Piłka nożna: Kapitan OKS Otwock o powrocie do klubu

Po kilku sezonach Michał Zapaśnik wrócił do macierzystego klubu OKS Otwock, by pomóc mu w awansie do ligi okręgowej. Rundę wiosenną miał zacząć z opóźnieniem ze względu na kontuzję kolana…

Można powiedzieć, że miałeś trochę szczęścia w nieszczęściu z tym urazem. Kontuzja przytrafiła się w momencie, gdy wszyscy mają przymusową przerwę od gry.
– To wszystko potoczyło się w sposób, którego chyba nikt się nie spodziewał. W lutym byłem przekonany, że kilka pierwszych meczów w rundzie wiosennej obejrzę z trybun i dopiero potem dołączę do kolegów na boisku. Sytuacja z wirusem rozwinęła się jednak tak, że teraz wszyscy – nie tylko ja – odpoczywamy od futbolu i czekamy na to, co będzie później.

OKS Otwock był na dobrej drodze do sukcesu, czyli wywalczenia awansu do ligi okręgowej.
– Pierwsza runda była taka, jak sobie założyliśmy, zarówno pod względem zdobytych punktów, jak i miejsca w tabeli. Wygraliśmy pierwszą część sezonu, ale nie można było jeszcze niczego przesądzać. Przed nami była cała runda i wszystko mogło się zdarzyć. Spadek formy czy pechowy występ mogły wszystko zmienić, choć uważam, że ze względu na jakość naszej drużyny tego awansu raczej byśmy nie oddali. Teraz czekamy, jakie będą ustalenia dotyczące zakończenia sezonu.

Tych wariantów zakończenia obecnego sezonu w niższych ligach jest kilka i raczej nie zakładają one dokończenia sezonu na boisku.
– Te warianty są bardzo różne, jedne zakładają spadki i awanse na podstawie tabel z pierwszej części sezonu, inne mówią tylko o awansach, a jeszcze inne o całkowitym anulowaniu dotychczasowych meczów i wyników.

To niewątpliwie byłoby dla nas krzywdzące. Mecze, które już rozegraliśmy, wymagały od nas i od klubu zaangażowania, więc byłoby trochę nie fair, gdybyśmy w przyszłym roku musieli zaczynać wszystko od nowa. Jeśli tak się stanie, będziemy gotowi, by znów powalczyć o zwycięstwo. Nie da się jednak ukryć, że ta przymusowa przerwa jest mimo wszystko dla takiego zespołu jak my – który latem został zbudowany niemal od podstaw – bardzo niekorzystna. Runda wiosenna miała służyć temu, żeby jeszcze lepiej się zgrać, wypracować schematy i wskoczyć na wyższy poziom. Teraz tego czasu i możliwości nie mamy. Nawet jeśli awansujemy, nasza forma na ligę okręgową będzie niewiadomą.

Myślisz, że kolejny sezon rozpocznie się zgodnie z planem?
– Mam nadzieję, że to wszystko za dwa-trzy miesiące jednak się skończy i wrócimy do normalności. Nie wyobrażam sobie, że będziemy musieli trwać w tym stanie dłużej. Nie biorę pod uwagę takiego scenariusza, bo myślę, że konsekwencje izolacji byłyby niewyobrażalne i nieodwracalne. Pewne negatywne skutki obserwujemy po zaledwie kilku tygodniach pandemii, a co dopiero będzie, jeśli ten okres się wydłuży…

Uważasz, że świat futbolu po tym, co nas spotkało, zmieni się, ulegnie przewartościowaniu?
– Myślę, że tak. Zresztą to widać już teraz. Ludzie zaczęli myśleć o innych sprawach niż dotychczas. Sport czy rozrywka zeszły na drugi, a nawet trzeci plan. Na pierwszym są najpilniejsze potrzeby, takie jak praca czy zapewnienie bytu rodzinie. Uważam, że ta sytuacja wpłynie również na to, jak później będzie wyglądał sport czy konkretnie piłka nożna. Myślę, że nie będziemy już świadkami tak drogich transferów. Wiele klubów nawet tych wielkich, topowych, ma problem z funkcjonowaniem…

A co dopiero mówić o tych mniejszych… Dla wielu z nich to może być koniec istnienia.
– To jest chyba teraz największy problem w świecie sportu. Te wszystkie małe kluby, akademie, gdzie odbywa się podstawowe szkolenie zawodników, przeżywają teraz bardzo trudne chwile. One – tak jak Champion Otwock, w którym pracuję jako szkoleniowiec – utrzymują się przede wszystkim ze składek rodziców. Bez tego wsparcia trudno będzie im przetrwać. Dużo dzieci po zakończeniu pandemii może nie mieć gdzie wrócić, bo wiele z tych klubów upadnie. Tego boję się najbardziej. Martwię się także o poziom piłki, który już wcześniej nie stał w naszym kraju na wysokim poziomie. W trakcie kilku lat zrobiliśmy mały postęp w kwestii szkolenia, ale teraz znów możemy się cofnąć.

Wróćmy do tego, co było. Jak z perspektywy czasu oceniasz swoją przygodę z piłką? Czujesz niedosyt?
– Czuję, że nie udało mi się w pełni wykorzystać swojego potencjału, bo było mnie stać na dużo więcej, niż udało mi się osiągnąć. Miałem też sporo pecha, bo nie znajdowałem się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie albo w lepszych momentach przytrafiały się kontuzje. Myślę, że z tej mojej przygody z piłką można jednak wyciągnąć sporo nauki, bo wiem, gdzie popełniłem błędy, co zrobiłem nie tak. To może zaprocentować teraz
w pracy trenera. Uważam, że szkoleniowiec, który jest takim nie do końca spełnionym piłkarzem, ma większą świadomość tego, na co zwrócić uwagę, jak postąpić, niż ten, któremu wszystko się udało. Tym bogatym doświadczeniem teraz mogę dzielić się z moimi młodymi podopiecznymi czy z ludźmi, z którymi będę współpracować.

Najważniejszym momentem w karierze piłkarskiej był dla ciebie chyba mecz młodzieżowej reprezentacji Polski z młodzieżą Legii Warszawa. I ta pechowa kontuzja.
– Powoli wchodziłem w najlepszy dla siebie okres. Byłem wypożyczony z Zagłębia Lubin do Dolcanu Ząbki i tam moja kariera zaczęła się rozwijać. Wszystko szło ku dobremu. Choć byłem nastolatkiem, regularnie grałem w pierwszej lidze. Zaczęły pojawiać się propozycje transferu… Potem przyszło powołanie – a właściwie zostałem dokooptowany w zastępstwie – do kadry Polski. Podczas meczu z Legią Warszawa zostałem sfaulowany i niestety zakończyło się to poważną kontuzją kolana. Zerwanie więzadeł i późniejsza rehabilitacja zastopowały mój rozwój.

Dla 20-latka to musiał być trudny okres.
– To prawda, zresztą po tej kontuzji nie udało mi się wrócić do optymalnej formy fizycznej. Ten uraz został też na długo w mojej psychice. Trudno było pogodzić się z tym, co się stało, zwłaszcza że wydawało się, że to będzie dla mnie przełomowy okres, a przygoda z piłką może wskoczyć na wyższy poziom i nabrać tempa.Szkoda, że tak to się potoczyło, ale teraz już tego nie rozpamiętuję, nie mam do nikogo żalu. Z tego, co mnie spotkało i co działo się później, staram się wyciągnąć jak najwięcej dobrych rzeczy, którymi mógłbym podzielić się z innymi.

Młodzieżowa kadra Polski to też dobre wspomnienia. Michał Zapaśnik grał u boku takich piłkarzy jak Kamil Grosicki, Kamil Glik czy Robert Lewandowski. Może trudno w to uwierzyć, ale przez długi czas to ty, a nie „Lewy”, miałeś więcej powołań do kadry.
– Faktycznie tak było (śmiech). Mieliśmy wtedy naprawdę fajną i silną reprezentację. Dla mnie to też był dobry okres. Podpisałem kontrakt z byłym mistrzem Polski – Zagłębiem Lubin, potem trafiłem do Dolcanu, gdzie mogłem liczyć na regularne występy i ogrywanie się.

Spodziewałeś się, że kariery tych chłopaków tak się rozwiną?
– Szczerze? Nie przypuszczałem, że zajdą tak daleko. Oczywiście, każdy z nich prezentował wysoki poziom – „Grosik” imponował szybkością, Glik siłą, a „Lewy” skutecznością – ale chyba żaden z nas nie spodziewał się, że za kilka lat staną się filarami pierwszej reprezentacji na wiele lat. To jednak pokazuje, jak ciężką pracę wykonali, by dojść tam, gdzie są. Trzeba ich za to chwalić i stawiać za przykład. Ja jestem pełen podziwu dla nich i kibicuję im z całego serca.

W Dolcanie trenowałeś z wieloma szkoleniowcami, ale z tym najważniejszym się minąłeś. Mówię o Dariuszu Dźwigale, który przejął
zespół z Ząbek wkrótce po twoim odejściu do Znicza Pruszków.
– Żałuję, ale nikt nie mógł przewidzieć, że tak się stanie. Uważam, że Darek Dźwigała był doskonałym piłkarzem i równie dobrym trenerem. Dla mnie był też takim aniołem stróżem, bo to w dużej mierze dzięki niemu udało mi się wypłynąć na szersze wody. Widział we mnie potencjał i pomógł mi zaistnieć. Myślę, że gdyby dane nam było razem pracować, to ta współpraca byłaby bardzo owocna, bo to człowiek, który potrafi wykrzesać z zawodnika to, co najlepsze. Może wspólna praca pomogłaby mi wrócić na dawny poziom?

W Ząbkach miałeś za to okazję współpracować z innymi szkoleniowcami, którzy prowadzili kluby w naszym regionie – Marcinem Sasalem i Robertem Podolińskim. Jeśli teraz miałbyś wybrać jednego z nich, na kogo byś się zdecydował?
– Obawiam się, że nie będę obiektywny. Miałem bardzo dobry kontakt z trenerem Sasalem. W szatni koledzy żartowali nawet, że jestem jego przyszywanym synem. Dostawałem od niego dużo szans, praktycznie nie wychodziłem poza wyjściową jedenastkę, więc trudno źle ocenić tę współpracę. Miło to wspominam i dla mnie trener Sasal zawsze będzie ważną postacią.

Jeśli chodzi o trenera Podolińskiego, jego warsztat również oceniam wysoko. Może nie byłem u niego pierwszym wyborem, jak u trenera Sasala, ale myślę, że on też przyczynił się do tego, jakim byłem piłkarzem. Uważam, że to szkoleniowiec, który wkrótce znów powinien dostać szansę na poprowadzenie klubu w Ekstraklasie.

Po Dolcanie był chwilowy powrót do Otwocka, a potem Znicz Pruszków i Polonia Warszawa. Miałeś jakieś wątpliwości przed przyjęciem propozycji gry w stolicy?
– Było o tyle łatwiej, że do Polonii ściągał mnie Marek Końko, z którym miałem okazję grać i trenować w Otwocku. To on przekonał mnie do gry na Konwiktorskiej. Widziałem tam praktycznie same plusy. Klub z tradycjami, dobrze znany mi szkoleniowiec, do tego blisko domu – uważałem to za dobry wybór, choć w tym czasie do gry w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki kusił mnie jeszcze Marek Papszun. Teraz z perspektywy czasu i tego, jak potoczyła się kariera trenera Papszuna (szkoleniowiec Rakowa Częstochowa – przyp. red.), trudno mi jednoznacznie ocenić, czy to była dobra decyzja. Może lepszym wyborem okazałoby się przejście do Świtu…

Znów element szczęścia i odpowiednich wyborów.
– Dokładnie. Tych decyzji w mojej karierze było sporo, ale jak pokazał czas, nie wszystkie były trafne i może dlatego moja kariera nie potoczyła się tak, jak bym chciał.

Po Polonii trafiłeś do Huraganu Wołomin, gdzie po rozegraniu niecałego sezonu zrobiłeś sobie przerwę. To był świadomy wybór?
– W pełni świadomy. Doszedłem do wniosku, że już chyba czas skończyć przygodę z piłką. Gra na niższym poziomie może dostarczyć tylu wrażeń – nie zawsze pozytywnych – o których można by napisać grubą książkę. Człowiek czasami chciał zrobić coś więcej, ale często był stopowany przez polskie futbolowe realia. Doszedłem w końcu do wniosku, że trzeba coś zmienić, i stąd pomysł na przejście na „drugą stronę mocy” i rozpoczęcie pracy w charakterze trenera.

OKS musiał długo namawiać cię do zmiany zdania i powrotu na boisko czy zadecydował sentyment?
– Cały czas śledziłem, co działo się z moim macierzystym klubem, i powiem, że bolały mnie kolejne spadki. Propozycja powrotu bardzo mnie zaskoczyła, bo nie spodziewałem się, że pojawią się plany odbudowy zespołu. Jak poznałem strategię dotyczącą tego, jak ma się to odbywać, uznałem, że warto pomóc. Tyle lat tu spędziłem i moje serce nie mogło odmówić.

Bardzo ci zależało, żeby zagrać z bratem Arkiem w jednej drużynie?
– Myślałem, że to się już nie wydarzy. Obaj jesteśmy wychowankami OKS Otwock, ale wcześniej nigdy nie było nam dane zagrać razem. Dopiero po trzydziestce udało się spełnić to marzenie, chociaż wcześniej Arek namawiał mnie na rozegranie kilku meczów w barwach Advitu. Wtedy jednak wolałem odpoczywać od futbolu.

Rozmawiał Marcin Suliga

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.