Ręce, które bębnią. Znakomity perkusista z Otwocka

Krzysztof Poliński, otwocczanin praktycznie od urodzenia, to człowiek niezwykle skromny i rzadko chwalący się swoimi dokonaniami. Tymczasem jest jednym z najlepszych perkusistów w kraju, jego bębny słychać m.in. na wszystkich najważniejszych albumach Edyty Bartosiewicz, płytach Urszuli, Róż Europy, Anity Lipnickiej i Johna Portera czy Sweet Noise, a także w filmach i serialach, np. „Ranczo”.

Krzysztof Poliński to kapitalny muzyk i przesympatyczny człowiek. fot. Jacek Piotrowski

O muzycznej pasji, odgrywaniu po raz tysięczny przebojów w rodzaju „Konik na biegunach” i radzeniu sobie w czasie epidemii KRZYSZTOF POLIŃSKI opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem.

Na rynku pewnie posucha? Nie gracie żadnych koncertów, projekty zawieszone.
– Jest całkowity zastój w branży, zresztą nie tylko naszej. Teraz jeszcze tak bardzo tego nie odczuliśmy, bo sezon koncertowy mieliśmy zacząć w maju, ale z prognoz wynika, że ten stan szybko się nie skończy. Wciąż nie wiemy, jak zachowają się organizatorzy koncertów. Czy zostaną one odwołane, czy przełożone na czas nieokreślony? Możliwe, że przerwa przeciągnie się nawet do września. Jeśli przyjdzie nam wszystkim siedzieć w domach kilka miesięcy, to ludzie będą tak wygłodniali rozrywki i atrakcji poza domem, że jesienią nastąpi prawdziwy boom. To jednak wciąż wielka niewiadoma. My zagraliśmy z Urszulą dwa tygodnie temu ostatni koncert w internecie w ramach akcji „Zostań w domu z muzyką”, ale teraz uznaliśmy, że bezpieczniej ograniczyć kontakty nawet wewnątrz zespołu, i zawieszamy wszelkie działania. Szykują się kilkumiesięczne wakacje.

Jak zamierzasz spędzić ten czas?
– Tak jak wszyscy. Wygląda na to, że głównie w domu, z żoną Kasią. Córki są już dorosłe, obie mieszkają za granicą. Chodzimy na regularne spacery do lasu, ale raczej w dni powszednie i wybieramy miejsca mało uczęszczane. Epidemia jest poważna, ale to nie morowe powietrze, więc liczę na to, że jednak nie skończy się to wszystko jakimiś „aresztami domowymi”. Trzeba przetrwać ten czas. Damy radę.

Na szczęście mamy niemal nieograniczony dostęp do muzyki. Ona zawsze pomaga. Ty żyjesz nią i z niej od lat. Jak właściwie to się zaczęło?
– W naszym otwockim liceum im. Gałczyńskiego. Chyba w drugiej klasie. Nauczycielem muzyki był Ryszard Budzynowski, osoba ważna dla otwockiej kultury, ówczesny dyrektor Miejskiego Domu Kultury i członek grupy grającej jazz tradycyjny. Trzeba tu dodać, że wychowanie muzyczne było zarezerwowane tylko dla klas humanistycznych, te ścisłe, czyli „matfiz” i „biochem”, tego nie miały.

Nas było w klasie pięciu chłopaków, każdy na czymś tam grywał i pan Ryszard zaproponował kiedyś, żebyśmy założyli zespół. No to założyliśmy. On był naszym opiekunem, doradzał repertuar, pomagał w próbach. Grywaliśmy na szkolnych akademiach. Na początku działo się to wszystko dość spontanicznie, ale spodobało się nam na tyle, że poważniej zaczęliśmy myśleć o muzyce. To był jakiś 1979 rok. Nawet wymyśliliśmy nazwę kapeli – Electric Installation (śmiech).

W tym składzie był między innymi Jacek Grymuza, doskonale znany w Otwocku wieloletni szef Klubu Smok, oraz znakomity basista i kontrabasista Mirek Wiśniewski, który grywał potem i nadal grywa z najlepszymi artystami w kraju, na przykład: Edytą Górniak, Zbigniewem Wodeckim, Ryszardem Rynkowskim, twórcami Teatru Buffo. Po maturze działo się już różnie, skład się zmieniał, repertuar też. Przez zespół przewinął się też Tomek Miturski, gitarzysta znany choćby z grupy Bluesquad, i paru innych kolegów. Z tego jednak nigdy nie zrodził się jakiś poważniejszy zespół, każdy poszedł swoją drogą.

Ty wybrałeś Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia im. Józefa Elsnera w Warszawie, oczywiście w klasie perkusji, a potem poszedłeś w jazz.
– Tak, pierwszym poważnym zespołem, w którym grałem, było jazzowe trio Blue Trane. Na kontrabasie grał „Wisienka”, czyli wspomniany Mirek Wiśniewski, na fortepianie Maciek Ulatowski i ja na bębnach. Graliśmy nawet za granicą, między innymi na festiwalu we francuskiej Dunkierce, gdzie zajęliśmy trzecie miejsce. Potem był jeszcze taki wystrzałowy, jazzfunkowy projekt Set Off. Świetna muzyczna szkoła. Na festiwalu w holenderskim Hertogenbosh mieliśmy zaszczyt wystąpić jako support legendarnego harmonijkarza Tootsa Thielemansa, więc otarliśmy się, jak widać, o wielki jazzowy świat! (śmiech). To były czasy, gdy wyjazd za granicę był sytuacją tak niezwykłą jak obecnie koronawirus.

Krzysztof (na dole) z Edytą Bartosiewicz, Maciejem Gładyszem,
Radkiem Zagajewskim i Paszką Szewczenko, rok 1994

Dobre przygotowanie do tego, co miało być przed tobą. Wkrótce wpadłeś w największy wir na muzycznej scenie lat 90. I przestawiłeś się raczej na rock.
– Przyznaję, że to był intensywny czas. Zacząłem wtedy grać w takim zespole Orientacja na Orient, mieszaliśmy rock z klimatami hinduskimi. Całkowicie niszowe, ale ciekawe przedsięwzięcie, które zaczęło mieć spory potencjał. Ta przygoda nie trwała jednak zbyt długo i wkrótce dołączyłem do założonego przez kolegów ze szkoły muzycznej zespołu Staff.

Postanowiliśmy poszukać wokalistki, wśród zgłaszających się dziewczyn była Edyta Bartosiewicz. Wygrała ten casting i pod nowym szyldem, Holloee Poloy, nagraliśmy w 1990 roku nasz pierwszy wspólny album zatytułowany „The Big Beat”. To był zresztą debiut fonograficzny Edyty, która dość szybko zaczęła wybijać się na niezależność. Okazała się piekielnie zdolną artystką, która chce iść własną drogą. Zaczęła przygotowania do swojej pierwszej autorskiej płyty i do tego projektu wybrała sobie muzyków, w tym mnie.

I zostałeś w jej zespole 10 lat, nagrywając z Edytą Bartosiewicz jej najważniejsze płyty.
– Współpracowało się nam rewelacyjnie. Edyta miała kapitalne pomysły, które nam, jej muzykom, udawało się realizować. Procentowały nasze wcześniejsze doświadczenia z jazzem, funky, muzyką synkopowaną. Bo to nie było takie zwykłe rockowe granie. I rzeczywiście nagrałem z Edytą sześć jej kolejnych albumów: „Love”, „Sen”, „Szok’n’Show“, „Dziecko”, „Wodospady”, „Dziś są moje urodziny”. Do tego doszły setki koncertów
w kraju i za granicą. Była z nas dość zżyta ekipa, szalony czas. Edyta zawsze była wymagającym szefem, ale też świetną kumpelą. Pamiętam, że gdy nagrywaliśmy pierwszą płytę, moja żona była na porodówce. Komórek nie było, latałem co jakiś czas do automatu sprawdzać sytuację. Gdy przyszedł czas na moje partie, Edyta się zaoferowała: „Krzysiu, to ty sobie spokojnie nagrywaj, a ja będę dzwonić do szpitala i relacjonować” (śmiech).

W tym czasie w Polsce nastąpił niezwykły boom muzyczny, era tak zwanego new wave. Powstało wiele nowych zespołów. Byliśmy trochę jak taka jedna wielka rodzina. Najbliżej współ-pracowaliśmy z Kasią Kowalską, która jechała z nami na trasę pierwszej płyty jako support, potem też z grupą Firebirds oraz z Hey i Kasią Nosowską. Między nią a Edytą była taka niepisana rywalizacja, ale też wielka sympatia.

Co prawda organizacja koncertów była wtedy dość „radosna”, nie to, co teraz, gdy wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale i tak menedżment, który zajmował się Edytą, stawał na głowie, by była zadowolona. Miała status wielkiej gwiazdy.

Muszę tu podkreślić, że od początku w jej zespole grali muzycy pochodzący z Otwocka i okolicy albo tu mieszkający: oprócz mnie – gitarzysta Michał Grymuza, basista Radek Zagajewski, kolejny gitarzysta Maciek Gładysz, potem też znany nam wszystkim basista Michał Grott.

Gdy Edyta Bartosiewicz znikła ze sceny, ty związałeś się w 2000 roku z zespołem Urszuli, która też mieszka na linii otwockiej. Same swojskie klimaty.
– Znaliśmy się już wcześniej, poza tym blisko mamy do siebie (śmiech). Z Ulą gramy 20 lat i współ-praca wciąż układa się znakomicie. To wspaniała artystka, potrafiąca oprócz muzyki stworzyć niepowtarzalny, rodzinny klimat. Stąd płynie nasza radość grania, dostarczająca masę frajdy.

Nawet gdy po raz tysięczny grasz „Konika na biegunach”?
– Tak, nawet wtedy. Poważnie. Koncert to jest żywioł, zawsze jest nieco inaczej, zawsze coś dodasz, coś ujmiesz. To tak jak z jazdą do Warszawy Wałem Miedzeszyńskim – niby znasz tę trasę na pamięć, ale i tak potrafi cię zaskoczyć, dać przyjemność z jazdy. Poza tym ukochane przeboje są często głównym powodem, dla którego ludzie przychodzą na koncerty. Nie tylko Urszuli, ale w ogóle na koncerty. Świetnie się przy nich bawią i nam to się udziela.

W pewnym sensie lokalny jest też zespół Dylan.pl, który współtworzysz
z Filipem Łobodzińskim, Jackiem Wąsowskim, Markiem Wojtczakiem
i Tomaszem Hernikiem.
– Dwie piąte składu mieszka w Otwocku. Ja i Jacek, w którego domowym studiu został zresztą nagrany cały dwupłytowy album „Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru”. Zaaranżowaliśmy na potrzeby projektu 29 utworów legendarnego Boba Dylana. Jestem z tego przedsięwzięcia dumny.

Tych powodów do dumy jest dużo więcej. Po drodze grałeś m.in. na albumach Róż Europy, Firebirds, Eweliny Flinty, Anity Lipnickiej i Johna Portera, Braci czy Sweet Noise. Twoje bębny słychać na ścieżkach dźwiękowych uwielbianego serialu „Ranczo”, filmów „Magiczne drzewo”, „1920. Bitwa warszawska”, „Sztos 2”. 18 lat współtworzyłeś muzykę do spektaklu „Jeździec burzy” o Jimie Morrisonie w Teatrze Rampa; reżyserem był Arkadiusz Jakubik. Jest tego sporo.
– Cóż mam powiedzieć. Dziękuję. Ponad 30 lat bawię się w to. Poznałem dzięki temu mnóstwo ciekawych ludzi, więc zawsze miałem jakieś propozycje. Przybywało doświadczenia. Przez wiele lat na przykład nagrywaliśmy muzykę do programu „Szansa na sukces”. Tam pojawiał się oczywiście bardzo różnorodny repertuar, więc była to wielka szkoła grania, dzięki której zyskałem nieco wszechstronności i możliwości odnalezienia się w wielu klimatach. Także tak ostrych jak wspomniany przez ciebie Sweet Noise. W ogóle ten album, „The Triptic”, uważam za jeden z najlepszych, jakie nagrałem. A trafiłem tam też za sprawą lokalnej znajomości, ponieważ Sylwia Lato, ówczesna żona Glacy, pochodzi
z Otwocka i wtedy razem mieszkali na osiedlu Stadion.

Nie bez powodu w styczniu 2017 roku zostałeś wyróżniony przez prestiżowy magazyn „Perkusista” jako jeden z najważniejszych polskich bębniarzy wszech czasów. Brzmi poważnie.
– To prawda, ale to duże grono, stu perkusistów, więc trudno byłoby się nie załapać, zważywszy na moje wieloletnie doświadczenie (śmiech). Tak naprawdę bardzo mnie ucieszyło, że znalazłem się w tym gronie. Myślę, że to docenienie całokształtu moich dokonań, wyróżnienie za to wszystko, co robiłem w ubiegłych latach, a nie dowód tego, że teraz jestem wśród najlepszych. Kiedyś środowisko muzyczne było mniej liczne, ale obecnie mamy ogromny wysyp instrumentalistów. Konkurencja jest znacznie większa. Jest wielu rewelacyjnych perkusistów. Ja jednak mam nadzieję jeszcze długo pozostać w formie i grać. Niech tylko minie ta nieszczęsna epidemia!

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.