Potężny zastrzyk adrenaliny

RUNMAGEDDON W KARCZEWIE JEDNYM Z NAJLEPSZYCH W HISTORII IMPREZY.

Już po pierwszym kilometrze, pokonaniu jednej pionowej ściany i spacerze z okrętowym łańcuchem od kotwicy wiedziałem, że popełniłem poważny błąd. Nie wziąłem ze sobą nic do picia. A przede mną były jeszcze porodówka, jelito, żona rybaka i 20 innych pomysłowych przeszkód.

PRZEMEK SKOCZEK



Runmageddon Warszawa Urzecze odniósł niewątpliwy sukces. W dwa weekendowe dni, 14 i 15 września, wzięło w nim udział blisko dziewięć tysięcy uczestników. Ten wynik stawia tę kapitalną imprezę wśród największych w pięcioletniej historii biegów organizowanych pod szyldem Runmageddon. A jest to marka, która nie ma konkurencji nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. Rocznie organizuje od kilkunastu do 20 imprez, które przyciągają niemal sto tysięcy osób. Jak widać, jest w nas silna, atawistyczna potrzeba ekstremalnego kontaktu z naturą, wyżycia się, wymęczenia, wytarzania w piachu, ubłocenia. Uciekamy na chwilę od biurek, komputerów, korporacji i codziennych trosk. I to działa!

Wymarzone błotko

Impreza sportowa taka jak ta, choć z założenia jest biegiem ekstremalnym, musi przyciągać jak najwięcej ludzi, także dzieci i młodzież, bo to kuźnia przyszłych twardzieli. W końcu nieprzypadkowo motto Runmageddonu brzmi „Siła i charakter”. Dlatego każdy, nawet początkujący, mógł znaleźć trasę dla siebie.

Dla najmłodszych przygotowano jednokilometrowy dystans Kids z 10 przeszkodami. Starsi mierzyli się w kategorii Junior, w której mieli do pokonania 2 km i 15 przeszkód, a początkujący wylewali siódme poty w serii Intro – 3 km i 15 przeszkód. Rekordowo dużym zainteresowaniem cieszyła się kategoria Family – także 2 km i 15 przeszkód, w której startowały całe rodziny. Tu wykupiono aż… 106 proc. dostępnych miejsc! Na najtwardszych czekały 12-kilometrowy Classic z 50 przeszkodami oraz bieg nocny.

– Najbardziej nie mogę doczekać się błota. Mam nadzieję, że będzie można się w nim wytarzać – powtarzała już na kilka dni przed startem moja dziewięcioletnia córka Pola, która startowała w kategorii Kids. Nie była w tych oczekiwaniach odosobniona, co widać było po roześmianych buziach dzieciaków zjeżdżających w strumieniach wody w wielką kałużę, czołgających się w błocie pod oponami albo lądujących w bajorze po krótkim locie na linie w stylu Tarzana. Maluchy docierały na metę mokre, niemiłosiernie brudne i zmęczone, ale szczęśliwe.

Świńskim truchtem

Tradycyjnie dla tego cyklu biegów największym zainteresowaniem cieszył się dystans Rekrut, gdzie na sześciokilometrowej trasie czekało na uczestników 30 przeszkód. Tu z własnymi ograniczeniami walczyła prawie połowa wszystkich startujących w Runmageddonie Warszawa Urzecze, czyli około czterech tysięcy osób, w tym autor tej relacji. Oczywiście nie równocześnie! Starty odbywały się przez dwa dni, od rana do popołudnia, na trasy byliśmy wypuszczani co kwadrans w kilkudziesięcio-osobowych grupach.

Zaczęło się od rozgrzewki i muszę przyznać, że już ona dała mi w kość. Cóż, przyznam, że w ogóle nie przygotowywałem się do biegu, ufając w swoje siły i sprawność, które zawsze były na niezłym poziomie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Po krótkich, ale intensywnych ćwiczeniach w głośnikach zabrzmiał turboenergetyczny „Thunderstruck” grupy AC/DC i to był sygnał do startu. Każdy zarzucił sobie worek z piaskiem na ramiona, odliczyliśmy od 10 do zera i zabawa ruszyła.

Pierwszym prawdziwym testem sił była dwumetrowa pionowa ściana, na którą trzeba było się sprawnie wspiąć. Bez wsparcia innych wielu uczestnikom na pewno by się to nie udało, ale też m.in. na tym polega urok Runmageddonu. Tu nie ma rywalizacji, walczy się z własnymi ograniczeniami i zawsze można liczyć na czyjeś wsparcie, o czym w pewnej chwili sam się przekonałem.

Większość trasy okazała się dość prosta. Bieg przez opony, czyli Koszmar Wulkanizatora, czołganie się pod zasiekami z drutu kolczastego albo sieciami, dźwiganie łańcuchów i belek, ciągnięcie koła od ciężarówki, przejście po równoważni czy pokonanie kilku górek i rowów – to wszystko nie nastręczało trudności. Wyczerpywał mnie raczej sam bieg, ponieważ na co dzień nie uprawiam tej szlachetnej, modnej obecnie dyscypliny. Złapałem jednak swój rytm, coś między slow joggingiem a świńskim truchtem, wyrównałem oddech i jakoś te sześć kilometrów przetrwałem, choć boleśnie odczuwałem brak wody.

Nadzieja umiera ostatnia

Mordercza okazała się końcówka. Najpierw wyrosła przed nami kolejna ściana, znacznie wyższa. Nie było szans nawet doskoczyć do górnej krawędzi. I znów kluczowa okazała się współpraca. Wspinaliśmy się na górę po ramionach i głowach towarzyszy niedoli. Potem ściana z opon, chyba trzymetrowa. Tu luz, „wciągnąłem ją nosem”, ale byli tacy, których paraliżował lęk wysokości i odpuszczali. Czas na ważną uwagę – aby zaliczyć trasę i ukończyć bieg, trzeba pokonać każdą z przeszkód, ale istnieje opcja awaryjna. Gdy w pewnej chwili nie dajemy rady, wykonujemy 20 pompek z powstaniem i padnięciem i możemy lecieć na kolejną przeszkodę.

Po raz pierwszy bliski porażki byłem na Hope to Rope. Ukośna ściana, na niej sześć lin. Trzeba wspiąć się na nią po pierwszej i dojść do ostatniej, nie dotykając ziemi, a na koniec walnąć w krowi dzwonek – jego dźwięk oznaczał ZALICZONE. Próbowałem dwa razy i odpadałem od ściany na czwartej linie, napięte cały czas mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Przy trzeciej próbie pojawiły się jednak pomocne dłonie i bark, udało się!

Pole Dance wyglądał groźnie, widziałem ostrą walkę niektórych, ale poszło mi zaskakująco dobrze. Była to wspinaczka po ukośnych rurach, a potem zjazd ze szczytu na jednej, takiej jak strażacka, ale wiszącej, nie umocowanej w ziemi. Następny był Atak Szczytowy – ukośna ściana i wspinaczka po linie, zjazd po drugiej stronie. Poszło gładko i już witałem się z gąską, ale przede mną były jeszcze trzy wyjątkowo perfidne przeszkody, w których kluczowa jest siła ramion. A tej miałem już dramatycznie mało.

Nie będę się już wdawał w szczegółowe opisy, niech wystarczy, że zaliczyłem je w 50 procentach, kończąc z palącą żywym ogniem raną. Pozostawiła ją linka zaplątana przy oponie, na której wisząc, jechałem po pochylni. 20 pompek, które musiałem zaliczyć na trzęsących się ze zmęczenia rękach, niemal mnie dobiło. Na szczęście przede mną była jeszcze orzeźwiająca kąpiel w lodowatym stawie i skok nad płonącymi belkami, a potem już urocza wolontariuszka wieszała mi na szyi medal
– namacalny dowód na to, że ukończyłem Runmageddon!

Sielsko i wiejsko

Gdy piszę tę relację (niedziela, 15 września, godz. 14), jestem jednym wielkim zakwasem. Ręce i nogi obolałe, najgorsze jest schodzenie po schodach albo kucanie. Uwielbiam ten stan, gdy czuć całe ciało. Wiem jednak, że start bez przygotowania nie jest dobrym pomysłem. Pompki czy podciąganie, które kiedyś wykonywałem regularnie, przed kilku laty spadły z listy ulubionych czynności. W tym czasie przybyło też kilogramów, co zsumowane razem pokazało mi, że trzeba popracować nad formą. I dopiero wtedy wrócić na start kolejnego Runmageddonu. Czy będzie na to szansa w tym samym miejscu?

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z imprezy. Organizacyjnie poszło bardzo dobrze, udało się uniknąć paraliżu miasta, zadziałała cała logistyka. Dopisała pogoda i frekwencja, ludziom bardzo podobały się trasy i ich sielsko-wiejski urok. Także Nocny Rekrut z niesamowitym klimatem tworzonym przez płonące pochodnie – ocenia dyrektor Runmageddonu Jacek Parol, prywatnie mieszkaniec Świdra.

– Bardzo chętnie tu wrócimy, nawet w to samo miejsce, bo tereny obok Mazura Karczew jako baza sprawdziły się znakomicie. Zmieniłbym tylko kierunek tras, aby zaproponować coś nowego. Wszystko zależy jednak od włodarzy. Jeśli znów nas zaproszą, przyjedziemy na pewno i zrobimy wszystko, aby znów zapewnić chętnym potężny zastrzyk adrenaliny – dodaje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.