Nigdy nie czułam strachu

WALCZYŁA W POWSTANIU, MIESZKA W OTWOCKU: HISTORIA NIEZWYKŁEJ LEKARKI.

– Byliśmy ciągle pod ostrzałem. Wielokrotnie, gdy biegłam kanałami łącznikowymi, widziałam obok ginących ludzi. Kilka razy kule przelatywały milimetry nad moją głową, raz tuż za mną runęła ściana walącego się budynku. Ale pędziłam dalej i zawsze wychodziłam z akcji cało – wspomina otwocczanka Maria Tryczyńska, która uczestniczyła w powstaniu warszawskim. Była w Szarych Szeregach i miała wtedy niespełna 14 lat

PRZEMEK SKOCZEK

Nastoletnia Marysia z czasów licealnych, prawdopodobnie w 1946 roku. Dziś jest kombatantką, ale nie lubi myśleć o wojnie z patosem i nie czuje się bohaterką

1 sierpnia mija 75 lat od wybuchu jednego z najtragiczniejszych epizodów w polskiej historii XX wieku. Powstanie warszawskie pochłonęło ogrom ofiar (mówi się o 150-200 tysiącach cywili) i doprowadziło do zniszczenia wielkiej części stolicy, więc wciąż budzi ono kontrowersje i spory wśród historyków. Bez względu na opinię wszyscy oddajemy jednak hołd uczestnikom tego wielkiego zrywu. O dziwo, oni sami nie zawsze tego chcą, tak jak dr Maria Tryczyńska, pseudonim Ryśka. Jest ostatnim z żyjących
w Otwocku kombatantów biorących aktywny udział w powstaniu.

Ma prawie 89 lat, jest emerytowanym lekarzem. Podobnie jak jej starszy o rok mąż Dariusz. Mieszkają w Świdrze i tam właśnie zaprosili nas na rozmowę, którą odbyliśmy na otoczonym zielenią tarasie. Ogród jest wielką dumą pani Marii, która mimo wielu dolegliwości wciąż ma w sobie dużo energii i tę młodzieńczą iskrę w jasnych oczach. Poznajcie jej historię, nie tylko wojenną.

Bomby na pastwisku

Maria Oczkowska urodziła się 13 października 1930 roku na Polesiu,
w Stolinie. Dziś to tereny Białorusi, wówczas leżały niemal na granicy polsko-sowieckiej. Jej ojciec Mieczysław był tam wicestarostą, miał wykształcenie ekonomiczno-prawnicze, które potem, w Warszawie, przydało się mu w pracy w Ministerstwie Administracji.

– Na Polesiu mieszkałam stosunkowo krótko. Miałam około pięciu lat, gdy przenieśliśmy się do Warszawy, chodziłam jeszcze do przedszkola. Zamieszkaliśmy na Żoliborzu, początkowo przy ul. Brodzińskiego, następnie Wyspiańskiego. To była wówczas ostatnia ulica tej dzielnicy, za ogrodem mieliśmy łąkę, na której pasły się krowy. Tam właśnie spadły jedne z pierwszych bomb 1 września 1939 roku, pamiętam ogromny lej w ziemi – wspomina Maria Tryczyńska.

– Pierwsze dni wojny spędziliśmy w Warszawie, trwały walki. Mobilizowały do nich przemówienia prezydenta Starzyńskiego. Ojciec ewakuował się razem z rządem, ale zadbał o to, żebyśmy bezpiecznie dotarły do rodziny w Brześciu. Pojechałyśmy z mamą i młodszą o cztery lata siostrą Anielą. Nie wiedzieliśmy jednak, że uciekając na wschód, trafimy z deszczu pod rynnę, pod okupację rosyjską – dodaje.

W Brześciu spędziły kilka miesięcy. Dziewięcioletnia wtedy Marysia najbardziej zapamiętała ulice pełne sowieckich żołnierzy, którzy strasznie śmiecili, plując pestkami. Bardzo ją to raziło. Tam odnalazł je ojciec, a ponieważ w rosyjskiej strefie wpływów było jeszcze mniej bezpiecznie, postanowili przedostać się znów do Warszawy.

– To była już zima. Byliśmy owinięci w co się da. Rodzice nawet nam dolewali kapkę alkoholu do herbaty, na rozgrzewkę. Głównym problemem okazała się przeprawa przez rzekę Bug, która wtedy stanowiła granicę okupacji rosyjskiej i niemieckiej. Rzeki pilnowano, ale mój ojciec miał głowę nie od parady. Gdy zatrzymał nas rosyjski patrol i zaczął wypytywać, tata powiedział, że właśnie przedostaliśmy się z zachodniego brzegu. Rosyjscy żołnierze odpowiedzieli, że nie wolno i musimy zawracać, po czym sami przewieźli nas na niemiecką stronę – opowiada szeroko uśmiechnięta pani Maria.

– Potem ojciec wyznał, że przez chwilę się bał, gdy zdał sobie sprawę, że jakieś rzeczy w jego torbie są owinięte aktualną gazetą wydawaną w Brześciu. Na szczęście Rosjanie nas nie sprawdzali i dotarliśmy szczęśliwie – wspomina.

Siatkówka z Cybulskim

Ich dom przy ul. Wyspiańskiego nie został zniszczony, ale szabrownicy ogołocili go ze wszystkiego. Ojciec był jednak człowiekiem dość wpływowym, niedługo po powrocie do stolicy został członkiem delegatury rządu londyńskiego. Dostali mieszkanie w innej części Żoliborza.

– Mieszkaliśmy przy ul. Krasińskiego. Moim sąsiadem był starszy o trzy lata Zbigniew Cybulski, późniejszy gwiazdor naszego kina. Miał piłkę i często graliśmy w siatkówkę, którą uwielbiałam przez całe życie. W liceum i na studiach byłam nawet zawodniczką AZS-u (Akademicki Związek Sportowy – red.) – wspomina nasza rozmówczyni.

Życie podczas okupacji było ciężkie, czasem doskwierał głód, ale mijało bez większych zwrotów. Niemcy pozwalali na naukę do szóstej klasy włącznie. Lekcje odbywały się w budynku blisko Dworca Gdańskiego, częściowo w prywatnych domach. Skończyła podstawówkę, ale oficjalnych szkół ogólnokształcących nie było, jedynie zawodowe. Pani Maria trafiła do szkoły krawieckiej, gdzie poza przyuczaniem do zawodu odbywały się tajne zajęcia. Wspomina je z rozrzewnieniem, ponieważ spotkała tam wspaniałych nauczycieli, przede wszystkim siostrę Tomeę – Jadwigę Lis, z którą potem przyjaźniła się jeszcze wiele lat. Dzięki niej znakomicie poznała łacinę. Na studiach medycznych bardzo jej się to przydało. Nigdy natomiast nie polubiła szycia. Był to jedyny przedmiot, z którego miała dwóje.

– Wspaniałą odmianą były dla nas wyjazdy do rodziny w Gniewoszowie koło Kozienic. W Warszawie nieraz cierpieliśmy głód, a tam było wszystko! Pamiętam spędzane tam wakacje albo święta. Na wsi żyło się łatwiej, spokojniej. To był wspaniały, niemal sielski czas. I syty. Właśnie w Gniewoszowie, gdy miałam 12 lat, po raz pierwszy spotkałam się
z żołnierzami Armii Krajowej. Mój kuzyn, Franek Nagadowski, walczył w partyzantce. Kiedyś zabrał mnie nawet rowerem do lasu i poznałam kilku fajnych chłopaków. Franek wojnę przeżył, ale został potem zamordowany przez UB – opowiada pani Maria.

Kilometry rowów i kwiatek w lufie

Z działalnością konspiracyjną zetknęła się bliżej we własnym domu. Jej sąsiadką była Teresa Rochmankowska działająca w Szarych Szeregach. Miała 17 lat, zginęła pod koniec powstania.

– Dzięki niej i oczywiście za wiedzą ojca, który się na to zgodził, wiosną 1943 roku wstąpiłam do harcerstwa. Moją drużynową była Roma Zdziarska, zbiórki odbywały się często w jej mieszkaniu. Uczyliśmy się podstawowych rzeczy: poruszania się w terenie, alfabetu Morse’a, węzłów i zachowań w różnych niebezpiecznych sytuacjach. Na przykład jak nie dać po sobie znać, że dzieje się coś złego, czyli trzymać twarz. Wbijano nam do głów, że gdy słyszymy strzały, trzeba natychmiast paść na ziemię i starać się ukryć. Obowiązywało nas też bardzo dokładne poznanie terenu, wszystkich przejść, domów, podwórek. Zlecano nam czasem obserwację Dworca Gdańskiego, ponieważ stamtąd odchodziły pociągi na Wschód, na niemiecko-rosyjski front. Ja już wtedy coraz bardziej odkrywałam taki rys charakteru, który trwa do dzisiaj i który trudno zrozumieć normalnemu, rozsądnemu człowiekowi – absolutnie niczego się nie bałam – mówi.

Latem 1944 roku powstanie wisiało w powietrzu. W dniu wybuchu Maria wróciła ze wsi. Akurat pojawiła się ciężarówka z kartoflami, ona też pobiegła i stała właśnie w kolejce, gdy usłyszeli strzały. Była godz. 15, dwie godziny przed godziną W.

– To było na ul. Słowackiego. Zobaczyliśmy nadjeżdżający czołg i żołnierzy Wehrmachtu. Okazało się, że w pobliżu rozdawano naszym żołnierzom broń, i zostali nakryci. Wywiązała się strzelanina i była to pierwsza powstańcza walka. Ludzie rzucili się do budowy barykady. Znoszono cegły, meble, co tylko się dało. Mężczyźni ścięli duże drzewa, które rosły przy ulicy Słowackiego. Brałam czynny udział w budowie tej barykady i wtedy po raz pierwszy usłyszałam świst kul bezpośrednio koło uszu
– wspomina pani Maria.

Ten dźwięk towarzyszył jej potem każdego dnia. Pracowała w powstańczym szpitalu, pielęgnując rannych, ale zajmowała się też kolportażem codziennej prasy, która na bieżąco informowała o sytuacji. Roznosiła ją po wszystkich placówkach Żoliborza, m.in. do Szkoły Pożarnictwa. Zdarzało jej się, że gdy dotarła na miejsce, wkładała kwiatek do lufy pistoletu stojących na straży powstańców.

– Miasto pokryte było kilometrami rowów łącznikowych, którymi biegało się cały czas pochylonym. Przebijano przejścia między piwnicami i w ten sposób można było bezpiecznie przechodzić między budynkami. Byliśmy ciągle pod ostrzałem. Wielokrotnie widziałam obok ginących ludzi. Kilka razy kule przelatywały milimetry nad moją głową, raz tuż za mną runęła ściana walącego się budynku. Miałam jednak szczęście. Nie opuściło mnie aż do końca – przyznaje.

Przetrwała, by pomagać

Zwykło się myśleć, że los, opatrzność, Bóg – jak kto woli – ocalają niektórych nie bez powodu. Tak też chyba można mówić o Marii Tryczyńskiej. Po wojnie nie było jej łatwo, ponieważ AK-owska przeszłość (Szare Szeregi wcielono w czasie powstania do Armii Krajowej) dawała o sobie znać,
a i mocny charakterek nie ułatwiał życia. Za protesty przeciw zjednoczeniu partii PPS z PPR (tak zrodziła się PZPR) została wyrzucona z wilczym biletem z Liceum im. Żmichowskiej. Była przesłuchiwana przez UB.

– Powtarzano mi tam, że dla takich jak ja to nie ma ani matury, ani żadnych studiów, tylko podstawowe wykształcenie. Mama jednak wychodziła mi przyjęcie do Liceum im. Hoffmanowej i tam zdałam maturę. Celująco, choć wcale się nie uczyłam, bo myślałam, że mnie nie przyjmą. W 1949 roku zdałam na studia medyczne, ale się nie dostałam, bo władza ludowa pilnowała. Tu na szczęście pomogły znajomości ojca i zostałam przyjęta na miejsca rektorskie – opowiada.

Na studiach poznała swojego przyszłego męża, Dariusza. Ślub wzięli dość szybko, w 1953 roku. Niedługo potem urodziła syna, kilka lat później córkę. Oboje z mężem są specjalistami od chorób płuc, więc trafili do Otwocka. Ona, jako pediatra, przez wiele lat pracowała w dziecięcym szpitalu gruźliczym przy ul. Majowej, potem w tzw. Hance Sawickiej. Była lekarzem naczelnym pulmonologii.

– Zawsze kochałam dzieci i pracowałam z poświęceniem. Czasem po 20 godzin na dobę. Mąż zresztą też, dziś żartujemy, że nie mieliśmy przez to czasu się kłócić i dzięki temu wytrzymaliśmy razem tyle lat. To były czasy, gdy nie było tak wielu specjalistów. Ja pracowałam w szpitalu, ale przyjmowałam też prywatnie w domu i jeździłam z wizytami do chorych. Byłam niemal na każde zawołanie i do dziś spotykam ludzi, którzy to pamiętają i dziękują za pomoc. Z tych czasów do dziś została mi jednak wielka niechęć do telefonów, bo kiedyś zawsze oznaczały wezwanie do chorych – dodaje z uśmiechem Maria Tryczyńska.

Oboje z mężem byli lekarzami. Po latach pracy cieszą się zasłużoną emeryturą w ukochanym ogrodzie

Nie jestem bohaterką!

– Powstanie nie powinno wybuchnąć – ocenia zapytana o zdanie w historycznym sporze. – Zbyt wiele pochłonęło istnień, do zbyt dużych doprowadziło zniszczeń. W ludziach buzowało, rwali się do walki
z Niemcami. Doskonale to rozumiem, ale dowództwo AK nie powinno dopuścić do powstania. Kto jak kto, ale oni powinni umieć realnie ocenić nasze szanse. A te były od początku znikome – uważa.

Obecnie pani Maria jest kombatantką z niemałą listą odznaczeń. Przyznano jej m.in. Złoty Krzyż Zasługi, Warszawski Krzyż Powstańczy, Odznakę Weterana Walk o Niepodległość. Co roku dostaje paczki listów i pocztówek, które piszą młodzi ludzie, a także więźniowie w ramach akcji Kartka dla Powstańca. Często jednak zżyma się na te dowody uznania.

– Nie jestem żadną bohaterką. Robiłam po prostu to, co trzeba było w danej sytuacji. Nie miałam innego wyjścia – podkreśla. W naszych oczach bohaterką jednak jest. Nawet jeśli nie jako powstaniec, to jako lekarz, który niósł pomoc dzieciom przez blisko pół wieku.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.