Sylwester Wilk: Moim celem są igrzyska

W czerwcu wychowanek OKS Start Otwock Sylwester Wilk wywalczył brązowy medal mistrzostw Europy w biegu z przeszkodami. Marzył, by za rok stanąć na najwyższym stopniu podium, a potem może powalczyć o tytuł najlepszego zawodnika na świecie. Jego plany pod koniec wakacji pokrzyżował poważny wypadek, którego omal nie przypłacił życiem. Teraz ma nowy cel – start w paraolimpiadzie… Jednak ten 23-latek oprócz sukcesów sportowych dźwiga też ogromny bagaż życiowych doświadczeń, o których postanowił szczerze opowiedzieć.

MARCIN SULIGA

Sylwek Wilk
Zaraz po wypadku Sylwester Wilk pojawił się na lokalnym etapie Runmageddonu

Było ciepłe sierpniowe popołudnie. Sylwester Wilk jak co dzień próbował wydostać się z centrum Warszawy i wrócić do domu w Józefowie. Był tuż przed mostem Świętokrzyskim, gdy przed kołem jego motoru niespodziewanie pojawił się samochód, który próbował skręcić w niedozwolonym miejscu. Na reakcję nie było już czasu…

Anioły z ulicy

– Zazwyczaj w takich sytuacjach najlepszym wyjściem jest położenie motoru, ale to było już niemożliwe. Miałem jedynie czas, by pomyśleć, jak uderzyć w ten samochód, żeby było jak najmniej strat – opowiada Sylwek. Po chwili on i jego maszyna byli już po drugiej stronie auta. Motor wyglądał źle, ale jeszcze gorzej wyglądał jego kierowca.

– Gdy leżałem na asfalcie, widziałem, że moja noga trzyma się jedynie na skórze. Wiedziałem, że muszę szybko znaleźć się w szpitalu, dlatego od razu zacząłem krzyczeć, by ktoś wezwał karetkę. Wyglądało to fatalnie – opowiada 23-latek, który do końca miał świadomość tego, co się dzieje. – To, że tak się stało, pozwoliło mi współpracować z ludźmi, którzy ruszyli mi na pomoc. Tak naprawdę to im w ogromnym stopniu zawdzięczam to, że wciąż żyję – przyznaje.

Z pomocą poszkodowanemu motocykliście przyszło dwoje przechodniów – Daniel i Natalia. Chłopak zajął się uszkodzoną nogą, a dziewczyna starała się podtrzymać na duchu cierpiącego Sylwka.

– Miałem dużo szczęścia, że na nich trafiłem. Dopiero potem dowiedziałem się, że Daniel ukończył kilka kursów pierwszej pomocy i dzięki temu potrafił zatamować rozległy krwotok. Świetną pracę wykonała też Natalia, która nie pozwalała mi „odpłynąć”. To oni utrzymali mnie przy życiu do przyjazdu karetki – przyznaje lekkoatleta. – Po całym zajściu odnaleźliśmy się dzięki mediom społecznościowym i nadal utrzymujemy kontakt – dodaje.


Kilka lat temu Sylwek należał do najzdolniejszych młodych biegaczy w Polsce

Bez kontaktu

Choć o wypadku było głośno w mediach, kierowca auta do tej pory nie skontaktował się z Sylwkiem. Nie ma o to jednak do niego pretensji.
– Nie wiem, jakim jest człowiekiem. Może się boi lub blokują go wyrzuty sumienia albo po prostu go nie obchodzę – mówi Wilk.

– Ja wiem tylko, że gdy spotkamy się w sądzie, najzwyczajniej spytam go, jak się czuje i czy wszystko jest w porządku. Ot, tak po ludzku… Jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Jemu zdarzył się taki, który w ciągu dnia popełnia kilkanaście osób, tyle tylko że u nich nie ma takich konsekwencji. My niestety mieliśmy pecha – ocenia spokojnie.

Czarne myśli

Po wypadku poszkodowany motocyklista błyskawicznie trafił do szpitala. Jego obrażeniami natychmiast zajęli się lekarze. O ile pogruchotaną rękę udało się poskładać, o tyle nogi nie dało się uratować. Konieczna była amputacja, a do tego potrzebna była zgoda pacjenta, 23-letniego chłopaka, który żyje ze sportu, a kilka tygodni wcześniej stanął na podium mistrzostw Europy w biegach z przeszkodami (OCR).

– Noga była martwa. Mimo starań lekarzy nie udało się przywrócić w niej krążenia, dlatego nie było innego wyjścia. Trzeba było to zrobić. Poprosiłem tylko lekarzy, by zrobili to tak, żebym mógł jeszcze wrócić do sportu – opowiada Sylwek. – Niektórzy myślą, że zrobiłem to ot tak, ale nie powiedziałem tego z uśmiechem na ustach. Byłem załamany. Miałem w głowie same czarne myśli… Dla kogoś, kto od kilkunastu lat – nie licząc przerwy – żyje sportem, biega, to było trudne do przetrawienia – przyznaje biegacz.

Z pomocą przyszli przyjaciele, a także ludzie ze świata mediów, którzy poznali chłopaka z Otwocka podczas nagrań programu „Ninja Warrior”. – Dostałem mnóstwo pozytywnej energii od rodziców, przyjaciół, znajomych i całego środowiska biegów OCR, do którego należałem. Nie wiem, jak zachowałbym się bez tego wsparcia. To był taki zastrzyk energii do tego, by się nie załamywać, tylko działać – przyznaje.

– Mimo utraty nogi postanowiłem nie rezygnować ze sportu. Przeciwnie, chcę zostać w tym środowisku. Jedyne, co trzeba było zmienić, to cele. Wcześniej myślałem o zdobyciu mistrzostwa świata w OCR, teraz na liście marzeń jest coś innego… Mama śmiała się, że już po operacji, gdy byłem jeszcze pod wpływem narkozy, majaczyłem coś o starcie w paraolimpiadzie – tłumaczy Sylwek.

Materiał na mistrza

Kilka lat temu Sylwester Wilk należał do grona najbardziej utalentowanych biegaczy nie tylko w naszym regionie. Młodziak z Otwocka – trenujący wtedy w OKS-ie pod okiem Bożeny Dziubińskiej – na zawodach wygrywał z rywalami z całej Polski.

– To był chłopak, który na pierwszy rzut oka wyróżniał się na tle rówieśników warunkami fizycznymi. A co najważniejsze, potrafił z tych atutów zrobić doskonały użytek – przyznaje Dziubińska.

Kilka lat temu ten duet sięgnął nawet po mistrzostwo Polski w biegu na 600 metrów. – W pewnym momencie Sylwek chciał zrezygnować z biegania. Jako że trenowaliśmy wcześniej już jakiś czas, wiedziałam, jak go podejść. Rzuciłam mu wyzwanie, że jeśli poświęci się przez kilka tygodni solidnym treningom, przygotuję go do medalu na zawodach międzywojewódzkich w Kozienicach. Szybko dał się skusić i potem okazało się, że miałam rację. Zaraz potem były mistrzostwa Polski młodzików. Powiedziałam, że w Kielcach jesteśmy w stanie powtórzyć sukces z Kozienic, i znów podjął wyzwanie. Był pewny, że się nie uda, a jednak znów był najlepszy. Do tej pory pamiętam radość jego, jego rodziców i swoją z tego zwycięstwa – wspomina trenerka OKS-u. Jak twierdzi, tych sukcesów nie byłoby, gdyby nie charakter Wilka.

– Przez kilka lat trenowania zauważyłam, że często największe sukcesy odnoszą zawodnicy, którzy mają niespokojny charakter. Nie są potulni, mają własne zdanie, są w dużym stopniu indywidualistami. I Sylwek właśnie taki był – przyznaje Dziubińska.

Niepokorny charakter był motorem sukcesów, ale też źródłem kłopotów, zwłaszcza dla młodego człowieka. – Jako nastolatek byłem utalentowany, ale nie byłem chyba na to wszystko gotowy mentalnie. Nie potrafiłem sobie tego wszystkiego ułożyć w głowie. Miałem ogromny problem z porażkami. Gdy przybiegałem na metę jako piąty czy siódmy, nie byłem w stanie pojąć, jak moi rywale mogli cieszyć się z dziewiątego czy 11 miejsca. Dla mnie to była porażka, nie rozumiałem – tak jak oni – że mimo braku medalu byłem w gronie najlepszych dzieciaków w kraju – przyznaje Wilk.

– Uważałem, że jestem do niczego. Czułem ogromne rozczarowanie. Dodatkowo przeżywałem wewnętrzne rozterki, miałem różne problemy, których – jak się potem okazało – nie potrafiłem udźwignąć. Chciałem to zrobić sam i to chyba był mój błąd… – dodaje były zawodnik OKS-u.

Droga do zatracenia

W tym samym czasie wokół Wilka zaczęli pojawiać się ludzie, których powinien unikać. Oni byli jak magnes. Mieli podobne problemy, podobną wizję mało atrakcyjnego świata, ale mieli też na to wszystko lekarstwo. I tak powoli w życiu Wilka sport zaczęły zastępować używki.

Sylwester Wilk
Pasją Wilka stały się biegi z przeszkodami

– Miałem skłonność do łamania zasad i to pociągnęło mnie w złym kierunku. Wyrzucili mnie z jednej szkoły, potem z drugiej. W międzyczasie rzuciłem też treningi – opowiada Sylwester Wilk. – Zaczęło się inne życie, wśród – jak wtedy mi się wydawało – kumpli. Najpierw były papierosy, potem alkohol, aż w końcu pojawiły się narkotyki. To wszystko wciągało mnie jak bagno. Powoli, coraz głębiej – dodaje.

Uzależnienie trwało trzy lata. Brudny świat zaprowadził go na ulicę, bo najbliżsi postawili mu ultimatum – albo kumple i używki, albo dom. Wybrał kolegów. – To nie był dobry czas. Byłem na ulicy, a tam robi się różne rzeczy, żeby przetrwać, niekoniecznie, by mieć na jedzenie, picie czy nocleg. Na pierwszym miejscu były narkotyki. Cała reszta mnie nie interesowała. Tak wyglądały prawie trzy lata mojego życia – przyznaje.

Rodzice cały czas wyciągali do niego rękę, pozostawiali otwartą drogę do domu. Warunkiem było odstawienie używek. – Kilka razy próbowałem wrócić, ale nałóg trzymał mnie w takim uścisku, że trudno było się wyrwać. W końcu jednak zrozumiałem, że ludzie, którzy byli wokół mnie przez ostatnie lata, nie są moimi przyjaciółmi. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem, że wracam – opowiada Sylwek.

Trzeba rozmawiać

Do domu trafił – jak sam przyznaje – jako „strzęp człowieka”. Wyniszczony, ważył zaledwie 65 kg przy blisko 190 cm wzrostu. Od razu udał się na terapię do jednego z ośrodków Monaru. Wytrzymał tam jednak tylko trzy miesiące. – Nie byłem w stanie podporządkować się tamtejszemu rygorowi. Wróciłem do domu, ale wiedziałem, że nie mogę w nim tylko mieszkać, jeśli nadal chcę być „czysty”. Postanowiłem zapisać się na inną terapię, bardziej zbliżoną do moich potrzeb – mówi Sylwester Wilk.

– Droga do dojścia do normalności była długa i trudna. Musiałem też znaleźć pracę, żeby oddać zaciągnięte wcześniej długi. Ich spłata trwała blisko półtora roku – opowiada.

O swojej przeszłości Sylwek nie wstydzi się mówić otwarcie, choć wie, że reakcja ludzi może nie być pozytywna. Widzi w tym jednak sens. – Jeśli choć jedna osoba po moim wpisie w mediach społecznościowych czy teraz, po przeczytaniu tego artykułu, postanowi zerwać z nałogiem, zobaczy dla siebie szansę na powrót do normalności, to warto – mówi.

– Zwłaszcza że problemy z narkotykami, głównie wśród młodych ludzi, to wciąż temat tabu. O tym się nie mówi, wręcz przeciwnie, ukrywa się to, a tak być nie powinno. O tym trzeba rozmawiać, trzeba szukać pomocy u specjalistów, tak jak robili moi rodzice – podkreśla 23-latek.

Walka z przeszkodami

Sport ponownie pojawił się w życiu Sylwka po roku trzeźwości. – Wyjechałem w góry, by odpocząć. Gdy wszedłem na jeden ze szczytów,
a potem z niego zbiegłem – dosłownie – znów poczułem głód tego wysiłku. Podjąłem decyzję o powrocie do sportu. Wtedy też zrobiłem sobie tatuaż na przedramieniu z kółeczkami olimpijskimi – mówi.

Swoją kondycję musiał jednak budować od zera. Początkowo wrócił do sprintów, ale szybko okazało się, że straconego okresu nie da się nadrobić, a jego interesowała tylko walka o wysokie cele. Musiał znaleźć dla siebie inną niszę.

– Wtedy zaczęły pojawiać się pierwsze imprezy z cyklu Runmageddon. Stwierdziłem, że to może być coś dla mnie. Gdy jechałem na jedne z pierwszych zawodów, byłem przekonany, że nie będzie konkurencji
i wygram w cuglach… Na mecie okazało się, że mam 64. czas – wspomina Sylwek.

– Wcześniej to by mnie dobiło, ale teraz wiedziałem, że to ma mnie mobilizować. Postawiłem sobie za cel, że w końcu wygram te zawody, i krok po kroku do tego dążyłem. Pewnie jeszcze teraz kilka osób śmieje się z chłopaka biegającego po mieście z uwiązaną oponą – dodaje z uśmiechem.
Potem były już miejsca w pierwszej dziesiątce i kwalifikacja do mistrzostw Europy w Danii, gdzie nie udało się mu stanąć na podium.

Kolejny sezon był jednak przełomowy. Rok temu w Gdańsku Wilk wygrał Runmageddon po raz pierwszy. Potem były sukcesy na Barbarianie i w końcu występ w mistrzostwach Europy OCR w Gdyni. Bieg na pięć kilometrów zakończył na trzecim miejscu. Brązowy medalista mistrzostw Europy ostrzył sobie zęby na sukces w rozgrywanym po raz pierwszy w powiecie otwockim Runmageddonie Urzecze. Na przeszkodzie stanął jednak wypadek…

Sylwester Wilk pojawił się w miasteczku zawodów, aby dopingować kolegów, którzy kilka tygodni wcześniej okazali mu wsparcie w szpitalu. Sam też dał przykład innym, że niemożliwe nie istnieje. Mimo nowych ograniczeń ponownie pokonał jedną z przeszkód.

– Ciężko mi było biernie oglądać popisy kolegów, choć wiem, że do występów w OCR jako zawodnik już raczej nie wrócę – mówi.

Sportowy plan Sylwka to udział w igrzyskach paraolimpijskich. – Wszystko zależy od tego, jak będę się czuł z protezą, na ile ona pozwoli mi biegać. To wszystko wyjdzie „w praniu”– uważa zawodnik. – Jeśli będzie taka możliwość, to chciałbym zostać przy sprintach. Myślę, że 400 m byłoby ciekawym wyzwaniem. Jak już sprawdziłem, rekord świata na tym dystansie wynosi niespełna 50 sekund (49.66). Ja w podobnym czasie (50.23) biegałem w wieku 15 lat, więc jest to do zrobienia – mówi.

„Najlepszy 2”?

Wiele osób w historii Sylwka Wilka upatruje podobieństwa do postaci Jerzego Górskiego, bohatera filmu Łukasza Palkowskiego „Najlepszy”. Mistrz świata w triathlonie przed osiągnięciem sukcesu w sporcie również zmagał się z uzależnieniem od narkotyków.

– Pokonaliśmy podobną drogę. Obaj mieliśmy styczność z narkotykami i obaj wylądowaliśmy w Monarze. Obu nam pomógł sport. Różni nas jednak to, że on nie stracił nogi, a ja nie jestem jeszcze – z naciskiem na „jeszcze” – mistrzem świata – mówi Wilk.

Wesprzyj Wilka!

  • Wciąż trwa internetowa zbiórka pieniędzy na rehabilitację Sylwestra Wilka i zakup specjalistycznej protezy nogi. Nowoczesny sprzęt ma mu pomóc wrócić do sportu i przede zrealizować marzenie, jakim jest udział w igrzyskach paraolimpijskich. Wpłat można dokonywać poprzez stronę www.razemdlawilka.pl. Sylwek jest również podopiecznym fundacji Drużyna Błażeja. Jego indywidualny numer rachunku bankowego (przelewy krajowe i zagraniczne) Santander Bank Polska S.A to: 64 1090 1753 0000 0001 4194 3503 Fundacja #DrużynaBłażeja, ul. Ejsmonda 48a, 05-420 Józefów, w tytule należy wpisać: „Wilk Sylwester – darowizna na poprawę i ochronę zdrowia”.

Kilka dni po publikacji artykułu w Linii Otwockiej odbiegł się także bieg dla Sylwka Wilka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.