Trener Maciej Kędziorek – najmniej anonimowy asystent w Ekstraklasie

Przez ponad trzy sezony MACIEJ KĘDZIOREK pracował jako asystent trenera Marka Papszuna w Rakowie Częstochowa. Były opiekun OKS Otwock szybko zasłynął jako specjalista od analizy i stałych fragmentów gry. Jego praca była doceniana nie tylko przez ekspertów, lecz także sztab młodzieżowej kadry Polski. Ostatnio opuścił Raków, by szukać nowych wyzwań

Godziny dzielą nas od pierwszych w tym roku meczów Ekstraklasy.
Niestety, już bez Macieja Kędziorka na jednej z ławek. Będziesz tęsknił za rytmem meczowym, atmosferą, otoczką wokół spotkań?

– Już mi tego brakuje. Dwa miesiące odpoczynku to trochę długo, zwłaszcza dla kogoś, kto przez ostatnie trzy i pół roku poświęcał pracy w klubie nawet po 13 godzin dziennie. Myślę, że od najbliższego piątku – gdy liga wznawia rozgrywki – to uczucie „głodu” będzie jeszcze bardziej odczuwalne.

Będziesz nadal trzymać kciuki za zawodników trenera Marka Papszuna?

– Jak najbardziej. Przeszliśmy razem bardzo długą drogę – od drugiej ligi do Ekstraklasy – więc jestem z tym miejscem, klubem i zawodnikami bardzo związany emocjonalnie. Życzę im jak najlepiej.

Zostawiłeś tam cząstkę siebie.

– Każdy, kto mnie zna, wie, że zawsze angażuję się – zwłaszcza jeśli chodzi o piłkę nożną – w stu procentach w każdy projekt, w każdy zespół, z którym pracuję. Nigdy nie jest mi łatwo zmienić otoczenie bez jakiegoś uszczerbku na sercu. Te kluby zawsze będą mi bliskie.

Długo rozważałeś decyzję o odejściu z Rakowa? Zadecydował jakiś impuls, że czas na zmiany, chciałeś wrócić do samodzielnej pracy czy coś innego?

– To nie był impuls. To był raczej długofalowy proces, który rozpoczął się wcześniej. Myślę, że gdyby Raków nie był na tak dobrym miejscu po pierwszej części sezonu, pewnie wstrzymałbym się z tą decyzją, jednak sytuacja drużyny jest na tyle stabilna, że mogłem zdecydować się na odejście, aby trochę zmienić swoje życie.

Pół roku w Ekstraklasie dało w kość?

– To jest może lekki masochizm, ale ja lubię takie sytuacje dające w kość, jak mówisz. Przez te trzy i pół roku pobytu w Rakowie chyba nie było dnia, w którym nie szedłbym do pracy z uśmiechem na ustach. Mimo ogromu pracy, jaki musiałem wykonać, nie było momentu, kiedy czułbym się zmęczony czy niezadowolony. Cały czas napędzało mnie to, że możemy zajść wyżej i dalej, a przy okazji spełnić swoje marzenia.

Przeżyłeś w Częstochowie wiele wspaniałych momentów. Rzadko który trener – zwłaszcza w Polsce – ma okazję świętować dwa awanse w najwyższej klasie rozgrywkowej.

– To prawda. Plan był taki, że właściciel klubu Michał Świerczewski po awansie do pierwszej ligi dawał nam trzy lata na awans do Ekstraklasy. Udało się to osiągnąć szybciej, bo w dwa sezony, a przy okazji pokazać się w Pucharze Polski, gdzie dotarliśmy aż do półfinału. Mecze z Legią Warszawa, Lechem Poznań czy Lechią Gdańsk były ogromnym przeżyciem. Pewnie te wspomnienia byłyby jeszcze barwniejsze, gdyby nie decyzje sędziego Szymona Marciniaka (w półfinale arbiter z Płocka nie uznał gola Petra Schwarza, a potem nie odgwizdał faulu w polu karnym na Tomasie Petrasku. Raków przegrał mecz z Lechią 0:1 – przyp. red.). Niemniej to był naprawdę fantastyczny okres, chyba najlepszy, od kiedy pracuję w piłce.

Choć gra Rakowa – z wiadomych względów, bo nie byłeś pierwszym trenerem – była firmowana nazwiskiem Marka Papszuna, to twoje nazwisko też często pojawiało się przy okazji transmisji meczów z udziałem ekipy z Częstochowy. Byłeś jednym z mniej anonimowych
asystentów w Ekstraklasie.

– Próbowałem – na tyle, na ile było to możliwe – odcisnąć swoje piętno na grze Rakowa. Oczywiście nie starałem się wchodzić w kompetencje pierwszego trenera, bo to on był szefem i to do niego zawsze należało ostatnie słowo. Nasza relacja polegała na wzajemnym zaufaniu, dlatego miałem dość dużą autonomię, dzięki czemu mogłem realizować się na wielu płaszczyznach. Było i jest mi niezwykle miło, że ta praca była dostrzegana.

Faktycznie twój zeszyt – tak zwany playbook – zawiera ok. 140 rozwiązań stałych fragmentów gry?

– Jest tego nawet więcej, ale tak kiedyś to przedstawił jeden z dziennikarzy i taka informacja poszła w świat. A co do tych rozwiązań, to biorą się one z systemu pracy, jaki przyjąłem. Nie chciałem iść w kierunku powtarzalności. Chciałem za każdym razem wymyślać coś nowego, szukać innowacyjnych rozwiązań. To, co gdzieś wymyśliłem, stworzyłem sobie – a często były to dość dziwne sytuacje, bo nawet przed snem czy podczas spaceru wpadałem na pomysł, który zapisywałem – odkładałem do notesu i przez te kilka lat pracy nagromadziło się sporo rozwiązań. Wszystkie – na różnych poziomach rozgrywkowych – udało się wcielić w życie podczas gry, więc nie była to wirtualna praca.

Ile z tych rozwiązań to twoje autorskie pomysły?

– Większość z nich to od początku do końca moje pomysły, natomiast inne wynikały z licznych inspiracji. Gdy pojawiła się informacja, że tak duży nacisk kładziemy na stałe fragmenty gry, zacząłem dostawać wiele materiałów od różnych ludzi i z nich też często czerpałem pomysły.

Stałe fragmenty gry to twój trenerski konik czy po prostu wymóg w nowoczesnym szkoleniu i prowadzeniu drużyny?

– Po trochu i to, i to. Wcześniej nie byłem specjalistą w tej dziedzinie. W pewnym momencie dostałem jednak zadanie opracowania stałych fragmentów gry. Starałem się to wykonać najlepiej jak potrafię. Z czasem zacząłem się w to zagłębiać czy nawet tym fascynować. Zresztą obserwując topowe kluby – jak choćby Liverpool – gdzie analiza gry skupia się już na najmniejszych detalach, które kiedyś nie były brane pod uwagę, widać, w jakim kierunku podąża piłka. Tylko u nas, w Polsce te „nowości” dochodzą bardzo późno, bo zamiast inwestować pieniądze w rozwój gry i drużyny, woli się je przeznaczyć na średniej jakości piłkarza.

Jeśli spojrzeć na polską ligę, można było dostrzec, że do czasu pojawienia się Rakowa wielu trenerów nie przykładało aż tak dużej wagi do tego aspektu gry, ale chyba jest on coraz istotniejszy?

– Tego bronią liczby. Podczas ostatnich mistrzostw świata 52 proc. bramek padło po stałych fragmentach gry. Wskaźnik Rakowa również utrzymywał się powyżej 50 proc., co w dużej mierze przełożyło się na kolejne awanse… Myślę, że warto. Takim dobrym przykładem może być wspomniany wcześniej Liverpool, który zdecydował się zatrudnić duńskiego specjalistę (Thomas Gronnemark – przyp. red.) od wykonywania wyrzutów z autu. Poprawił ich skuteczność o 30 proc., więc myślę, że to pokazuje, że warto szukać rezerw w obszarach, których wcześniej nikt zbyt mocno nie eksplorował. To może być czynnik, który przesądzi o zwycięstwie. My
w Rakowie przez cały tydzień ćwiczyliśmy stałe fragmenty gry, wplatając je w normalny trening.

Dobre rozegranie rzutu wolnego czy rożnego jest momentami okazją do
takiego – porównując do koszykówki – buzzer beatera (celny rzut równo z końcową syreną – przyp. red.).

– Dokładnie. Poza tym tutaj trenerzy mogą więcej zaplanować.
W trakcie gry jest więcej składowych, które doprowadzą do zdobycia bramki, i trudno je wszystkie przewidzieć. W przypadku stałych fragmentów gry łatwiej jest coś zaplanować. Wiemy, skąd mniej więcej będziemy go wykonywać, jak może ustawić się rywal i gdzie ewentualnie przenieść piłkę. Punktów odniesienia jest na tyle dużo, że łatwo jest coś ustawić. Do każdego przeciwnika staraliśmy się dobierać inny system
i model gry, który wcześniej poprzedziła dogłębna analiza. Dzięki temu wiedzieliśmy, gdzie mogą być słabe punkty rywala i gdzie możemy uderzyć.

Jako ustawiający i analizujący stałe fragmenty gry zawsze starałeś się
podkreślać nie tylko wagę piłkarzy bezpośrednio przyczyniających się
do zdobycia bramki, lecz przede wszystkim tych, którzy musieli
wykonać brudną robotę, by stworzyła się okazja do strzelenia gola.

– Rzadko podkreśla się rolę takich zawodników. Zazwyczaj cały splendor spływa na tego, który podał piłkę, i tego, kto strzelił. Wielokrotnie kibice czy dziennikarze nie zauważają roli tych, którzy gdzieś się przepchną, zrobią wyblok, by dać koledze miejsce na akcję czy strzał. Dla mnie – choć zawodnicy często nie lubią tych „brudnych obowiązków” – to również bohaterowie zdobytych bramek, dlatego tak często starałem się podkreślić ich znaczenie. Ich rola jest dość podobna do asystentów trenera. Oni także wykonują ciężką pracę, ale ich pomoc nie zawsze jest dostrzegana. Jeśli pracujemy dla dobra drużyny, nie możemy się jednak na to obrażać. Taka jest kolej rzeczy.

Wracając do nawiązań do koszykówki, podobno często przy swoich koncepcjach czerpałeś pomysły z meczów i rozwiązań stosowanych w NBA?

– To prawda, tam było dużo ciekawych rozwiązań, choć gdy ostatnio powiedziałem o tym głośniej, odezwał się do mnie kolega trenujący futsal i podesłał sporo materiałów, które okazały się prawdziwą kopalnią wiedzy. A wracając do koszykówki, to jestem nawet umówiony z jednym trenerem, aby porozmawiać o stawianiu zasłon i wyblokach. To była nasza mocna strona w Rakowie, mimo że po wprowadzeniu systemu VAR trudniej było zastosować pewne metody. Myślę, że gdyby nie ten system, to Raków miałby jeszcze lepsze statystyki ze stałych fragmentów gry… Teraz – korzystając
z wolnego – chciałbym ten temat udoskonalić i robić to wszystko
w taki sposób, aby sędziowie mieli jak najmniej powodów, żeby do czegoś się przyczepić.

Biorąc pod uwagę, ile rzeczy analizowaliście, jak podchodziliście
taktycznie do spotkań, to playbook zawodników Rakowa musiał wyglądać niczym Encyklopedia Britannica.

– Jeśli dobrze pamiętam, to było to około 40 kartek zawierających schematy, jak zachować się w ataku, a jak w obronie. Kiedy przychodził do nas nowy zawodnik i widział to wszystko, zazwyczaj łapał się za głowę. Po miesiącu miał już jednak niemal wszystko przyswojone, a po dwóch robiliśmy rzeczy niemal w ciemno. Może taki trening nie jest dla piłkarzy ciekawy, bo trzeba cały czas powtarzać schematy, ale zawodnicy szybko zauważyli, że przynosi to efekty, i zaakceptowali ten model prowadzenia zespołu.

Ile wariantów najczęściej mieliście przygotowanych na mecz?

– Zazwyczaj było to około 20 rozwiązań…

To dużo czy mało?

– Patrząc choćby na Liverpool, który ma dziewięć pomysłów na rozegranie autu, a my mieliśmy tylko trzy, to… (śmiech). Myślę, że na polskim tle jest to dużo, a porównując z ligą włoską – która pod tym względem jest wzorem
– jest to liczba, która nie robi wielkiego wrażenia.

Co najbardziej zaskoczyło cię po wejściu do Ekstraklasy?

– Zaskoczyła nas Korona Kielce w pierwszym meczu… Nie spodziewałem się, że tak doświadczonych piłkarzy może zjeść trema i presja. Myślę, że oni sami też się tego nie spodziewali. Już na rozgrzewce, gdy nikt ze sobą nie rozmawiał – co u nas rzadko się zdarza – było widać, że coś jest nie tak. Spotkałem się z tym po raz pierwszy. Ostatnio rozmawiałem jednak z jednym z analityków kadry Polski, który przyznał, że często atmosfera choćby Stadionu Narodowego może tak oddziaływać na piłkarza, że popełni on prozaiczny błąd.

Przez wielu fachowców Raków – jeszcze zanim trafił do Ekstraklasy– był uważany za jedynego pierwszoligowca gotowego, aby już w pierwszym sezonie powalczyć o coś więcej niż utrzymanie.

– Balonik oczekiwań był bardzo mocno pompowany. Sposób, w jaki awansowaliśmy do Ekstraklasy, do tego udane występy w Pucharze Polski, sprawiły, że wszyscy mieli wobec nas ogromne oczekiwania. Próbowaliśmy się od tego odciąć, ale się nie udało. Początek był fatalny, ale końcówka poprzedniego roku pokazała, że już chyba zadomowiliśmy się w Ekstraklasie.

Bełchatów – gdzie graliście w pierwszej części sezonu – też nie był dla was zbyt szczęśliwy. Uważasz, że gdyby nie przymusowa wyprowadzka z Częstochowy, na koncie Rakowa byłoby więcej punktów?

– Jestem tego pewny. Stadion przy ul. Limanowskiego to specyficzne miejsce. Ten obiekt pamięta jeszcze takich piłkarzy jak Paweł Skrzypek czy Jacek Magiera. Gdy przeglądałem ostatnio archiwalne materiały dotyczące Rakowa, ten stadion niewiele się zmienił, niczym stadion OKS Otwock (śmiech). Znaliśmy tam jednak każdy kąt, każde źdźbło trawy i gdybyśmy tam grali od początku, to punktów na pewno byłoby więcej.

Przekaz, jaki popłynął od Zbigniewa Bońka – o ewentualnym braku
licencji dla klubu na przyszły sezon – chyba nie pomagał wam w pracy.

 Staraliśmy się od tego odseparować. Byliśmy cały czas informowani przez prezesa i właściciela klubu, jak wygląda sytuacja, więc staraliśmy się skupić na tym, co dla piłkarzy najważniejsze, czyli na grze.

Obecnie Raków dzielą zaledwie trzy punkty od górnej części tabeli. Myślisz, że ten zespół stać na to, by trafił do czołówki na dłużej?

– Uważam, że w poprzednim roku zrobiliśmy duży krok w tę stronę, choć teraz ważny będzie początek drugiej części rozgrywek. Mamy od razu trzech trudnych rywali: Lech, Legię i Arkę Gdynia, i te mecze mogą dużo wnieść. O Raków się nie boję, na koniec powiedziałem chłopakom, że są już na autostradzie do górnej ósemki, i wierzę, że uda się im dotrzeć do celu, i to grając wszystkie mecze na wyjeździe.

Raków nie powtórzy scenariusza Sandecji Nowy Sącz, która miała podobne problemy i nie zdołała się utrzymać?

– Nie sądzę. Praca wykonana przez te trzy lata jest raczej gwarancją, że Raków nie podzieli losu Sandecji.

Raków często jest przedstawiany jako przykład modelowego prowadzenia drużyny. To, jak właściciel klubu Michał Świerczewski i prezes Wojciech Cygan zatrudniali trenera Papszuna, obrosło już legendą.

– Na tle innych klubów wyróżnialiśmy się pod tym względem. Był taki moment w trakcie sezonu, gdy przegraliśmy cztery kolejne mecze i w szatni zjawił się właściciel klubu, ale nie po to, by przedstawić nam ultimatum, tylko żeby zapytać, czy może jakoś pomóc, co może zrobić, aby było lepiej. Taka posta-wa chyba nie jest „normalna” w innych klubach.

Pracowałeś w Ekstraklasie tylko pół roku, ale zapewne już zdążyłeś wyrobić sobie opinię o najwyższej klasie rozgrywkowej. Twoim zdaniem to dobry twór wysokiej jakości czy może przedmiot o przeciętnej jakości, ale dobrze – myślę głównie o oprawie medialnej i infrastrukturze – opakowany?

– Odpowiedź na to pytanie leży pośrodku. Z jednej strony to nie jest tak słaba liga, że nagle ktoś z niższej może do niej awansować i od razu zabłysnąć, stać się gwiazdą. A z drugiej – patrząc na tle Europy – nie wygląda to tak różowo. Trudno jednak, żeby było inaczej, skoro europejskie kluby przyjeżdżają do nas co roku, wykładają milion lub dwa miliony euro, wykupują najlepszych graczy i odjeżdżają. Trudno trzymać jakiś poziom ligi, gdy co chwilę jest ona ogołocona z najlepszych piłkarzy. Co do oprawy medialnej i infrastruktury, patrząc na to, jak działają wszystkie podmioty w ramach Canal+ czy Ekstraklasy, jesteśmy zdecydowanie w górnej półce w Europie.

Jesteś trenerem, który przeszedł przez wszystkie szczeble rozgrywkowe
w Polsce, od klasy A aż do Ekstraklasy. Patrząc na to wszystko przekrojowo, dlaczego twoim zdaniem zespoły w najwyższej lidze – nawet Raków – opierają się na piłkarzach z zagranicy?

– Decyduje o tym rynek i ekonomia. Polacy są zazwyczaj drodzy, a nie zawsze za ceną idzie konkretna jakość. Kluby wolą wziąć zawodnika ze Słowacji, który będzie tańszy, a da albo podobną, albo wyższą jakość. Poza tym panuje deficyt dobrych graczy z Polski. Nie ma ich tak dużo, by wypełnić pustkę po tych, którzy odchodzą.

Mówisz to teraz z perspektywy pracy w Ekstraklasie czy w przekroju całej swojej dotychczasowej pracy na innych szczeblach?

– Z ogólnych obserwacji. Z racji tego, że rejony Małopolski i Śląska są bogate w kluby piłkarskie, miałem okazję jeździć po wielu meczach I i II ligi i obserwować różnych piłkarzy. Trudno było znaleźć kogoś, kto mógłby od razu wejść na najwyższy szczebel.

Co przez najbliższe miesiące będzie robił Maciej Kędziorek? Jest jakaś oferta, czy dajesz sobie chwilę wytchnienia, by naładować baterie przed nowymi wyzwaniami?

– U mnie baterie ładują się w trakcie pracy, więc powoli się rozglądam. Jakieś propozycje już się pojawiły, ale jeszcze je analizuję. Kusi mnie samodzielna praca, ale brak licencji UEFA Pro blokuje pewne sprawy, więc zobaczymy, co się wydarzy.

Kusi cię praca za granicą – bo w ostatnim czasie często pojawiasz się choćby u Polaków pracujących w Anglii – czy takiego rozwiązania nie bierzesz pod uwagę?

– Nie ukrywam, że w tę stronę mógłbym podążyć i pewne kroki już zrobiłem. To moje kolejne – po pracy w Ekstraklasie – marzenie. Zobaczymy, jak to wszystko się potoczy. Na razie wolę dmuchać na zimne.

A temat współpracy z młodzieżową reprezentacją Polski jest już zamknięty?

– To była krótka i na razie jednorazowa przygoda. Trener Czesław Michniewicz przyjechał na nasz mecz, żeby obejrzeć kadrowiczów Szczepańskiego i Listkowskiego. Przy okazji obserwował nasze stałe fragmenty gry. Te rozwiązania spodobały mu się, zadzwonił do mnie i miesiąc przed mistrzostwami Europy w Polsce spotkaliśmy się w Częstochowie. Przygotowałem mu kilka różnych rozwiązań, a jedno z nich poskutkowało bramką z Belgią. Myślę, że praca dla reprezentacji i kraju to zawsze wielkie wyróżnienie dla szkoleniowca, ale na razie chyba to się nie powtórzy.


Rozmawiał Marcin Suliga

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.