Szaleństwo pod kontrolą

OPOWIEŚĆ O OTWOCKIM ŻEGLARZU.

Na pierwszym zbudowanym przez siebie jachcie przepłynął Atlantyk. Teraz buduje kolejny, według przedwojennego projektu, i pracuje nad tym, by żagle powróciły na Wisłę jak w okresie dwudziestolecia. Adam Hamerlik z Otwocka to marzyciel, ale… bardzo pragmatyczny.

PRZEMEK SKOCZEK

Adam (z prawej) ze swoim współtowarzyszem Aleksandrem podczas wyprawy przez Atlantyk. Tu na mecie u wybrzeży Martyniki. Ta karaibska wysepka należy do Francji, a więc formalnie jest częścią Unii Europejskiej

Akcja rozpoczyna się w malutkiej, jednoosobowej szkutni „Po Godzinach” w wiązowskim Majdanie. Adam nazwał ją tak z oczywistych powodów, wpada tu głównie po pracy. W hali rośnie niepozorna łódka. Ma pięć metrów długości, jest wiotka i śliczna, ale o jej wyjątkowości wiedzą tylko znawcy tematu. I teraz ci wszyscy, którzy przeczytają tę opowieść. Adam Hamerlik dłubie przy niej spokojnie, cierpliwie, krok po kroku realizując swój cel. Za jedynego towarzysza ma Henryka. Henryka Żeglarza – dziewięcioletniego psa rasy bokser.

Zaczęło się od książek

Adam Hamerlik – otwocczanin od urodzenia, warszawiak z wyboru – od dziecka uwielbiał książki podróżnicze i snuł marzenia o wielkiej przygodzie. Urodził się jednak w połowie lat 70. i jako „dziecko kryzysu” miał marne szanse na realizację takich planów.

– Zdecydowałem, że skoro nie mogę po prostu zostać żeglarzem, jedyny kierunek, który mnie interesuje, to historia. I tak marząc, by być Indianą Jonesem, znalazłem się w gronie studentów uniwersytetu w Katowicach. Niewiele brakowało, a zostałbym nauczycielem. Los chciał jednak inaczej. Ponieważ zawsze interesowałem się pływaniem, wiedziałem też, że dużo lepiej płynie się z wiatrem. A wiatr pchnął mnie w ramiona mediów drukowanych. Rozpocząłem pracę fotoedytora, a potem grafika.

Oczywiście nadal ciągnęło go do wody. Za pierwsze zarobione pieniądze kupił kajak. Była zima, więc sprzęt stał w pokoju, a Adam siedział w nim i oglądał telewizję. Potem kupił pierwszą małą łódź i na niej, jako samouk, przeszedł drogę od znanej z książek teorii do praktyki. Jego drugim domem był wtedy Zalew Włocławski, gdzie cenił sobie spokój i brak ludzi. Apetyt jednak rósł, pojawiały się większe łodzie i kolejne patenty konieczne do ich użytkowania – najpierw żeglarza jachtowego, potem sternika. Ten drugi zrobiony już na Bałtyku. Poznał więc smak słonej wody i jeszcze mocniej buzowała w nim chęć wyruszenia na morską wyprawę.

Wesela i pogrzeb

– Pływałem nieregularnie, dzieląc czas między pracę, rodzinę i pasję. Dobrą szkołą okazały się regaty na Zatoce Gdańskiej odbywające się w ramach morskich mistrzostw Polski. Pływałem pod okiem doświadczonego skipera Tomka Konaka, który dawał nam w kość, ale wiele się nauczyłem. Tylko te wyjazdy nad morze na dłuższą metę były męczące. Pędziłem po pracy w piątek, dojazd nad ranem, chwila snu i na wodę, a tam do wieczora w niedzielę i powrót do Warszawy. Miałem dość. I wciąż marzyłem o oceanie. Ta myśl tkwiła w mojej głowie, odkąd miałem 10 lat. Przeczytałem wtedy książkę o Robercie Manrym, który w 1965 roku przepłynął Atlantyk na żaglówce Tinkerbelle o długości czterech metrów.

W tym czasie Adam pracował w wydawnictwie Bauer. Podczas przerwy na papierosa poznał tam Piotrka Poprawskiego. Szybko się okazało, że mają podobne zainteresowania i marzenia. Zostali przyjaciółmi, a ich dyskusje przerodziły się w plan, do którego realizacji przystąpili z dziecięcą pasją. – Snuliśmy różne plany. Może Bornholm, może Gotlandia. I nagle dowiedzieliśmy się o pierwszych polskich regatach oceanicznych „Setką przez Atlantyk”, które wymyślił żeglarz i konstruktor Janusz Maderski. Zasada jest tam taka, że startuje się na własnoręcznie zbudowanych pięciometrowych łodziach według jednego projektu stworzonego przez Janusza. To właśnie ta „Setka”. W pierwszej edycji w 2012 roku popłynęły dwie łódki. W kolejnej, cztery lata później, miało ich być już kilkanaście. W tym my! Bo bardzo szybko postanowiliśmy, że w to wchodzimy – wspomina Adam.

To był szalony czas. Piotr właśnie rozstawał się z partnerką, ich dom pod Piasecznem czekał na sprzedaż. By zaoszczędzić na wynajmie hali, zaczęli budować jacht w… salonie. Na wiosnę, żeby go wystawić na zewnątrz, musieli rozebrać część ściany balkonowej. Udało się! – Mieliśmy wtedy wielkie wsparcie ludzi, lokalna społeczność żyła tym projektem, każdy chciał jakoś bezinteresownie pomóc.

Prace dokończyliśmy w hali stolarskiej pod Tarczynem udostępnionej za darmo. Budowa zajęła nam prawie dwa lata. Trzymaliśmy się zasady: pięć dni praca, soboty dla rodziny, a w niedziele budujemy łódź – tłumaczy. Nazwali ją Still Crazy. Była gotowa w połowie kwietnia 2016 roku. Została przewieziona na Zalew Włocławski, gdzie ją ochrzczono. Tam też miała przejść testy na wodzie. Niestety, tydzień później, gdy Piotr wracał z pracy, dostał zawału i zmarł. Miał 50 lat.

Adam Hamerlik rozpoczął tę przygodę z Piotrem Poprawskim

Trzymiesięczne SPA

– Piotr dość szybko stał się dla mnie częścią rodziny. W każdy weekend wspólnie budowaliśmy naszą łódkę, a w tygodniu odbywaliśmy kilkanaście, czasem kilkadziesiąt rozmów telefonicznych. Potem sprawdziłem, że wymieniliśmy około 1500 maili. Było w nim coś, co sprawiało, że bez względu na pogodę chciało mi się wstać w każdą niedzielę o 5 rano, aby na 6 stawić się w stolarni i pracować. To miał być rejs życia. Nasz żeglarski Everest – przyznaje Adam.

Po śmierci Piotra pozostała pustka, morale i motywacja spadły. Adam przez dobre dwa miesiące bił się z myślami, nie wiedział, co robić dalej. – Gdy dojrzałem do decyzji, że jednak popłynę, żona i córka postawiły warunek – nie płyń sam! Jestem raczej tchórzliwy, więc mi to pasowało i zacząłem szukać partnera – mówi.

Aleksandra Hanusza poznał przez Facebooka. Młodszy o kilka lat, z wieloma pasjami i talentami. Okazało się, że na własnoręcznie zbudowanej łodzi popłynął już na Karaiby. Wracał na zimę do Polski i zostawiał ją tam. Potem miał w planie lecieć po jacht samolotem. – Zaproponowałem, by zamiast tego dołączył do mnie i popłynął znów podobną trasą, na co przystał z wielką ochotą.

Regaty „Setką przez Atlantyk” wystartowały z Portugalii 1 listopada 2016 roku. Do Lizbony łodzie dojechały TIR-ami, potem popłynęły wzdłuż wybrzeża do portu Sagres, gdzie w XV wieku Henryk Żeglarz otworzył pierwszą akademię morską na świecie.

– Paradoksalnie najspokojniejszym etapem tej przygody okazał się sam rejs przez ocean – ocenia z uśmiechem Adam. – Pierwszym przystankiem były Wyspy Kanaryjskie, gdzie z powodów organizacyjnych mieliśmy zaplanowaną trzytygodniową przerwę. To były po prostu wakacje, laba, zwiedzanie, imprezy, trochę pracy przy łodziach. Gdy już wypłynęliśmy na wielkie wody, mieliśmy prawie cztery tygodnie doskonałej pogody i warunki niemal idealne. Bardzo szybko straciliśmy z oczu inne załogi, to był bardzo odrealniony czas. Przeczytałem chyba ze 20 książek, Aleksander skleił cały model statku. Dużo rozmawialiśmy. Okazał się idealnym towarzyszem podróży, nie mieliśmy ani jednego spięcia podczas rejsu!

Czasem oczywiście zawiało, fale unosiły ich nawet na osiem metrów w górę. Pędzili. Na tyle szybko, że pod koniec Adam uznał, że wynik w regatach nie jest tak ważny jak samo płynięcie i podczas swoich wacht zaczął spowalniać, zwijając część żagli. Mimo wszystko Martynikę osiągnęli po 26 dniach, podczas gdy panowała opinia, że dla pięciometrowych łodzi minimum dla tej trasy to 30 dni! Mimo wszystko nie byli najszybszą załogą. Rekordzista dopłynął w 22 dni.

– Na Martynice spędziłem potem jeszcze dwa tygodnie. To wysepka będąca terytorium zamorskim Francji, a więc jest częścią Unii Europejskiej. Chodzisz po zakupy do Carrefoura i płacisz w euro, niestety bardzo słono, a ja jechałem już na oparach. Trzymiesięczna przygoda wydrylowała mi kieszeń, a po powrocie w pracy czekało na mnie wymówienie. Na szczęście długo nie byłem na bezrobociu, po trzech miesiącach wróciłem na poprzednie stanowisko do „Forbesa” – dodaje Adam.

Still Crazy wróciła do Polski w kontenerze na pokładzie statku. Trafiła na licytację WOŚP i została kupiona za 12 tys. zł. Dziś pływa po Solinie.

Łódka jak „z Ikei”

Adam Hamerlik przy swoim prototypie P7 Gig, który jest już na ukończeniu

Wracamy do szkutni „Po Godzinach” w Majdanie. Łódź, nad którą Adam pracuje od początku lutego, będzie urzeczywistnieniem projektu sprzed 80 lat! Jego autorem jest Mieczysław Pluciński, człowiek legenda w polskim szkutnictwie, ale nie tylko.

– Pluciński był pionierem amatorskiego budowania łodzi. Ten znakomity konstruktor pracował przed wojną w Państwowych Zakładach Lotniczych w Warszawie, między innymi z Tadeuszem Sołtykiem, twórcą Iskry. W wolnym czasie projektował i budował kajaki oraz żaglówki. Tę stworzył w maju 1939 roku, ale nigdy nie wyszła ona poza fazę projektu. Przeszkodziła wojna. Ponieważ jestem skarbnicą zbędnej wiedzy o żeglarstwie i jego historii, znałem koncept łodzi P7 Gig. Zamarzyło mi się, by zbudować jej prototyp. To będzie pierwszy w historii egzemplarz tej konstrukcji – opowiada Adam Hamerlik.

Pierwszy, ale nie ostatni. Adam wspólnie z konstruktorem Stefanem Eknerem i dziennikarzem Markiem Słodownikiem rusza z projektem, który wydaje się dość rewolucyjny, ale daje szansę na powrót do pięknych tradycji żeglarskich na Wiśle.

– To jedno z moich marzeń. Zdajesz sobie sprawę, że w latach 30. Wisła była pełna żagli i pełna życia? Organizowano np. regularne regaty Warszawa–Świder– Warszawa oraz z Góry Kalwarii do stolicy. Obie imprezy przetrwały wojnę i odbywały się do 1963 roku. Potem wszystko przeniosło się na Zalew Zegrzyński. Chcę reaktywować żeglarstwo na naszej pięknej rzece. To już się dzieje, choć powoli – mówi.

Na co dzień Adam działa w Warszawskim Klubie Wodniaków PTTK, pływa w załogach wioślarskich, ma nawet na koncie zwycięstwo w amatorskich Mistrzostwach Warszawy Ósemek. Organizują też niewielkie regaty, spływy kajakowe Wisłą. Jednak to wciąż mało.

Przy budowie łodzi podstawą jest ława montażowa, tzw. heling. Gdy jest zrobiony precyzyjnie, potem wszystko do siebie pasuje i składanie łódki jest czyste, łatwe i przyjemne

– Brakuje odpowiednich żaglówek, te duże, współczesne zaraz utknęłyby na wiślanych mieliznach. Kiedyś mieliśmy klasy narodowe, wspaniałe konstrukcje, które warto znów budować. Ich projekty są dostępne, a po przerysowaniu na nowo – tym zajmie się wspomniany Stefan Ekner – i przy wsparciu współczesnych technologii będą znakomicie służyły wodniakom. Mój pomysł jest taki, by zaproponować łodzie jak z Ikei. Zamawia się je w paczce, idealnie wycięte elementy według wzorca, z dokładną instrukcją obsługi. Korzyści są dwie – cena to kilka, a nie kilkanaście tysięcy złotych. A poza tym jaka to frajda z własnoręcznego zbudowania łodzi i duma, gdy dokończymy dzieła!

Czy to się uda? Szanse są. Fascynatów nie brakuje. Prototyp P7 Gig został sprzedany koledze ze szkolnych lat z Otwocka, jeszcze zanim Adam wbił „pierwszy gwóźdź”. Wodowanie planowane jest za kilka tygodni. A już 22 i 23 czerwca niemal gotowa łódź będzie wystawiona na warszawskich bulwarach podczas Regat o Puchar Dzielnicy Wisła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.