Cały świat na głowie

Za kilka lat firma Sterkowski z Falenicy będzie świętować 100-lecie. Ich czapki i kapelusze są oferowane na całym świecie, od USA po Japonię i Chiny. Stylowe modele doceniają nawet sławy show-biznesu, m.in. sam Jack White, który za życia stał się legendą gitarowego rocka.

PRZEMEK SKOCZEK

Marek i Szymon Sterkowscy – mistrz oraz jeden z jego następców

Damska czapka to coś więcej niż nakrycie głowy. To nie tylko ochrona przed chłodem, lecz także kropka nad i – perła w koronie całej stylizacji, ostatnia kropla w morzu, łyk najdroższego szampana. Mężczyźnie idealnie skrojona czapka dodaje szyku i klasy. Czapka męska jest jak zegarek, scyzoryk, ba! nawet jak dobry samochód” – Sterkowscy potrafią malowniczo promować swoje produkty. Cóż, nabrali wprawy. Marka istnieje już 93 lata i kontynuuje tradycje rzemieślnicze rozpoczęte w 1926 roku w przedwojennej Warszawie. Obecnie prowadzi ją już czwarte pokolenie.

Babcia modystka, ojciec powstaniec

– Pierwsza była moja babcia, Anna Sterkowska, która po tragicznej śmierci męża dość rozpaczliwie szukała sposobu na utrzymanie czwórki dzieci i matki. Zajęła się modniarstwem. Najpierw tylko sprzedawała czapki, z czasem pojawiła się też własna produkcja – opowiada obecny nestor rodziny Marek Sterkowski. I dodaje: – Modystki specjalizowały się w nakryciach głowy dla kobiet. Męskie oferowali czapnicy i kapelusznicy. Dziś te podziały przestają być tak wyraźne, ale wówczas były ściśle przestrzegane. Branża była zresztą potężna. Przed wojną w Warszawie działało dwa tysiące czapników i 300 kapeluszników. W latach 90. było nas wszystkich 65. Teraz jest siedmiu.

Annę po pewnym czasie zaczął wspierać syn Zygmunt, który nie bał się śmiałych, wręcz wizjonerskich pomysłów. Rodzinna marka szybko zaczęła się rozwijać, zajmując ważne miejsce na rynku kapeluszniczym i konfekcyjnym. Produkowała nie tylko nakrycia głowy, lecz także inne elementy garderoby, m.in. skarpety. Hossę przerwała wojna, podczas której Zygmunt walczył w powstaniu warszawskim w oddziałach saperskich. Miał 19 lat. Po upadku powstania trafił na roboty przymusowe do fabryki Messerschmitta w Anklam. Tam doczekał końca wojny. Po okupacji wraz z nowym wspólnikiem szybko odbudował firmę, która już dwa lata później zatrudniała 50 osób. Szyli czapki, kapelusze, berety, koszule, palta.

Rodzinną firmę prowadzi już czwarte pokolenie Sterkowskich

Inżynierskie innowacje

– Ojciec prowadził zakład i sklep do 2005 roku. Udawało mu się, mimo że władza komunistyczna stawiała wiele przeszkód na drodze prywatnym przedsiębiorcom. Niszczono firmę domiarami, więc by ratować jej resztki, założył mały zakład rzemieślniczy i skupił się na wytwarzaniu nakryć głowy. Działał najpierw przy ul. Wolskiej 10 do roku 1960, potem firma przeprowadziła się na ul. Bracką 20 i tam pozostała na kolejne 45 lat – wspomina Marek Sterkowski.

Zygmunt nie bał się innowacji. Cenił nowe technologie i był ich prekursorem w swoim fachu. Zadbał też o odpowiednie wykształcenie swoich synów. Marek jest chemikiem, Jerzy ukończył elektronikę. Gdy obaj przejmowali firmę, byli nie tylko świetnymi fachowcami w czapnictwie i kapelusznictwie, lecz także inżynierami. To pozwoliło im kontynuować innowacyjne tradycje ojca. Opracowali m.in. technologię zgrzewania kapeluszy męskich wykonywanych z tkanin, a nie jak dotychczas z filcu.

– Do wytwarzania takich kapeluszy mamy specjalną prasę o nacisku 16 ton. Sprowadziliśmy ją z Niemiec jako pierwszy prywatny zakład w Polsce. Sprasowuje ona w temperaturze 200 stopni wiele warstw tkaniny, folii i innych tworzyw. W rondzie jest ich aż siedem. Możemy taki kapelusz zwinąć albo złożyć, schować w walizce, a potem tylko wyjąć i jest idealny, gotowy do noszenia. Jeden warunek: musi być suchy – podkreśla Marek Sterkowski.

Ich technologia pozwalała radzić sobie w czasach materiałowej posuchy. Gdy np. w stanie wojennym nie mogli nigdzie dostać odpowiedniej wełny, wykupili na bazarze Różyckiego spory zapas wiskozowych ścierek do podłogi. Wykonane z nich kapelusze były perfekcyjne, a klienci zadowoleni. Zasadą firmy zawsze było stosowanie materiałów dobrej jakości i tak jest do dziś. To przede wszystkim: wełna, bawełna, wiskoza, len, skóra. Dzięki temu głowa oddycha.

Pasja i zaangażowanie przynoszą efekty nie tylko w postaci sukcesu rynkowego i uznania klientów. Docenia ich też branża. Zarówno Zygmunt, jak i jego obaj synowie zostali odznaczeni Złotymi Odznakami Jana Kilińskiego. To najbardziej prestiżowa nagroda w ich cechu.

Czapka z głośnikiem

Pytam o niecodzienne zamówienia. Okazuje się, że na przestrzeni lat było ich sporo. – Realizowałem między innymi dużo zleceń od firm reklamowych. Kiedyś przyszła pewna pani, która zamówiła zaprojektowanie i wykonanie czapek z daszkiem o długości 25 cm! Spytałem ją, jak ma wyglądać podpórka na nos. Nie zrozumiała żartu, więc wyjaśniłem, że tak długi daszek nie ma szans utrzymać się prosto i będzie opadał, więc trzeba go podeprzeć, najlepiej o nos. (śmiech) Stanęło na daszku 15-centymetrowym – wspomina pan Marek. – Wyprodukowałem też serię czapek grających. Miały wszytą z boku baterię, z drugiej strony tranzystorek, a głośniczek w daszku. Niestety dość ciężki i daszek leciał w dół – wspomina.

Przed laty firma braci Sterkowskich miała także stałych klientów wśród warszawskich cinkciarzy, którzy cenili amerykański sznyt. Wpadali czasem z zamówieniami indywidualnymi, przynosząc np. zdjęcia wycięte z gazet i zamawiając taki właśnie wzór kapelusza. Trzeba było działać „na oko”, ale udawało się i bywało, że taki model stawał się modny, spływały na niego kolejne zamówienia. Cinkciarska brać darzyła ich za to wielkim szacunkiem.

Robią również czapki mundurowe dla harcerzy oraz grup rekonstrukcyjnych, np. charakterystyczny beret, który nosił generał Stanisław Sosabowski. – Oryginał jest w Muzeum Narodowym. Pokazuje się go szkolnym wycieczkom, ale ponieważ lękano się o cenną pamiątkę, zlecono nam wykonanie repliki. Wyszła perfekcyjnie i potem całą serię zamówili u nas rekonstruktorzy I Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego – nie bez dumy dodaje Szymon Sterkowski, młodszy syn pana Marka.

Firma szyła czapki do spektaklu „Skrzypek na dachu”

Idol w mojej czapce

Od kilku lat to właśnie synowie nestora oraz ich kuzyni stoją u steru przedsiębiorstw, które tworzą Kompanię Handlową. Są czwartym pokoleniem rodziny Sterkowskich. Firma działa w Michalinie i Falenicy. Trzyma się tradycji, ale korzysta z nowych technologii, przede wszystkich tych sprzedażowych.

– Przez wiele lat nasza firma prowadziła sklep stacjonarny
w Warszawie, przy ul. Brackiej, ale go zamknęliśmy i teraz handlujemy głównie w sieci. Wystawiamy nasze produkty we własnym sklepie internetowym, na Allegro, Amazonie i eBayu. Dzięki temu jesteśmy dostępni globalnie. 80 procent produkcji trafia na eksport, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych. Mamy też sporo klientów w Japonii, Chinach, Europie Zachodniej – wyjaśnia Szymon Sterkowski.

Szyją dla kobiet i mężczyzn w każdym wieku. Mają klasyczne nakrycia głowy i wzory nowoczesne. Niektóre są inspirowane popkulturą, jak cała seria wzorowana na modelach z serialu „Peaky Blinders”. Robi furorę. Można kupić dokerkę, taką jaką nosił Leon Zawodowiec, motocyklówkę podobną do tej, w której Marlon Brando uwodził w filmie „Dziki”, albo kaszkiet używany przez Johna Lennona. Są tu: szyprówki, kaszkiety, oprychówki, maciejówki, pilotki, furażerki. W sumie oferta obejmuje niemal 200 fasonów, większość w 12 rozmiarach i kilku kolorach do wyboru.

Jeden z przebojów firmy to kolekcja Peaky Blinders inspirowana popularnym serialem

– Cenią jakość naszych czapek i kapeluszy. Kiedyś pojawiło się tu kilku Belgów. Powiedzieli, że są na wycieczce w Polsce, ale głównym pretekstem do przyjazdu były odwiedziny naszego zakładu. Zabytki i cała reszta to już przy okazji – opowiada ze śmiechem Szymon Sterkowski. – Dla mnie jednak chwilą najbardziej przejmującą była ta, gdy zobaczyłem zdjęcie mojego wielkiego idola Jacka White’a. Miał na głowie naszą czapkę! – podkreśla. 

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.