musieli też sporo się gimnastykować w urzędach, bo zdobycie paszportu
i wizy nie było wtedy łatwe. Ale udało się i pojechali do Turcji, Syrii i Jordanii. Autostopem. Na sześć tygodni.

– Boże, co to było za szaleństwo! Cudowne szaleństwo – Ula uśmiecha się do wspomnień. – Rok 1978, byliśmy kilkanaście miesięcy po ślubie i to miała być wyprawa życia. Przejechaliśmy tę całą trasę z Polski autostopem. Odwiedziliśmy niesamowite miejsca, które dziś są turystycznymi centrami pełnymi ludzi, a wtedy zwiedzaliśmy je niemal sami. Jak w Petrze. Poznaliśmy tam parę młodych Niemców mniej więcej w naszym wieku. Spaliśmy w autentycznej jaskini, niedaleko mieli swoje miejsca także tamtejsi Beduini. Zaprosili nas na poczęstunek. To była wielka wspólna misa pełna koziego mleka zmieszanego z jakąś kaszą – dość obrzydliwie wyglądająca breja. Gospodarzom nie wypadało odmawiać, coś tam dziubaliśmy, ale jedząc to, walczyliśmy z wymiotami. Do siebie wróciliśmy koszmarnie głodni, zwłaszcza nasi niemieccy przyjaciele. Ale my, jak to Polacy, zawsze mamy zapas na czarną godzinę. Wyciągnęliśmy puszkę mielonki i to było wtedy najwspanialsze danie świata – śmieje się.

Sokole oko

Każdy wyjazd przynosił nowe znajomości i przyjaźnie, a to owocowało projektami kolejnych wypraw. Jacek był niezwykle przyjacielski i ciepły, bardzo kontaktowy i bezpośredni. To cechy ważne dla podróżnika, pozwalają zjednywać ludzi. W tym był mistrzem.

Był też sybarytą ceniącym wszelkie radości życia, w tym dobre jedzenie i trunki. Jeżdżąc po świecie, próbował bardzo egzotycznej kuchni i zawsze była to ważna część jego wspomnień, gdy wracał do redakcji z kolejnych ekspedycji. Lubił jeść lokalne smakołyki z ulicznych straganów, zwłaszcza w Azji, gdzie każdy inspektor sanepidu z Polski złapałby się za głowę.
Uwielbiał podglądać ptaki, więc ich tereny lęgowe były częstym celem jego wyjazdów.

– Dokładnie dwa lata przed śmiercią Jacka wybraliśmy się na przeloty ptaków nad Biebrzę. To, że miał idealnie opracowane najlepsze punkty do ich obserwacji, wcale mnie nie dziwiło, bo jeździł tam od lat. Zaszokowały mnie natomiast jego niesamowita spostrzegawczość i sokole oko. Potrafił z ogromnych odległości dostrzec w krzakach ukryte zwierzę, zidentyfikować je i opowiedzieć o nim anegdotę. Nauczył mnie patrzeć i widzieć daleko. Dodatkową frajdę sprawiało nam trollowanie nowobogackich ptasich spotterów, którym większą frajdę dawało robienie selfie przy swoim sprzęcie niż obcowanie z naturą – wspomina Andrzej Gąsowski, nasz redakcyjny grafik.

Dwie rocznice

W grudniu 2016 roku Jacek i Ula wybrali się na Kubę, by świętować 40. rocznicę ślubu. Datę mają szczególną, ponieważ pobrali się w sylwestra. Ta podróż była spełnieniem jednego z marzeń. Pozostaje dziś cudownym wspomnieniem. Podczas kolejnej rocznicy Jacek był już w szpitalu po wylewie, którego doznał nagle w Wigilię 2017 roku. Wcześniej, jesienią tego samego roku, zdążył jeszcze odwiedzić swoją ukochaną Afrykę. Był w Etiopii, która jest krajem pełnym sprzeczności, często dalekim od stereotypowej opinii, jaką o niej mamy. Opisał ją, jak zawsze barwnie i ciekawie, w swoim ostatnim reportażu dla „Linii Otwockiej”.

Kolejnych nie będzie, ale te stare teksty są wciąż w naszym redakcyjnym archiwum. Chcecie je poczytać? Zapraszamy!

Rocznicowa Msza Święta w intencji śp. Jacka Kałuszki odprawiona będzie w czwartek, 9 maja, o godz. 18, w kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Otwocku-Świdrze, ul. Kołłątaja 80/82.

Kontakt

05-400 OTWOCK, ul. Górna 9
tel./fax 22 710 12 10
tel. 22 710 0 999
e-mail: redakcja@linia.com.pl