Wojenne lato nad Świdrem

Zbliża się 75. rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Spójrzmy na to wydarzenie przez pryzmat kilku rysów biograficznych związanych ze Świdrem. Najpierw jednak warto przypomnieć miejscowe realia z czasów niemieckiej okupacji.

STANISŁAW ZAJĄC

Sugestywny opis nadświdrzańskich okoliczności przedstawił Jan Parandowski. Właśnie tu znalazł: „tkliwie porozumienie ze światem chmur i płynącej wody, drzew i ptaków”. Grozie okupacji przeciwstawiał „cień wolności” panujący w podwarszawskim letnisku. Po upływie kilku lat wyznawał: „Świder stał się asylum dla mnie i dla mojej rodziny w różnych okresach, kiedy albo instynkt, albo ułomne rachuby czy poufne wskazówki doradzały zniknięcie z Warszawy”. Bardzo wymowne jest użycie łacińskiego terminu „asylum” na określenie miejsca zapewniającego bezpieczeństwo. Sło-wo to w jakże bliskiej mu mitologii rzymskiej oznaczało gaj, w którym każdy mógł znaleźć schronienie.
U swoich źródeł łączyło się więc z ważną cechą nadświdrzańskiego krajobrazu.

Jan Parandowski zatrzymywał się w pensjonacie „Słoneczna”, który prowadziła pani Albertyna Schüchowa (niemieckie nazwisko może
sugerować błędne skojarzenia). Pensjonat był spory, mógł przyjąć do 20 osób. Pisarz w Świdrze natychmiast odzyskiwał spokój i zapał do literackiej pracy, w czym pomocne były spacery do znanych lub dopiero poznawanych zakątków. Jesienią 1942 roku uznał jednak, że wyjazdy w świderskie zacisze również nie gwarantują bezpieczeństwa. Wraz z rodziną szukał schronienia w innych miejscach, bardziej odległych od Warszawy.

Szerokie, zielone ulice…

To nie paradoks, że w czasach okupacji Świder nabrał większego znaczenia jako miejscowość letniskowa. Bogatsi warszawiacy zostali pozbawieni możliwości wojażowania do nadbałtyckich kąpielisk (leżących już poza granicami Generalnego Gubernatorstwa) oraz do innych odległych miejscowości wypoczynkowych. Natomiast dla wielu mniej zamożnych mieszkańców stolicy niedzielne wyjazdy do Świdra były kontynuacją przedwojennej tradycji. Prawie wszystkim dawały namiastkę beztroski, oderwania się choćby na kilka godzin od codziennego przygnębienia i terroru.

W sierpniu 1943 roku na łamach gadzinowego „Nowego Kuriera Warszawskiego” zamieszczony został idylliczny opis niedzielnego wypoczynku. Oto z miasta rusza „mała archaiczna lokomotywka, uroczy gruchot”. Ciągnie zatłoczone wagoniki. Kto przyjeżdża do Świdra popularną ciuchcią? Wymienione zostały różne kategorie osób, przede wszystkim „przedmiejska ferajna”, czyli: „równe chłopaki i fajne Zośki, Janki i Kryśki”. Są też „zasuszeni urzędniczkowie i wystrojone pachnące elegantki
z okienek pocztowych i biur […], sztubacy i pensjonarki: sami lub w towarzystwie rodziców zaopatrzonych w paczki z żywnością”. Pasażerowie, którzy chcieli nieco komfortu, przyjeżdżali do Świdra kolejką elektryczną.

Wszyscy pragną relaksu i życia towarzyskiego: „szerokie, zielone ulice Świdra pełne są przechodniów”. Nastrój jak na Riwierze, „panie chodzą
w kostiumach kąpielowych, w szortach, w barwnych piżamach i kimonach o egzotycznym wyglądzie. […] W ogrodach bawią się dzieci w gry ruchowe. Młodzież rozgrywa partie siatkówki lub plażuje”. Apetyty dopisują. Zamożniejsi stołują się w pensjonatach lub lokalach gastronomicznych. Jednak wielu przyjezdnych konsumuje w krzakach przywiezione wałówki, często zakrapiając mocniejszym trunkiem. Można również zjeść coś na gorąco: „Para unosi się znad kociołka zwieszonego nad ogniem. Co się tam warzy. Może parówki. […] W każdym razie musztarda stoi na serwetce imitującej obrus”. A dalej, w gęstwinie? Tam jest miejsce „zarezerwowane dla zakochanych”.

Wysyp gwiazd

Tłumy przyjezdnych to również publiczność spragniona rozrywki. Nic dziwnego, że do Świdra oraz do Józefowa wybiera się „cała elita teatralnego i rewiowego świata Warszawy”. Aktorzy, śpiewacy, tancerze – „wielkie i znane nazwiska”, wśród nich: Jadwiga Fontanówna, Barbara Kostrzewska, Helena Korff-Kawecka, Irena Malkiewicz, Jan Mroziński, Józef Orwid, Jerzy Pichelski.

Ważnym ośrodkiem życia rozrywkowego w Świdrze był ogród kawiarni „Sielanka”. Natomiast w Józefowie letników przyciągała kawiarnia „Cyganeria”. Na niedzielę, 8 sierpnia 1943 roku zapowiadano: „Wystąpi Ina Wolska w repertuarze piosenek charakterystycznych […]. Obok niej wciągnięto do programu Chór Bogdana, którego wystąpienie na estradzie «Sielanki» jest dla Świdra prawdziwą sensacją”. Ostatnie stwierdzenie było w pełni uzasadnione. Chór Bogdana to przecież słynny chór Dana, który w czasie niemieckiej okupacji występował pod zmienioną nazwą (pochodzącą od nazwiska czołowego basisty Tadeusza Bogdanowicza).

W „Sielance” można posłuchać też instrumentalnych brzmień: „W wielkiej muszli usadowiła się orkiestra popularna rewiowa, gra jazz, sentymentalne melodie, ostatnie przeboje muzyczne”. Niektórzy artyści mieli bardzo absorbujące niedziele. W Świdrze występowali „z porankiem i programem wieczornym”, zaś w Józefowie zapraszali widzów „na podwieczorek”.

Kolumbowie przy Majowej

W okupowanej Warszawie wydawano konspiracyjne czasopismo „Sztuka
i Naród”. Stanowiło ono forum dla młodych poetów z pokolenia Kolumbów. W maju 1943 roku trzej z nich – Wacław Bojarski, Tadeusz Gajcy i Zdzisław Stroiński – dokonali spektakularnej akcji. Złożyli wieniec z biało-czerwoną szarfą pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Podczas odwrotu Wacław Bojarski został śmiertelnie postrzelony. Narzeczona poety, Halina („Natalia” – tytułowa bohatersa słynnej piosenki), poślubiła umierającego Wacława. Uczestniczyła nie tylko w tajnym życiu literackim. Angażowała się również w udzielanie pomocy Żydom.

Po latach wspomniała: „Zostałam «spalona» wiosną 1944 roku. Mogło to mieć nieobliczalne konsekwencje dla całego mojego domu. Trzeba było szybko zmienić adres. Jeśli się ukrywać, to najlepiej na linii otwockiej – zdecydowałam. Wynajęłam więc dom w Świdrze, dziwnym przypadkiem, jak się potem okazało, u osoby, która nie mogła się «szczycić» aryjskim pochodzeniem”. Mieszkając w Świdrze, Natalia dojeżdżała do lecznicy na Lesznie, gdzie była pielęgniarką.

W Świdrze, również przy ulicy Majowej, pokój wynajęli Tadeusz Gajcy i Zdzisław Stroiński. Od czasu do czasu Tadeusza odwiedzała jego narzeczona: „śliczna, bardzo zgrabna osóbka” – prawdziwa muza poety. Natomiast wybranką serca Zdzisława stała się wtedy Natalia. Do skromnego pokoju w Świdrze przyjeżdżali też inni młodzi literaci: Roman Bratny, Witold Zalewski, Lesław Bartelski. Ożywione dyskusje trwały niekiedy całą noc. Tu przeniosła się redakcja „Sztuki i Narodu”; Tadeusz Gajcy pełnił funkcję redaktora naczelnego. Natalia przez kilka dni, w tajemnicy przed wszystkimi, pomagała melinować Wojciechowi Menclowi, poecie i żołnierzowi AK, który wieczorami wychodził, aby wykonać jakąś ważną misję…

Wspominając swoje przyjazdy na ulicę Majową, Lesław Bartelski pisał: „Świder w czasie okupacji był tym, czym Zakopane lub Sopot po wojnie. Pół Warszawy można było tam spotkać”. Młodzi literaci korzystali z miejscowych rozrywek: „Wieczorem graliśmy w pin-ponga, potem jakoś sprokurowaliśmy dansing. Zjedliśmy w sześć osób cztery porcje lodów, bo na więcej nie było pieniędzy, wreszcie znajomy Zdzisława postawił pół litra wódki”.

Najważniejsze było jednak twórcze natchnienie: „Zdzisław pracował nad nowym cyklem liryków”. Tadeusz „recytował po drodze wiersze, które ostatnio napisał, wiersze smutne i bolesne, głosem stłumionym, zwyczajnie, bez patosu. Przez moment wydawać by się mogło, że wojny nie ma, jest milczący las i Świder przeświecający w szarych łąkach srebrną strugą”. Ten nastrój skłaniał do zwierzeń i planów na przyszłość: „Był jeszcze spokój, ale nie łudziliśmy się, że czas wielkiego prowizorium, w jakie wtrąciła nas wojna, ma się ku końcowi”. Przed pożegnaniem Tadeusz powiedział: „Byle się ona tylko skończyła”. Póki co zaczynała się godzina policyjna. Przypomniał o tym cień żandarma na świderskim moście.

U schyłku lipca

Jerzy Lisiecki, późniejszy żołnierz powstańczych batalionów „Ruczaj” oraz „Harnaś”, 20 lipca przyjechał ze swoim bratem do kolegi mieszkającego w Józefowie. Chciał wypróbować pistolet: „Poszliśmy kilkaset metrów nad Świder. Pogoda piękna, ale nie było żywej duszy. Czuło się, że zbliżają się Sowieci”. Młodzi konspiratorzy przeszli przez most na drugą stronę rzeki. Zobaczyli budkę z napisem „Lody”. Właśnie ten napis posłużył za tarczę strzelniczą.

Kilka dni później (24 lub 25 lipca) ponownie pojechali ciuchcią do Józefowa. Pociągi kolei elektrycznej nie kursowały: „Zobaczyliśmy, że tory kolejowe są poniszczone. Podkłady kolejowe są połamane na pół, a szyny powyginane na boki. Dokonała tego jakaś piekielna maszyna. Widać było, że Niemcy szykują się do odwrotu”. Bracia przeszli przez most i bez przeszkód ćwiczyli strzelanie.

W drodze powrotnej do Warszawy ciuchcia była tak zatłoczona, że musieli siedzieć na dachu wagonu.

Kilka dalszych szczegółów znamy dzięki relacji, którą przytoczył Ludwik Grzeniewski. Jej autor 29 lipca 1944 roku wyjechał ciuchcią z Warszawy do Józefowa, gdzie miał rodzinę. Kolejka dotarła jednak tylko do Falenicy. Słychać było eksplozje wysadzanych w powietrze budynków stacyjnych linii szerokotorowej: „Nazajutrz wzdłuż toru w Józefowie stały jeszcze posterunki niemieckie. W nocy znikły. Wysadzono w powietrze most na Wiśle pod Józefowem. 31 lipca zobaczyliśmy pierwsze radzieckie czołgi forsujące rzeczkę Świder”. Wrażenie było ogromne: „Obraz tych kolosów przewalających z chlupotem swe bure cielska przez rzeczkę Świder jeszcze dziś stoi mi w oczach…”

Zmiany sytuacji na froncie dokonywały się szybko. Niemcy byli zmuszeni cofać się przed sowieckimi jednostkami pancernymi. Zdążyli zdetonować ładunki założone na moście kolejowym, poważnie uszkadzając ten obiekt.

Z dalekiego Wołynia

Fenomenem w Polskim Państwie Podziemnym była dobrze zorganizowana i zdyscyplinowana 27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej (27 DP AK). Walcząc z Niemcami, przemierzyła długi szlak bojowy.

W drugiej połowie lipca wyzwoliła część północnej Lubelszczyzny. Jednak wkrótce (26 lipca) została podstępnie rozbrojona przez siły sowieckie. Część Wołyniaków zdecydowała się przedostać do Warszawy, aby walczyć o jej wyzwolenie. Zdołała dotrzeć tylko w rejon Otwocka i Świdra; dalsze dojścia do stolicy były blokowane przez NKWD i podległe jej formacje. Tu nastąpiły liczne aresztowania. Zatrzymanych oficerów 27 DP AK wywieziono w głąb Związku Sowieckiego, żołnierzy najczęściej wcielano do armii Berlinga. Właśnie w Świdrze aresztowany został mjr Tadeusz Sztumberk-Rychter („Żegota”), szef sztabu Dywizji.

„[…] Jakimś cudem w okolice Świdra dotarł kilkudziesięcioosobowy oddział 27 Wołyńskiej Dywizji […]. Byli potwornie zmęczeni, niektórzy ranni, z odparzonymi nogami. Chcieli odpocząć i iść dalej na Warszawę. Udało się ich rozlokować w kilku zaprzyjaźnionych domach. Pewnego dnia chłopcy wbrew zasadom konspiracji umówili się nad rzekę, aby się wykąpać. […] Nagle plażę otoczyły samochody i wybiegli ich rówieśnicy w podobnych mundurach, ale z opaskami MO i z pepeszami. […] Nikt nigdy już ich nie widział”. To fragment relacji pośredniej, znanej dzięki przekazom rodzinnym, którą opublikowali Marek Kielanowski i Elżbieta Kielanowska-Nguyen. Są oni potomkami prof. Stanisława Kalinowskiego, założyciela Obserwatorium Magnetycznego w Świdrze.

Natomiast własne obserwacje i odczucia utrwaliła Lilia Rożnowska-Niemczewska („Leona”), która z żoł-nierzami 27 DP AK przemierzyła końcową część ich szlaku bojowego: „Ludzie chodzili nawet na plażę i kąpali się w malutkiej strudze Świdra. Na horyzoncie w ciągu dnia stał słup dymu, zaś w godzinach nocnych szary dym zamieniał się w czerwień łuny. Od powstania warszawskiego dzieliło nas zaledwie kilkanaście kilometrów”.

Do Świdra docierali też cywilni tułacze z Wołynia, którzy uniknęli śmierci z rąk ukraińskich oprawców. Przywieźli ze sobą obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Ten cudowny wizerunek przekazali do domu sióstr bezhabitowych z Instytutu Terezjańskiego (przy ul. Mickiewicza).

Na straconych szańcach

W Świdrze nastąpiła istna wędrówka ludów. Niektórzy letnicy nie zdążyli wrócić do Warszawy. Zaczęli napływać uchodźcy z Pragi oraz przesiedleńcy z okolic Radości i Anina. Wkrótce jednak również Świder został częściowo wysiedlony. Niektórzy mieszkańcy byli wysyłani aż do wiosek za szosę lubelską.

W wielu pensjonatach i willach zakwaterowano oficerów Armii Czerwonej i funkcjonariuszy NKWD, w innych zorganizowano szpitale polowe. Żołnierze sowieccy częściowo odbudowali most kolejowy na Świdrze, aby mógł nim przejechać pociąg pancerny. Do wzniesienia nowego mostu wycinali dorodniejsze sosny. Stanisław Olpiński doskonale zapamiętał wiele szczegółów: „Bez uprzedzenia pod-łożyli ogromne ładunki, bo nie mogli wbić pali w dno rzeki, bo leżała tam cała konstrukcja [starego] mostu, i tak łupnęli […], że na ulicę Wiązowską spadł wielki fragment grubej blachy. […] Wszyscy mieszkańcy od wybuchu potracili szyby”.

Linia frontu przebiegała między Falenicą a Wawrem. Przez kilka tygodni powstańcy bezskutecznie – z gorzką nadzieją, a potem z rozpaczą – spoglądali za Wisłę, również w stronę Świdra, skąd mogła pojawić się realna pomoc. Dopiero w połowie września wojska sowieckie, wspomagane przez żołnierzy armii Berlinga, zdobyły Pragę. Co najmniej o miesiąc za późno. I o całą szerokość Wisły za daleko…

Tragizm powstania i pokolenia Kolumbów został uwieczniony w wielu tekstach kultury. Jakże proroczo zabrzmiała fraza, którą jeszcze przed wybuchem powstania napisał Zdzisław Stroiński: „Krwawiliśmy długo na straconych szańcach/ręką Boga rzucani na śmierć jak kamienie”.

Na początku lata 1944 roku Zdzisław Stroiński i Tadeusz Gajcy mieszkali w Świdrze, gdzie – jak wspominał Lesław Bartelski – „odnajmowali pokój w domu drewnianym, z balkonem, do którego sięgały gałęzie sosen. Ulica nosiła poetyckie miano Majowej”. Ta nastrojowa impresja zdaje się być maską dla przyczajonej śmierci. Zdzisław i Tadeusz – nierozłączni przyjaciele – razem walczyli i razem zginęli 16 sierpnia 1944 roku po wysadzeniu przez Niemców pięciopiętrowej kamienicy przy ul. Przejazd.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.