Życie trzeba przeżyć, a nie odbębnić

Gdy w Gambii wojna domowa wisiała na włosku i ludzie uciekali do sąsiedniego Senegalu, ona jechała w drugą stronę z nadzieją, że nie przepadnie jej rejs z hipopotamami. Na 14-dniowy trekking pod Mount Everest wyruszyła ze spuchniętą kostką, a 30. urodziny spędziła, pijąc szampana nad Wielkim Kanionem Kolorado. Poznajcie Podróżańską, czyli Ewę Różańską – szaloną „Marchewkę” z Otwocka.

PRZEMEK SKOCZEK



Mogłabym siedzieć w domu i oglądać „Pepę“ z trójką dzieci. Mogłabym robić karierę w korpo i biegać w szpilkach na długie dystanse, ale po co? Witam w Podróżańskim świecie. Bunkrów co prawda tu nie ma, ale i tak jest zaj…ście”.

Ten krótki wstęp do podróżniczego profilu Ewy Różańskiej (www.facebook.com/podrozanska) zdradza jej duże poczucie humoru. Rzeczywiście, czytając relacje z wypraw w różne egzotyczne zakamarki świata, często śmiejemy się do łez. Jak wtedy, gdy zatrzasnęła się w toalecie gdzieś w górskiej wiosce w Nepalu. Po przegranej walce z zamkiem w drzwiach spróbowała wyjść małym okienkiem pod sufitem i… utknęła niczym Kubuś Puchatek w jamce Królika. Sytuacja przykra, ale jej opis dowodzi, że otwocczanka z powodzeniem mogłaby zostać królową standupu!

Kulturoznawca na szlaku

Już w czasie studiów kulturoznawczych na lubelskim Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w każdej wolnej chwili pakowała plecak i gdzieś jechała. W miejsca, które były w zasięgu jej skromnego budżetu. Najpierw w Polskę, potem dalej: do Włoch, Hiszpanii, autostopem na Ukrainę i Krym. Zawsze z kimś, bo towarzystwo w podróży jest bardzo ważne. Oczywiście taki sposób wojażowania sprzyja zawieraniu licznych znajomości i to także zawsze było, jest i będzie ważnym elementem wyjazdów Ewy.

– Takie pakerskie wypady są super, bo sama podróż staje się przygodą, a nie tylko cel. Jeździłyśmy z koleżanką, czasem małą, cztero-osobową paczką. Na stopa to pewne wyzwanie, ale się udawało. Było naprawdę wesoło – wspomina tamte wyjazdy otwocczanka.

Po studiach wyjechała do Londynu. Dla przygody, zmiany otoczenia, poprawienia języka, trochę z ciekawości. Pracowała najpierw w kawiarniach i polskim barze prowadzonym przez… Australijczyka. Potem trafiła do firmy zajmującej się dekoracjami ciast i organizacją eventów. Z czasem awansowała na stanowisko konsultantki ślubnej. Obsługiwała różne wydarzenia, od pogrzebów po wesela i chrzciny. Jej miejscem pracy był rezerwat dla ptaków. Miała posiedzieć w Anglii rok, góra dwa lata, została 10 lat.

– Po jakimś czasie wyniosłam się kawałek za Londyn i zostałam „supernianią”. Ta praca była świetna – dobrze płatna i pozwalająca na elastyczne organizowanie czasu. Dzięki temu mogłam znów ruszyć na szlak – opowiada Ewa Różańska.

Przełomowy Marrakesz

Pierwsza samotna wyprawa, bodaj w 2012 roku, była bardzo cywilizowana. Ewa odwiedziła we Francji koleżankę ze Świdra. Środek Europy, ale wyjazd solo i niechęć autochtonów do języka angielskiego dodały mu kolorytu i przysporzyły emocji. Potem było też kilka wypadów wypoczynkowych „pod palemkę” na Wyspy Kanaryjskie czy Gibraltar, ale przełomowy okazał się Marrakesz.

– To właśnie w Maroku po raz pierwszy zobaczyłam, co to znaczy Trzeci Świat. Teraz Marrakesz nieco się wyrobił, jest popularnym kierunkiem turystycznym i szybko się rozwija, ale wciąż ma swoje dzikie miejsca i jest miastem wielkich kontrastów. Gdy przyjechałam tam sama jakieś siedem lat temu i jechałam taksówką przez najbiedniejszą dzielnicę, byłam autentycznie przerażona. Nie sprawdziłam na mapie, że tam jest mój hotelik zarezerwowany na Bookingu i to był błąd. Wyciągnięte do szyb ręce, potem ludzie czepiający się moich rąk, ubrań, włosów, plecaka, oczekujący jakiejś jałmużny. Byłam w szoku. Strefa intymna Europejczyka źle to znosi. Czułam się jak oblana miodem w środku mrowiska albo roju pszczół – przyznaje.

Otwocka podróżniczka miała jednak szczęście, które zawsze – odpukać – towarzyszy jej w podróżach. Zagubionej dziewczynie przyszedł z pomocą miły młodzieniec, który pomógł jej znaleźć hotel. Tam poznała innego turystę o polsko-szwedzkich korzeniach i gabarytach amerykańskiego wrestlera, a okazał się stałym bywalcem Marrakeszu i tym samym dobrym towarzyszem podczas wędrówek po mieście.

– Kolejna przypadkowa znajomość, z właścicielem niewielkiego biura turystycznego, zaowocowała kapitalną wyprawą do Casablanki i kilku innych miast, w góry Atlas i na Saharę. Jakiś kierowca, wyłącznie francuskojęzyczny, więc ledwo go rozumiałam, przyjechał po mnie w nocy, a ja z nim pojechałam. Czy to było rozsądne? Chyba nie, ale zawsze miałam intuicję do ludzi. Wiedziałam, kiedy mogę zaryzykować, a kiedy się wycofać. W Maroku mnie nie zawiodła, przeżyłam superprzygodę i wróciłam cała. Z apetytem na dalsze poznawanie świata. Z czasem doszło doświadczenie i jakaś „życiowa mądrość” – dodaje.

Toast nad Wielkim Kanionem

Wyjazdy to zazwyczaj szukanie dobrych okazji. Przede wszystkim na tanie przejazdy i przeloty. – Moja strona startowa w komputerze to wyszukiwarka tanich połączeń lotniczych. Zawsze zaczynam dzień od sprawdzenia ciekawych ofert. Gdy coś znajdę, szybko zaklepuję. Czasem szukam konkretnego kierunku, bo mam swój cel, ale czasem to cel wybiera mnie. Jest jakiś tani lot, myślę sobie „Hmm, tam jeszcze nie byłam”. Szybko sprawdzam, co i jak, i jeśli miejsce mnie zaintryguje, kupuję bilet. Nawet z dużym wyprzedzeniem. Wtedy mam czas na organizowanie reszty i staranie się o urlop – opowiada ze śmiechem.

 

Ewa Różańska żartuje, że najwięcej pieniędzy w życiu zainwestowała w bilety lotnicze. To mniej trwałe, ale pod każdym względem lepsze niż rzeczy materialne. W ten sposób zjeździła Turcję, Gruzję, Islandię, Norwegię, spory kawał Azji. Przed trzema laty spełniła swoje marzenie i wyruszyła z przyjaciółką do Stanów Zjednoczonych. Przejechały całą Nevadę, Arizonę, oczywiście Dolinę Śmierci, zahaczyły o Kalifornię i zwiedziły Nowy Jork.

– Najważniejszym punktem tej przygody był Wielki Kanion Kolorado. Chciałam tam świętować moje 30. urodziny. Dojechałyśmy pod koniec dnia, na sam zachód słońca, bo trochę pobłądziłyśmy, ale dokładnie 19 października, tak jak wymarzyłam. Piłyśmy szampana, a widok zapierał dech w piersiach. Właśnie dla takich chwil warto podróżować – zapewnia. Ewa przekonuje, że na podróże wcale nie trzeba dużo pieniędzy. Przelot do Maroka i z powrotem kosztował tyle co średniej jakości dżinsy. Do USA i z powrotem poleciała za 1 tys. 200 zł. Można? Można!

Afryka dzika

Na liście jej najbardziej niesamowitych wypraw jest ta na Czarny Ląd.
– Trafiłam na promocyjne bilety do Gambii i nie wahałam się ani chwili. Czułam jednak, że Afryka to nie jest dobry kierunek na samotną wyprawę. Namówiłam na wyjazd kumpla z Otwocka, Łukasza Lutoborskiego. Potem w ostatniej chwili dołączył jeszcze jeden przyjaciel. Było nas troje i czas w Afryce mijał bardzo ciekawie. To niesamowity kontynent, niezwykli ludzie,
a przyroda po prostu zachwyca i oszałamia. Bawiliśmy się świetnie do czasu, gdy okazało się, że w Gambii wprowadzono nagle stan wojenny! Od króla domagano się abdykacji, ale ten miał inne zdanie na ten temat, a pod sobą wierną armię.

Ewa i jej towarzysze podróżowali po sąsiednim Senegalu i właśnie zbierali się do powrotu, gdy dotarła do nich ta wiadomość. Wisząca w powietrzu wojna domowa sprawiła, że kto mógł, uciekał z zagrożonych terenów właśnie do Senegalu. – My mieliśmy odwrotną marszrutę. Musieliśmy wrócić do Gambii. Nasz plan zakładał rejs stateczkiem wśród hipopotamów, co było kuszącą perspektywą, ale przede wszystkim stamtąd odlatywał nasz samolot do Londynu – tłumaczy.

Tymczasem dostali informację, że w Gambii zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Wszędzie blokady, na ulicach pojawiły się czołgi i uzbrojeni
w karabiny żołnierze. Sytuacja była bardzo napięta. I nagle gruchnęła wiadomość, że tego dnia o godz. 17 zostanie zamknięta granica. – Mieliśmy do niej 200 kilometrów. Najgorsze było to, że absolutnie nikt nie chciał nas tam zawieźć. Nawet za duże pieniądze. W końcu znalazł się jeden człowiek. To była droga przez mękę – wspomina otwocczanka.

– Jechaliśmy koszmarnie długo, bo nawierzchnia jest tam w fatalnym stanie. Dwa razy łapaliśmy gumę. Nasz kierowca zaproponował skrót promem przez rzekę, ale na miejscu okazało się, że prom jest w kawałkach. Po wielu trudach zorganizowaliśmy przeprawę małą łódką, ale najpierw mieliśmy kłótnię z kierowcą, który nie mógł przecież dalej jechać, a chciał całą ustaloną stawkę, choć przejechaliśmy niespełna połowę drogi. Dogadaliśmy się, za rzeką znaleźliśmy trzech nastolatków ze skuterami, którzy dowieźli nas do najbliższego miasteczka. Do granicy dotarliśmy tuż przed jej zamknięciem, ale wojskowy, szef posterunku, nie chciał nas przepuścić. Znów przekonywanie, komplementy, uśmiechy. Zgodził się w ostatniej chwili. Na prom przepływający graniczną rzekę wskakiwaliśmy już w biegu, gdy odbijał od brzegu. I płynęliśmy do kraju ogarniętego gorączką. Bo Gambia nie była już wtedy kolorowym krajem. Wprowadzono godzinę policyjną. Oczywiście rejs z hipciami nie wypalił. Wróciliśmy do Londynu prawie tydzień wcześniej, szczęśliwi, że przeżyliśmy tę przygodę – wspomina.

Jeżeli coś cię boli, to znaczy, że żyjesz

Takie wakacje jak te w Gambii pamięta się do końca życia. To pewne. Ewa nie szuka na siłę niebezpieczeństw, ale stawia na nietuzinkowe wyjazdy i mocne wrażenia, inne niż wczasy z all inclusive. Ważnym dla niej projektem, który jak dotąd nie wypalił, była wyprawa na Kilimandżaro. To wciąż aktualny cel na przyszłość. W 2019 roku zrealizowała za to inny, jeszcze ambitniejszy.

– Coraz częściej zaczęłam wtedy myśleć o powrocie do Polski na stałe, ale wcześniej postanowiłam zrobić półroczną wyprawę do Azji. Wszystko zostało dobrze przemyślane. W tym wyprawa na Mount Everest. Tak! Byłam tam! Oczywiście nie na szczycie. Organizowane są trekkingi do obozu pierwszego i choć nie brzmi to oszałamiająco, obóz jest na wysokości 5364 m n.p.m., a wędrówka w obie strony trwa 14 dni. Musi być czas na aklimatyzację. To konkretne wyzwanie. Do dziś do mnie nie dociera, że sama to ogarnęłam. Tym bardziej że dzień przed wyjściem skręciłam nogę w kostce. Zawzięłam się jednak i wlazłam tam. A nawet wyżej, bo czułam ciągły głód wrażeń, było mi cały czas mało. Wgramoliłam się na szczyt w sąsiedztwie i nadal czułam niedosyt. Polazłam szlakiem w górę, dotarłam do 6000 m i dopiero tam poczułam, że rozrzedzone powietrze ma naprawdę coraz mniej tlenu. Wtedy zawróciłam – opowiada.

Na trasie azjatyckiej wyprawy Ewy było osiem państw: Emiraty Arabskie, Indie, Nepal, Tajlandia, Kambodża, Laos i Wietnam, potem może Filipiny. O ile sześć miesięcy na wszystko wystarczy. Plan nie został jednak zrealizowany. – Późną jesienią, gdzieś w Tajlandii, nagle tak strasznie zatęskniłam za domem i rodziną, że straciłam całą radość z dalszej wyprawy. Cel zmienił się momentalnie i na wariata wróciłam do Polski. Dokładnie 2 grudnia, w urodziny mojego taty, stanęłam w jego drzwiach z tortem. Oboje byliśmy tacy szczęśliwi! Do Azji przecież jeszcze zdążę wrócić! – mówi.

Ewa stara się zarażać miłością do podróży. Pomaga planować wyprawy, doradza. Za rok, prawdopodobnie na przełomie lutego i marca, szykuje wyjazd do Peru i zbiera ekipę. Im więcej osób, tym weselej. Można się zgłaszać. Na razie na nowo przyzwyczaja się do życia w Polsce. Szuka pracy, a to wyzwanie okazuje się trudniejsze niż wejście na Everest Base Camp…

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.