Wirus na krańcach świata

W Hiszpanii pełna blokada, zamknięto nawet plaże miejskie, podczas gdy Szwedzi wysyłają dzieci do przedszkoli oraz szkół i spotykają się w parkach. W USA liczba zakażonych rośnie z dnia na dzień, a prezydent Donald Trump wykorzystuje ustawę z lat 50. ubiegłego wieku, by nakazać firmom motoryzacyjnym produkowanie respiratorów. O tym, jak na pandemię reaguje świat, opowiadają „Linii” osoby pochodzące z Otwocka i okolic, a obecnie mieszkające w Ameryce, Australii i innych krajach Europy.

PRZEMEK SKOCZEK, MARCIN SULIGA

To, co właśnie przeżywamy, jest sytuacją bez precedensu. Niewidzialny wróg sparaliżował cały świat. Dotarł już wszędzie. Łącznie na świecie jest potwierdzonych około 860 tysięcy przypadków zakażeń koronawirusem SARS-CoV-2, a liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 42 tysiące. To stan na 31 marca. Koronawirus jest groźny dla zdrowia, ale pośrednio niszczy też gospodarkę, izolacja wpływa również na naszą kondycję psychiczną, relacje rodzinne i społeczne. Jak bardzo? Pokaże to czas. Walka z nim wszędzie wygląda podobnie, choć reakcje władz i społeczeństw różnią się w zależności od miejsca i skali problemu.

Stany Zjednoczone Ameryki

ŚNIEG BYŁ STRASZNIEJSZY

Nowy Jork, kolebka amerykańskiej kultury i życia towarzyskiego, miasto które „nigdy nie zasypia”, teraz jest niemal wymarłe. Najważniejsze atrakcje turystyczne – Times Square, most Brooklyński czy 5th Avenue – świecą pustkami, natomiast na terenie „płuc“ Nowego Jorku, czyli Central Paru, ma zostać stworzony szpital polowy.

Marcin Cholewiński – pochodzący z Celestynowa dziennikarz uważa, że Stany Zjednoczone zbyt późno zareagowały na pandemię koronawirusa. Dotąd tętniący życiem Nowy Jork przypomina
wymarłe miasto z filmów grozy

– Nie mieszkam w samym centrum Nowego Jorku, ale bywałem w nim niemal codziennie. Teraz już tam nie jeżdżę, bo byłoby to po prostu nie tyle głupie, co niebezpieczne – twierdzi pochodzący z Celestynowa dziennikarz Marcin Cholewiński. – Pod względem podejścia do tematu koronawirusa Amerykanie powinni uczyć się od Polski. Zwłaszcza w Nowym Jorku całkowicie zbagatelizowano niebezpieczeństwo, choć było wiadomo, że epidemia sieje spustoszenie w Europie – mówi Cholewiński. – Gdy pod koniec października pojawiła się zapowiedź, że wkrótce spadnie 20-30 centymetrów śniegu, ludzie szturmowali sklepy, jakby mieli siedzieć całą zimę w domu, a to zagrożenie całkowicie zignorowali. Zaczęli się bać dopiero, gdy zaczęto zamykać szkoły. Wtedy markety przeżyły prawdziwe oblężenie. Kupowano wszystko po kolei – opisuje dziennikarz.

Jego zdaniem USA za późno zareagowały na to, co dotknęło kraje na innych kontynentach. – 7 marca byłem na walce bokserskiej Adama Kownackiego w Nowym Jorku i tam nie stosowano żadnych środków ostrożności. Wszystko toczyło się jak do tej pory. Zdziwiło mnie to, bo tydzień wcześniej poleciałem do Kostaryki, gdzie wtedy nie odnotowano ani jednego przypadku zakażenia, i tam na lotnisku były niezwykle restrykcyjne procedury. Mierzono temperaturę, robiono szczegółowy wywiad. W Stanach nawet po powrocie nie spotkałem się z tym – mówi mieszkaniec Mahopac.

Nowy Jork na poważnie rozpoczął walkę z koronawirusem dopiero w połowie marca. Gubernator stanu Andrew Cuomo zaczął wprowadzać pierwsze restrykcje. – Ludzie nic nie robili sobie z tego, co może się stać, choć znali sytuację w Europie. Dzień przed wprowadzeniem obostrzeń tłoczyli się w barach i restauracjach, biegali w grupach po parku. Teraz efektem tych zachowań jest ogromna fala zachorowań, co widać w statystykach – uważa polski dziennikarz.

– Mówi się, że również wielu lekarzy lekceważyło chorobę. Część odsyłała ludzi do domów, mimo wyraźnych symptomów – dodaje. Obecnie w samym Nowym Jorku, w niespełna dwa tygodnie, odnotowano blisko 80 tysięcy zachorowań. Pod tym względem „Big Apple” jest samotnym liderem statystyk w całym kraju.

– Dziwi mnie zachowanie władz miasta. Brakuje zdecydowanych działań. Część firm nie funkcjonuje, ale inne wciąż normalnie pracują. To nie pomaga w zahamowaniu pandemii. Zresztą wystarczy spojrzeć na liczby. Nowy Jork ma najwięcej zarażonych, a na drugim miejscu w kraju jest leżące obok New Jersey. Ludzie stamtąd przyjeżdżają do pracy i wciąż się zarażają, bo co prawda transport miejski, na jaki skazana jest taka metropolia jak Nowy Jork, przechodzi proces dezynfekcji, ale wykonuje się go głównie wieczorem. W ciągu dnia nie robi się tego – mówi Cholewiński.

W największym mieście na wschodnim wybrzeżu USA już zaczyna brakować miejsc w szpitalach. Wszystkie nowojorskie placówki zostały przemianowane na szpitale zakaźne. Pacjenci bez koronawirusa, którzy potrzebują innego rodzaju hospitalizacji, mają zostać przeniesieni na pokład największego amerykańskiego pływającego szpitala USS Comfort, który zacumował w porcie na rzece Hudson.

– Problemem Amerykanów jest na pewno to, że tu żyje się z dnia na dzień. Rzadko kto ma oszczędności, dlatego coraz częściej słychać o kolejnych ludzkich dramatach. Mój kolega, który teraz nie pracuje, ma dwa mieszkania. Jedno wynajmuje starszemu małżeństwu. Mężczyzna jest bardzo chory i pozostaje w domu, a utrzymanie spoczywa na barkach kobiety, która zajmuje się sprzątaniem. Teraz ma mniej pracy i musi dodatkowo uważać, by nie przynieść tego paskudztwa do domu, bo to oznacza śmierć dla jej męża. Bierze mniej zleceń, a co za tym idzie, nie może zapłacić za wynajem. Kolega teoretycznie mógłby ich zwolnić z opłaty, ale nie stać go na to, bo sam nie pracuje, a podatek za wynajem musi opłacić. Sytuacja robi się patowa i niebezpieczna – opowiada dziennikarz.

– W Kalifornii ostatnio drastycznie wzrosła sprzedaż broni i amunicji. Ludzie obawiają się, że jeśli pandemia potrwa dłużej, zaczną się kradzieże i rabunki. Wszyscy tu martwią się, jak to będzie wyglądało w kolejnych dniach, bo gospodarka stanęła – dodaje Cholewiński, który za oceanem mieszka od sierpnia ubiegłego roku.

– Jestem w o tyle dobrej sytuacji, że mieszkam u swojej rodziny i możemy się wspierać. Zarówno ja, jak i kuzyn jeszcze pracujemy, ale moja ciocia kilka dni temu została zwolniona. Myślę, że wkrótce taki problem będzie miała większość rodzin w USA. Powrotu do Polski nie rozważałem, choć wczoraj dzwoniła mama i namawiała mnie do tego. Wyjazd stąd nie jest jednak prosty. Musiałbym dostać się do Chicago, bo z Nowego Jorku nie ma już lotów do kraju, a to też wiąże się z ryzykiem zarażenia na lotnisku i potem w samolocie – mówi 41-latek.

Wielka Brytania

PARACETAMOL NA WSZYSTKO

Coraz poważniej sprawa wygląda w Wielkiej Brytanii, która mimo fatalnej sytuacji we Włoszech miała odmienny plan walki z koronawirusem niż inne kraje. Premier Boris Johnson nie zamierzał stosować żadnych obostrzeń. Początkowo państwo miało funkcjonować normalnie, żeby społeczeństwo nabrało naturalnej odporności.

Jak przyznaje Jacek Goleniewski, na zdjęciu z synem, Anglicy długo
nie brali na poważnie zagrożenia związanego z koronawirusem

– Mieszkam na Wyspach już od przeszło sześciu lat i wciąż nie mogę zrozumieć mentalności Brytyjczyków – przyznaje Jacek Goleniewski. – Jeśli chodzi o początek pandemii, mieli oni typowo angielskie podejście. Temat wirusa był poruszany, ale na ogół słyszałem stwierdzenia, że to nic wielkiego, zwykłe przeziębienie. Dla nich lekiem na wszystko jest paracetamol i byli przekonani, że teraz też zadziała. Zupełnie nie zdawali sobie sprawy z nadchodzącego zagrożenia i zwyczajnie je zbagatelizowali – dodaje mieszkaniec Rotherham.

Czerwona lampka zapaliła się dopiero po komunikacie z 10 Downing Street, czyli siedziby premiera. Poprosił on Brytyjczyków, by „przygotowali się na przedwczesne odejście najbliższych”.

– Na ludziach z mojego otoczenia chyba nie zrobiło to takiego wrażenia jak na nas. Myślę, jednak, że to było dość ważne. Po tym komunikacie media zaczęły coraz bardziej nagłaśniać sprawę i mówić o tym, co może się wydarzyć. Jednak Anglicy zrozumieli powagę sytuacji dopiero, gdy zawieszono rozgrywki piłkarskie, a potem zaczęto zamykać bary – opisuje były bramkarz OKS Otwock i KS Falenica.

– Potem doszły jeszcze informacje o zakażeniu księcia Karola i premiera. Oczywiście część Anglików reagowała na to w typowy dla siebie sposób, z jednej strony przesyłając życzenia i wyrażając zaniepokojenie, a z drugiej robiąc sobie z tego żarty. Myślę jednak, że już po ogłoszeniu lockdown zmienili podejście do tego, co się dzieje. Kolejne przypadki pokazały, że sytuacja jest poważna i żarty się skończyły, choć wciąż są wyjątki – dodaje 39-latek.

Liczba osób, u których wykryto koronawirusa, przekroczyła 25 tysięcy. Fala zachorowań wciąż rośnie. – Tu, gdzie mieszkam, niedaleko Sheffield, nie widać paniki na ulicach, ale ze sklepów już zniknęły środki czystości, papier toaletowy, a przede wszystkim płyny do dezynfekcji. Sytuacja jest jednak dość dziwna. Rząd ogłosił dla całej Wielkiej Brytanii lockdown, który mimo wszystko nie jest przestrzegany. W teorii osoby, które nie są tzw. key worker, czyli nie pracują w firmach zajmujących się produkcją żywności, lekarstw czy środków pomocy, powinny pozostać w domu. Tymczasem większość fabryk działa, a ludzie najzwyczajniej w świecie chodzą do pracy
– mówi Goleniewski.

– Moja żona pracuje w fabryce, nie należącej do key worker, i mimo napominania przez rząd właściciel stwierdził, że nie zamknie zakładu. Żona chodzi więc codziennie do pracy, a my, zgodnie z wytycznymi, zostajemy w domu. Jednak taka izolacja nie ma chyba większego sensu, bo żona cały czas jest narażona na infekcje i może zarazić również nas. W naszym mieście na razie jest w miarę bezpiecznie. Mówi się o trzech przypadkach zakażeń, ale w leżącym tuż obok Sheffield jest już ponad 40 chorych. Cały czas obserwujemy rozwój sytuacji – dodaje.

Mimo sporego zagrożenia rodzina Goleniewskich nie zastanawiała się nad tym, czy opuścić kraj, do którego przybyła przed sześcioma laty. – Choć nie mam dobrych doświadczeń z brytyjską służbą zdrowia, to wolę zostać. Jesteśmy tu kilka lat, ułożyliśmy sobie życie, a w Polsce musielibyśmy wszystko zaczynać praktycznie od nowa, nie mając żadnej gwarancji, że po pandemii znajdziemy pracę. Poza tym musimy też patrzeć na syna. On tu chodzi do szkoły i dla niego przyjazd do Polski, przejście do polskiej szkoły byłoby kolosalną różnica. Nie chcielibyśmy dokładać mu zmartwień – mówi Goleniewski.

Hiszpania

LUDZIE STALI SIĘ SMUTNI

Krystyna Bracey, z domu Marton, jest otwocczanką. Od dawna mieszka jednak poza Polską, najpierw osiedliła się w Wielkiej Brytanii, skąd pochodzi jej mąż, a od jesieni 2014 roku mieszka w hiszpańskiej Walencji. Sytuacja tam nie jest tak dramatyczna jak w Madrycie, ale wirus też szybko się rozprzestrzenia. To tam była pierwsza ofiara śmiertelna.

Krystyna Bracey z mężem Glennem i córką Bluebell nie tracą dobrego humoru. Może to zasługa hiszpańskiego słońca?

– Przenieśliśmy się z artystycznego, nadmorskiego Brighton do słonecznej Walencji, miasta, które ma 320 słonecznych dni w roku. Miasta pomarańczy i sangrii, radosnych ludzi, którzy zawsze mają czas, aby usiąść na tarasie i wypić swoją ulubioną kawę. Od czasu wybuchu koronawirusa życie toczy się tutaj zupełnie inaczej – opowiada Krystyna. – Pełne zamknięcie w Walencji rozpoczęło się oficjalnie 16 marca, zaledwie dwa dni po moich urodzinach. Planowaliśmy tygodniowy wyjazd na Gran Canarię, ale oczywiście go odwołaliśmy, ponieważ loty do i z Walencji były stopniowo ograniczane, a w końcu zostały całkiem wstrzymane – mówi.

Życie jest sparaliżowane. Dozwolone są tylko wyjścia do sklepów spożywczych, lekarzy czy aptek. Otwocczanka opowiada, że poza domem pracują tylko osoby, które są w swoich firmach niezbędne i muszą mieć dokument, który potwierdzi to w przypadku kontroli przez policję. Zabronione są wszelkie spotkania towarzyskie, spacery lub ćwiczenia na świeżym powietrzu. Wszystkie parki i place zabaw, a nawet publiczne plaże są zamknięte. Za złamanie zakazu grożą wysokie grzywny.

– Działają sklepy z żywnością oraz sklepiki z papierosami i cygarami. To trochę ironiczne ze względu na to, że wirus atakuje płuca, zwłaszcza te w gorszej formie. 99 procent firm jest zamkniętych. Dla hiszpańskiej gospodarki to katastrofa. Mam kilku znajomych, którzy są właścicielami firm turystycznych i już są zadłużeni i narażeni na utratę wszystkiego – relacjonuje. – Odwołano wszystkie wydarzenia, w tym największy coroczny festiwal Las Fallas odbywający się od lat 50. XIX wieku. Co roku odwiedza go ponad dwa miliony ludzi, a dochód z niego sięga 60 milionów euro. Tych pieniędzy nie będzie. Wcześniej festiwal nie odbywał się tylko podczas drugiej wojny światowej i wojny na Kubie – podkreśla.

To, co Krystynę uderza najbardziej, to zmiana widoczna w ludziach, którzy stracili uśmiech. Znikł też kontakt wzrokowy, tak typowy dla Hiszpanów. – Gdy idę na zakupy i widzę tę ogromną zmianę, jest mi smutno. Wszyscy są zagubieni i pogrążeni w strachu. Mimo wszystko każdego wieczoru o godz. 20 Hiszpanie wychodzą na swoje balkony i klaszczą przez kilka minut, aby podziękować pracownikom służby zdrowia, okazać solidarność, a także by pomachać do siebie. Potem nasz sąsiad mieszkający naprzeciwko prowadzi „dyskotekę”. Ostatnio słuchaliśmy między innymi klasyku Glorii Gaynor z lat 70. pt. „I Will Survive”. To oznacza „Przetrwam” i tego się trzymamy! – dodaje Krystyna Bracey.

Szwecja

ZIMNA KREW SKANDYNAWÓW

Na drugim biegunie są mieszkańcy Szwecji, gdzie obowiązuje znacznie mniej ograniczeń, mimo że w tym kraju jest już ponad cztery tysiące zarażonych osób i około 150 zgonów z powodu koronawirusa.

Małgorzata Dziewanowska na swoim balkonie. W tle opustoszała ulica Sztokholmu

– Staramy się siedzieć w domach, ale nie ma takiego odcięcia jak w Polsce – opowiada Małgorzata Dziewanowska, która pochodzi z Otwocka, a w stolicy Szwecji mieszka od lat 80. – Otwarte są sklepy i galerie handlowe, bary i restauracje, choć ruch w nich jest bardzo mały. Większość działa zatem co drugi dzień, w środku jest luźno i ludzie siedzą w bezpiecznej odległości od siebie. Działają przedszkola i najmłodsze oddziały szkół podstawowych, które tu są trójstopniowe. Zamknięto natomiast oddziały starsze, szkoły średnie i uczelnie wyższe. Chodzi przede wszystkim o fakt, że studenci i starsi uczniowie korzystają głównie z komunikacji miejskiej. Ta działa normalnie, ale wprowadzono strefy bezpieczeństwa i zabezpieczono miejsca kierowców. Można też bez przeszkód korzystać z miejskich parków i placów zabaw – mówi.

Podobnie jak na całym świecie, i tam w sklepach na początku zabrakło papieru toaletowego, środków dezynfekujących i drożdży, z którymi nadal jest kłopot. Wprowadzono również specjalne godziny, w których seniorzy mogą robić zakupy. Mimo wszystko życie płynie stosunkowo normalnie. Czy to położenie sprawia, że Szwedzi zachowują zimną krew?

– Wydaje mi się, że coś w tym jest. Szwedzkie społeczeństwo jest bardziej zdyscyplinowane, ułożone i być może dlatego nie ma tak wielu ograniczeń narzuconych przez rząd. Mimo sporej swobody ludzie zachowują się rozsądnie i trzymają zaleceń. Czy ta taktyka okaże się skuteczna? Przekonamy się w najbliższych tygodniach – ocenia Małgorzata Dziewanowska.

– Na takie decyzje mają z pewnością wpływ dwa czynniki. Przede wszystkim jest tu znacznie mniej ludzi. Na ponad 450 tysiącach kilometrów kwadratowych żyje niewiele ponad 10 milionów osób. Jest dużo mniejsze niż w innych krajach zagęszczenie mieszkańców, zwłaszcza na północy kraju, gdzie – o ile wiem – nie ma jeszcze żadnego przypadku zakażenia. W Szwecji mamy 23 osoby na kilometr kwadratowy, we Włoszech, gdzie żyje ponad 60 milionów ludzi, jest 200 osób na kilometr! Poza tym u nas nie ma typowych dla południa Europy czy nawet Polski wielopokoleniowych domów, gdzie tak łatwo roznosi się wirus. Szwecja jest na pierwszym miejscu w Europie, jeśli chodzi o liczbę jednoosobowych gospodarstw domowych. Epidemia raczej nie rozprzestrzeni się tak jak w Hiszpanii czy we Włoszech, ale oczywiście nie należy jej bagatelizować – podsumowuje Małgorzata Dziewanowska.

Niemcy

TU SYSTEM JEST BARDZIEJ WYDAJNY

W malowniczym i pięknie położonym nad rzeką Neckaru Heidelbergu od wielu lat mieszka Jarosław Chmielewski. Urodził się w Otwocku, ale do Niemiec wyjechał jeszcze jako dziecko i tam już został. Pracuje w branży medycznej, więc na problem pandemii patrzy też przez pryzmat zawodowy.
– 1 kwietnia w Niemczech było 68 tysięcy zarażonych i 682 przypadki śmiertelne, czyli 1 procent. Jest duża wykrywalność, ponieważ od razu zaczęto przeprowadzać testy. Co ciekawe, to byli w większości ludzie w sile wieku, około 40 lat, którzy na przykład wrócili z nart we Włoszech. Oni generalnie cieszą się lepszym zdrowiem i sobie radzą. Średnia wieku tych, którzy umarli, to 80 lat – opowiada Chmielewski.

– Służba zdrowia panuje nad sytuacją. Cóż, tu państwo jest jednak bardziej wydajne i lepiej zarządzane. Nie ma na przykład szpitali bez maseczek, pojawiają się incydentalnie braki, ale nie ma z tym dużego problemu. System nie jest z natury nieudolny. Niemieckie szpitale jeszcze przed pandemią miały 30 tysięcy łóżek dla osób wymagających intensywnej terapii z respiratorami, a teraz zamówiono kolejne i ma ich być łącznie 50 tysięcy. W całych Włoszech takich łóżek mieli pięć tysięcy. Do niemieckich szpitali trafiają zresztą pacjenci z północy Włoch i Francji, dla których zabrakło miejsca w ich krajach – dodaje.

Jeśli chodzi o ograniczenia, w Niemczech wygląda to niemal identycznie jak w Polsce. Działają sklepy spożywcze, drogerie, apteki, także urzędy, ale wszystko w ograniczonej formie i przy zachowaniu zasad bezpieczeństwa. Dozwolone są spotkania tylko w dwuosobowych grupach.

– Bary i restauracje są pozamykane. Place zabaw również, ale parki nie, jednak ludzie chodzą tylko sami albo w parach i zachowują odległość. Tak samo jest w sklepach przy kasach. Nie widziałem jeszcze kolejek przed wejściem, ale u nas bardzo się przerzedziło, bo Heidelberg jako miasto akademickie jest teraz pozbawione studentów, których normalnie jest tu prawie 30 tysięcy. Ludzie są dość karni, słuchają zaleceń, choć są wyjątki. Ktoś opuścił mieszkanie podczas kwarantanny albo jakaś grupa młodzieży zebrała się i musiała interweniować policja – relacjonuje mieszkaniec Heidelbergu.

Zasadnicza różnica dotyczy kwarantanny. W Niemczech też trwa ona dwa tygodnie, ale jest obowiązkowa tylko dla osób, które mają pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa. Samo podejrzenie nie kwalifikuje jeszcze do kwarantanny. Podobnie jest z osobami wjeżdżającymi do Niemiec – nie są one automatycznie wysyłane na kwarantannę, tak jak w Polsce.

– Ja pracuję z domu już trzeci tydzień, ale co kilka dni wychodzę, robię zakupy. Przed tygodniem dostałem gorączki, pojawiły się obawy, zadzwoniłem do lekarza, zrobił wywiad, pytał, czy miałem kontakt z kimś, kto mógł być zarażony. Nie miałem. Poza tym z objawów pojawił się u mnie tylko lekki kaszel i ta gorączka, więc nie skierowano mnie na testy. Teraz jestem już w pełni sił – zaznacza Jarosław Chmielewski.

– Tu ciekawostka. W Heidelbergu na jednym z placów stworzono centrum testów, które pod opieką lekarza wykonują studenci medycyny. To działa jak McDrive w McDonaldzie – podjeżdża się samochodem do okienka, pobierany jest wymaz i wracasz do domu. Jeśli wynik jest pozytywny, ale nie ma ciężkich objawów, zostaje się na domowej kwarantannie – tłumaczy.

Niemiecka gospodarka stoi jak wszędzie, ale ma wsparcie państwa. Mogą na nie liczyć zarówno wielkie koncerny, np. Volkswagen, jak i małe firmy. – O ile wiem, te, które zatrudniają do pięciu osób, dostają po 9 tys. euro, a te powyżej pięciu – 15 tys. euro. Pieniądze są wypłacane szybko. Kryzys bardzo odczuwają rolnicy, którzy zawsze liczą na duży napływ pracowników sezonowych, kiedyś głównie z Polski, teraz raczej z Rumunii. Co roku jest to kilkaset tysięcy ludzi. Teraz ich nie ma i już mówi się o tym, że odbije się to na rynku szparagów, potem pewnie truskawek i innych warzyw oraz owoców – mówi Chmielewski.

– Nie wiemy, w jakim punkcie epidemii jesteśmy, ale w kraju już myśli się o tym, co będzie potem. Ostatnio któryś polityk rzucił hasło, że trzeba przygotować się do tego, jak będziemy wracać do normalności. Ludzie muszą wiedzieć, że jest jakaś perspektywa. W ogóle trzeba zaznaczyć, że tu język komunikacji politycznej jest zupełnie inny niż w Polsce. Bliższy eksperckiemu, nie tak emocjonalny. Politycy nie podkreślają za każdym razem, że tak jak my, to nikt inny sobie nie radzi – ocenia Chmielewski. – À propos języka, to wraz z epidemią pojawiło się nowe wyrażenie na pożegnanie, które dowodzi jakiejś wzajemnej troski. Brzmi ono „Bleiben Sie gesund”, co znaczy dosłownie „Bądź pan zdrów!” – dodaje.

Australia

MAMY BOGATĄ „TARCZĘ”

Na antypodach od lat mieszka Marcin Rek z Otwocka. – 2 kwietnia zakażonych było 5108 osób, a potwierdzonych zgonów osób, u których wykryto koronawirusa – 25. Z moich obserwacji i z raportów medialnych wynika, że australijski rząd jest dość dobrze przygotowany do walki z pandemią i wiele decyzji podjęto w odpowiednim czasie, np. o zamknięciu granic, także tych stanowych, wprowadzeniu kwarantanny dla wszystkich przybywających z zagranicy i dużej liczbie wykonywanych testów – opowiada Marcin Rek.

Ulice i sklepy w Adelajdzie świecą pustkami. Australia jest niekonsekwentna, ponieważ niektóre placówki, np. szkoły, działają bez zmian

Jednak i tam nie brakuje kontrowersyjnych posunięć, np. w całej Australii szkoły są nadal otwarte (poza placówkami, w których wykryto koronawirusa), bez przeszkód działają różne zakłady usługowe, m.in. fryzjerzy. Firmy, które zawiesiły działalność, mogą liczyć na wsparcie państwa.

– Nasza „tarcza” jest naprawdę bogata. Przygotowano 17,6 mld dolarów dla przedsiębiorców z przeznaczeniem na wypłaty dla pracowników. To 1500 dolarów na dwa tygodnie na osobę. Ludzie na zasiłkach dla bezrobotnych otrzymają jednorazowo 750 dolarów. Poza tym od końca kwietnia przez minimum pół roku część zasiłków zostanie podwojona – wymienia mieszkaniec Adelajdy.

– Będą darmowe żłobki i przedszkola. To jest pomoc od rządu federalnego, a każdy rząd stanowy również stara się pomóc jak może. Nie pobiera się np. różnych opłat urzędowych czy czynszu za nieruchomości należące do lokalnych urzędów. Wierzę, że damy radę – nie traci nadziei.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.