Reżyser ARTUR NIEDZIÓŁKA: Pan Intencja

Zaczęło się kilkanaście lat temu od szkolnego teatrzyku i widowisk dla własnych dzieci. Dziś zrodzony z tamtej ekipy Wiązowski Teatr Muzyczny jest jedną z najlepszych grup teatralnych w powiecie i na terenie linii otwockiej. Jego spirytus movens to reżyser ARTUR NIEDZIÓŁKA, człowiek z pasją i talentem do zarażania nią innych.

Jesteśmy na gorąco po pierwszym w Otwocku pokazie „Strasznej gospody”, waszego najnowszego musicalu. Wyszło znów pięknie, gratuluję! Wysoko zawiesiłeś poprzeczkę.
– Dziękuję w imieniu całego zespołu, bo to zawsze praca zespołowa. Ja spinam całość i firmuję spektakl jako reżyser, biorę też odpowiedzialność za wszelkie ewentualne niepowodzenia. Jednak nie udawałoby mi się pracować bez naszej wspaniałej załogi, wszystkich, którzy pracują nad muzyką, choreografią, scenografią, śpiewają i grają niemal jak zawodowi aktorzy. To cały sztab ludzi obdarzonych niezwykłymi talentami, bez których efekt byłby znacznie uboższy. Szczególnie muszę tu wyróżnić Dorotę Czermińską. Jeśli ja jestem kimś w rodzaju dyrektora artystycznego, to ona jest naszym dyrektorem technicznym. Wszystko ogarnia. Zajmuje się logistyką, organizacją, zamawia stroje, pilnuje nagłośnienia, oświetlenia. Ma na głowie mnóstwo spraw i jest w tym niezastąpiona. Bez niej nie istniałby nasz teatr. To Dorota znalazła dla nas scenariusz „Gospody” i załatwiła formalności, dzięki czemu mogliśmy ją zagrać. Ogromnie ważne jest też dla nas wsparcie władz Gminy Wiązowna i wójta Janusza Budnego. Od lat działamy przy Gminnym Ośrodku Kultury i ta współpraca układa się znakomicie.

Zważywszy na treść tej opowieści, zgaduję, że spektakl był wcześniej w repertuarze Teatru Żydowskiego.
– Dokładnie tak. Grano go tam 10 lat temu. Dotarliśmy do tekstu i wspaniałej muzyki Hadriana Tabęckiego. To mieliśmy gotowe. Cała reszta – inscenizacja, choreografie, kostiumy itd. – to już nasze dzieło. Zresztą wciąż dopracowywane. Ciągle coś zmieniamy, dodajemy, poprawiamy. Spektakl żyje. Przedstawienie w Otwocku było czwartym po premierze w Woli Karczewskiej, gdzie mamy nasze stałe miejsce prób, i po pokazie w Wawerskim Centrum Kultury. I zarazem pierwszym, które jest już bliskie założonego przeze mnie efektu. Lubię stałe udoskonalanie dzieła. A jak jakieś sceny podciągamy, to inne na ich tle zaczynają robić się słabsze, bardziej płaskie i też trzeba im coś dodać. Tak było ze sceną z kotami, którą trzeba było wzmocnić. Znalazłem rozwiązanie, czyli akrobatki podwieszone na szarfach nad głowami innych. Efekt jest moim zdaniem kapitalny i cała przestrzeń sceny wypełniona. Widz chłonie więcej, ma pełny obraz.

Ten rozmach to twoja wizytówka. I świetnie pasuje do gatunku, który uprawiasz. Dlaczego właśnie musical?

– Bo ja uwielbiam musicale! Pamiętam, gdy jako dziecko oglądałem „Skrzypka na dachu” jeszcze w czarno-białym telewizorze. Wszędzie był zalew radzieckich produkcji, a tu nagle coś takiego, tak innego i pięknego. Siedziałem jak zaczarowany i oglądałem z otwartą buzią. Dlatego teraz, gdy mogę robić własne spektakle muzyczne, wkładam w to całe serce.

To widać. Wasz „Skrzypek“ też robił furorę, to naprawdę profesjonalne widowisko.
– Tak staramy się pracować. Dopracowujemy wszystkie elementy. Widz ma odnieść wrażenie, że idzie na teatr amatorski, ale bardzo szybko o tym zapomina i wydaje mu się, że to profesjonalny teatr. Gdy po pół godzinie usłyszy jakiś fałsz, przypomina sobie o tym, że nie jesteśmy zawodowcami, ale wtedy jest już „kupiony”, wciągnięty w opowieść i nie przeszkadza mu to. Ważne, by wszystko grało ze sobą bardzo precyzyjnie. Na to trzeba czasu, a tego zawsze brak najbardziej, bo wszyscy mamy swoją pracę zawodową czy szkołę, rodziny i inne obowiązki oraz pasje. Normalnie taki musical robi się w sześć miesięcy, u nas przygotowania trwają czasem latami.

Robicie jednak równocześnie inne spektakle. Mniej skomplikowane pod względem inscenizacyjnym, pewnie przez to prostsze.
– Mamy na koncie niemal 20 przedstawień, w tym sporo dla dzieci. Pracujemy także z seniorami. To bardzo satysfakcjonujące i ciekawe projekty. Najchętniej sięgamy po komedie, bo widz ma ochotę na dobrą rozrywkę. Taki jest spektakl „Czego nie widać” czy „Spaghetti po polsku” Michała Nastuli. Komedią, której premierę szykujemy na grudzień, jest również „Mayday”. Reżyseruje ją Jarek Balikowski, to będzie jego debiut. Nie ukrywam, że chcemy zacząć robić też dramaty, bo choć mniej popularne, od strony teatralnej są znacznie ciekawsze.

„Mayday”? Będzie kolejny przebój. To świetny tekst. Nie jesteś zaborczym szefem, który chce spijać całą śmietankę i sam wszystko reżyseruje.
– Oj, nie! Cieszy mnie każda inicjatywa, każdy pomysł. Jak ktoś z nim przychodzi, pytam tylko: „Czego ci trzeba do realizacji?“ Zawsze też służę radą i wsparciem. Daria Leleń i Agata Bobrowska wyreżyserowały już trzy przedstawienia dla dzieci. Super im to wychodzi. Bajkę reżyserowały także Ania Darewska i Hania Seroczyńska. Małgosia Koczyk i Bożena Banaszek z młodzieżą przygotowały „Świniopasa”. Dorota Czermińska też zrobiła dwa świetne spektakle z seniorami. Wspomniany Michał Nastula również sam wyreżyserował swój tekst. To prawdziwa perełka. Liczę na jak najwięcej takich inicjatyw.

Jak wyszukujesz ludzi do zespołu? Masz ich często na scenie całą armię.
I sporo dużych talentów.
– Mamy w miarę stałą grupę w zespole. Trzon stanowią ludzie jeszcze z czasów teatru rodziców, który założyliśmy w Szkole św. Rodziny w Świdrze. Zrobiliśmy pierwszy spektakl dla dzieci „Król Bul” i okazało się, że to dla nas, dorosłych, świetna zabawa. Tak się to wszystko zaczęło.

Z czasem ewoluowaliśmy, a grupa się rozrastała. I wciąż przybywają nowi, bo ludzi ciągnie do teatru. Jeśli szukam kogoś szczególnego na zewnątrz, to zawsze się taka osoba znajduje. Działa tu poczta pantoflowa, liczne kontakty wyrobione przez lata. Poza tym czasem wyławiam gdzieś ciekawą twarz lub głos i już wyobrażam sobie ją albo jego w jakiejś roli. Mam chyba taki dar, że dostrzegam w ludziach to, czego oni sami o sobie nie wiedzą. Przekonuję wtedy: „Zobaczysz, postawię cię na scenie, zagrasz i ludzie będą zachwyceni. Tylko daj mi szansę“. Często odpowiedź brzmi: „Ale ja nie potrafię!“ Mówię wtedy, że to nie ma znaczenia. Ważne, czy chcesz“ Tylko to się liczy. Nie raz przekonałem się, że to działa. Z dziećmi, seniorami. Trzeba tylko chcieć.

Pracujesz z amatorami, ale sam jesteś zawodowcem.
– Skąd! Ja też jestem amatorem, ale przez te lata wiele się nauczyłem, poznałem dobrze tę teatralną materię, wiem, co jest najważniejsze. Przede wszystkim praca z aktorem, na niej skupiam się najbardziej. Na scenie trzeba wiedzieć, co chcemy przekazać, co mamy w środku, czy jesteśmy tu
i teraz, czy jesteśmy w roli. A przede wszystkim, jaka jest nasza intencja. INTENCJA. Powtarzam to na tyle często, że czasem mówią na mnie Pan Intencja (śmiech). To jednak jedyny sposób, by poruszyć widza. Bez odpowiedniej intencji nie wywołamy u niego pożądanej reakcji. Jeśli już przy tym jestem, mam ważny apel do widzów: nie bójcie się reagować! Śmiejcie się, bijcie głośno brawo, wyrażajcie swoje emocje. Teatr to przecież ta absolutnie wyjątkowa energia, która rodzi się i przepływa między aktorem a widzem. Dla niej gramy i dla niej przychodzicie na spektakle.

rozmawiał Przemek Skoczek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.