Wielkie małe cuda

DZIEWCZYNY Z OTWOCKA POMAGAJĄ W AFRYCE.

Wybudowały szkołę w Kenii, wspierają wioskę trędowatych i szpital w Wybrzeżu Kości Słoniowej, organizują tam i w Tanzanii adopcje na odległość. Ich najnowszy projekt to centrum medyczne na Madagaskarze. Za tym wszystkim stoją dwie młode otwocczanki – Anna Sabała i Klaudia Zielińska, założycielki Fundacji Boże Atelier.

PRZEMEK SKOCZEK

Anna (z lewej) i Klaudia na budowie szkoły w Kenii

Tak się jakoś składa, że po raz kolejny w ciągu kilku tygodni opisujemy działania ludzi z naszego „podwórka” na Czarnym Lądzie. Nie tak dawno informowaliśmy o próbie budowy studni w malijskiej wiosce Dogonów, którą podjął otwocki przedsiębiorca Waldemar Laskowski. Teraz przedstawiamy historię o wierze, nadziei i małych, choć tak naprawdę wielkich cudach, których udaje się dokonać Annie i Klaudii oraz tym wszystkim, z którymi współpracują przy swoim dziele życia. To szumne określenie, ale z pewnością nie jest przesadne.

Pomoc i egzotyczna przygoda

Gotowy budynek, który ich fundacja także wyposażyła

Zaczęło się ponad 10 lat temu od wolontariatu, którym jeszcze w szkole średniej zajęły się Anna i Klaudia. Pomagały w nieistniejącym już domu samotnej matki prowadzonym przez zgromadzenie sióstr orionistek niedaleko otwockiego Liceum Ogólnokształcącego im. Słowackiego.

– Chciałyśmy pomagać, zaangażować się w coś wartościowego. Dopiero na miejscu dowiedziałyśmy się, że orionistki to przede wszystkim zgromadzenie misyjne i działa aktywnie w tak zwanych krajach trzeciego świata. Wtedy też pojawiła się propozycja wolontariatu w Afryce. Bardzo kusząca, muszę przyznać, ponieważ pozwalająca połączyć pomoc naprawdę potrzebującym ludziom z egzotyczną przygodą. Dałam się wtedy przekonać i pojechałam do Kenii. To był rok 2011 – opowiada Klaudia Zielińska.

Tam po raz pierwszy zetknęła się z naprawdę skrajną biedą. Bardzo ją to poruszyło, zwłaszcza ogromnie trudna sytuacja kobiet i dzieci. Zaangażowała się w wolontariat na poważnie. Za pierwszym razem spędziła w Kenii trzy miesiące, potem aż dziewięć. Akurat była po licencjacie i zrobiła sobie roczną przerwę w studiach.

– Bardzo imponowało mi to, co robi Klaudia, i po kilku latach dałam się jej w końcu namówić, by również spróbować wolontariatu w Afryce – wspomina Anna Sabała.

– To praca nie tak ciężka, choć robi się niemal wszystko, zależnie od potrzeb – od sprzątania, po opiekę nad dziećmi i chorymi. Przede wszystkim jednak budzi ogromne, często skrajne emocje, ponieważ obcujemy tam z ekstremalnymi czasem sytuacjami – dodaje.

Afryki trzeba się nauczyć, ale trudno ją czasem zrozumieć. Jest bardzo specyficzna. – Tam globalizacja przegoniła postęp cywilizacyjny – dodaje Klaudia. – Można spotkać wodza plemienia, który siedzi przed chatką z łajna z telefonem komórkowym ładowanym baterią solarną. Pełen surrealizm! – mówi.

Zakładamy fundację!

Wyjazdy na Czarny Ląd sprawiły, że obie dość dobrze poznały tamtejsze problemy, specyfikę życia, myślenia i postępowania. Przede wszystkim jednak skalę potrzeb i problemów żyjących tam ludzi, zwłaszcza na prowincji. Cały czas współpracowały z siostrami orionistkami. Z nimi
trafiły do Tanzanii, potem do Wybrzeża Kości Słoniowej.

– Często słyszymy pytanie, dlaczego nie pomagamy w Polsce, gdzie też jest tyle ludzi w potrzebie. To prawda, ale porównywanie sytuacji w Polsce i w Afryce jest absurdalne. Tam poziom życia jest bardzo, bardzo niski. Brakuje najpotrzebniejszych rzeczy, higieny. Wielodzietne rodziny mieszkają w domkach z łajna, małe dzieci umierają z głodu, chore albo kalekie są często po prostu wyrzucane. A poza tym u nas są instytucje i urzędy, do których można zwrócić się o pomoc. Tam państwo w ogóle się tym nie interesuje. Gdy zrozumiałyśmy, jak samotne w swojej pomocy są siostry ze zgromadzenia orionistek, postanowiłyśmy zająć się tym na poważnie. I założyłyśmy fundację – wyznają Anna i Klaudia.

To było dwa lata temu. Niedużo, ale działają bardzo prężnie. Ich pierwszą dużą akcją była budowa szkoły w Kenii, gdzie wciąż jest ogromny analfabetyzm i wiele dzieci w ogóle nie ma okazji się uczyć, a większość kończy jedną albo dwie klasy i ledwie potrafi pisać, czytać już rzadziej. Koszt takiej inwestycji jest nieporównywalnie niższy niż u nas. Na ten cel potrzebowały ponad 32 tys. zł. Udało się. Powstał solidny budynek z dwoma klasami. Pomogły go też wyposażyć w stoły, krzesła, tablicę i przybory.

Organizują zbiórki pieniędzy na produkty pierwszej potrzeby, takie jak jedzenie, leki, ubrania. Sfinansowały skomplikowaną operację ręki chorej dziewczynki, zorganizowały akcję Puszka Mleka, by zakupić mleko w proszku dla dzieci z najuboższych rodzin, które są pod opieką sióstr orionistek w miejscowości Anyama.

Starają się też rozwiązywać doraźne problemy, takie jak zakup wózka inwalidzkiego dla niepełnosprawnego nastolatka, inkubatora dla niemowląt czy pralki dla sióstr. Teraz ruszają z budową centrum medycznego na Madagaskarze, gdzie nawiązały współpracę z Danielem Kasprowiczem, młodym dietetykiem i świeckim misjonarzem. Mają ręce pełne roboty.

Dzieci są najważniejsze

– W naszych działaniach skupiamy się na dzieciach, ich edukacji i pomocy medycznej, której wymagają. One są przyszłością Afryki, jakkolwiek banalnie by to brzmiało. Mentalność tamtych społeczeństw jest bardzo specyficzna. Dając dzieciom przykłady innych postępowań, szansę na lepsze życie, możemy choć trochę zmienić ich spojrzenie na świat i stosunek do wielu spraw obojętnych dla starszych pokoleń – przekonuje Klaudia Zielińska. – Mogą one rozwijać się, planować swoją przyszłość i edukować ludzi w swoim otoczeniu – podkreśla.

Fundacja Boże Atelier bardzo angażuje się też w pomoc dla szpitala ginekologiczno-położniczego na przedmieściach Abidjanu, stolicy Wybrzeża Kości Słoniowej. Prowadzą go orionistki, obok jest też niewielki dom dla niepełnosprawnych dzieci będących pod opieką sióstr.

– Marzymy o rozbudowie szpitala i stworzeniu tam oddziału pediatrycznego i domu z prawdziwego zdarzenia dla tych dzieci, bo potrzebujących jest znacznie więcej. To dzieci niepełnosprawne, porzucone, 90 procent z nich nie ma rodzin. Pomagamy też w wiosce trędowatych, gdzie sytuacja jest bardzo trudna. Nie ze względu na samą chorobę, bo ta jest raczej pod kontrolą i ryzyko zarażenia się jest minimalne. Rzecz w tym, że tamtejsi chorzy mają maleńkie murowane domki, co jest dla nich luksusem. Sprowadzili więc tam kiedyś swoje rodziny, dziś żyje w nich już kilka pokoleń, mieszają się oni ze sobą. Tworzy się taki zamknięty krąg i chciałybyśmy wyrwać z niego dzieci. One nie mają dostępu do jakiejkolwiek edukacji. Marzeniem większości jest szkoła z internatem i my staramy się to marzenie spełnić – opowiada Anna Sabała.

Tu dochodzimy do jednej z najważniejszych akcji otwockiej fundacji – adopcji na odległość. Prowadzą ją w Wybrzeżu Kości Słoniowej i w Tanzanii. Z sukcesami. Znalazły już blisko 70 opiekunów maluchów.

– To projekt polegający na wsparciu konkretnego dziecka w trudnej sytuacji materialnej poprzez zagwarantowanie mu wyżywienia, wykształcenia oraz opieki medycznej. Miesięczny koszt adopcji wynosi 180 zł. To niemało, więc można tę kwotę rozbić na kilka osób, płacąc połowę albo jedną trzecią. Mamy takie sytuacje i to się świetnie sprawdza – przekonują założycielki fundacji, które same adoptowały ośmioletnią Fantę.

Boże łaski

Nie ukrywają, że ich inspiracją i siłą jest Bóg oraz wiara. – Chcemy identyfikować się z Nim. Wierzymy, że to On jest sprawcą i pomysłodawcą tego dzieła. Dlatego w naszym składzie stoi na pierwszym miejscu – zapewniają.

Wiara sprawia, że są tak pełne pasji i zaangażowania. Mimo trudnych chwil, gdy na przykład umierają dzieci, którym próbują pomóc,
a to czasem się zdarza, lub gdy miejscowi z maczetami napadają na ośrodek prowadzony przez siostry i go rabują. Klaudia przeżyła taką dramatyczną noc podczas ostatniego pobytu w Afryce. Szczęśliwie nikomu nic poważnego się nie stało.

Ich idée fixe jest zaraźliwa. – Ludzie chcą się dzielić, to jest piękne. Nie mamy wsparcia żadnych instytucji czy firm, a jednak osiągamy kolejne cele. Dokonujemy kolejnych małych cudów. Na budowę szpitala na Madagaskarze, gdzie panuje straszna bieda i ponad 40 procent dzieci umiera przed ukończeniem pięciu lat, potrzebujemy 100 tys. zł. Prawie połowa jest już zebrana. Mamy też wsparcie rodzin i przyjaciół, także z naszej Wspólnoty u Pallotynów. Oni także pomagają bezinteresownie. Wśród najbardziej zaangażowanych są m.in.: Piotr Szczegielniak i jego żona Małgorzata, informatyk Grzegorz Woliński czy zajmująca się księgowością Joanna Lataśkiewicz. Nie sposób też nie wspomnieć o dwóch siostrach – Silvinie Babot i Alicji Kaszczuk – to dzięki nim ta pomoc w ogóle jest możliwa.

To one nam zaufały, a teraz czuwają nad projektami. Dzięki temu mamy pewność, że pieniądze trafiają we właściwe miejsce – mówią. Anna i Klaudia do Afryki wciąż wracają, ale największa praca odbywa się tu, w Polsce, gdzie szukają pieniędzy na kolejne akcje. Każda pomoc im się przyda. Jeśli chcecie spróbować, zajrzyjcie na stronę http://www.bozeatelier.pl.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.