Leszek Lichota: „Wiedziałem, czego w życiu nie chcę”

Trzeba zacząć od tego, że Leszek Lichota to naprawdę swój chłop. Dokładnie takie robi wrażenie, a rozmowa z nim potwierdza, że sława go nie odmieniła. Lubi spokój, popularność traktuje jak nieodłączny element swojej pracy, który ani nie jest szczególnie istotny, ani kłopotliwy. Trzeba go po prostu zaakceptować. Aktor chętnie dzieli się wspomnieniami. O swoich aktorskich doświadczeniach, szczęściu, górach, snookerowej pasji i edukacji domowej opowiada w rozmowie z Przemkiem Skoczkiem.

Leszek Lichota urodził się w Wałbrzychu, ale od 13 lat jego domem jest Józefów. Odpowiada mu leśna atmosfera tej okolicy,
bo wielkomiejski gwar i „bywanie” raczej go męczą. Widzowie pokochali go za role w serialach „Na Wspólnej” i „Prawo Agaty”, ale przede wszystkim za postać Wiktora Rebrowa ze znakomitej „Watahy”

Zacznijmy od początku, czyli od Wałbrzycha, który jest miejscem szczególnym. Pewnego magicznego wymiaru nadała mu proza Joanny Bator – pisarki, która też tam dorastała. Jakie są pana relacje z rodzinnym miastem?
– W dzieciństwie Wałbrzych był po prostu moim domem. Wtedy nie oceniałem go w żadnych kategoriach i nie zauważałem wielu rzeczy. Były dla mnie normalne. Zmieniło się to, gdy wyjechałem na studia, a potem wracałem tam z moimi kolegami, którzy zachwycali się tym miastem. Spojrzałem na nie ich oczami. Dostrzegłem jego wyjątkowość, surowe piękno, te wszystkie industrialne krajobrazy.

Zawsze miałem silne związki z okolicami Wałbrzycha, bo mamy tam wspaniałą przyrodę i góry, które jako nastolatek schodziłem z kumplami wzdłuż i wszerz. Góry Sowie, Stołowe, masywy Śnieżnika, Śnieżka. Przez kilka lat właściwie co weekend wypuszczaliśmy się na jedno- albo dwudniowe wyprawy. Mam z nich piękne wspomnienia i są to miejsca bardzo mi bliskie.

Jak wyglądała droga chłopaka z Wałbrzycha do warszawskiej szkoły teatralnej? Z biografii wynika, że robił pan sporo rzeczy, od pracy jako instruktor narciarstwa, do stania na bramce w klubie. Nie znalazłem nic o aktorskich doświadczeniach z młodości.
– Wałbrzych to miasto niewielkich perspektyw. Ja dość długo nie wiedziałem, co chcę robić w życiu, ale świetnie wiedziałem, czego robić nie chcę. Można było iść do technikum górniczego albo do samochodówki, liceów nie liczę. Nic z tych rzeczy mnie nie interesowało. Wtedy powstawało nowe technikum hotelarskie i podobał mi się sam fakt, że jest to coś innego, alternatywnego. Wybrałem więc hotelarstwo. Było fajnie. Uczono nas trzech języków, no i mieliśmy miesięczne praktyki wyjazdowe do hoteli, a to zawsze obiecująca perspektywa dla nastolatka. Tego kierunku nie chciałem jednak kontynuować na studiach.

W tym czasie często chodziłem do teatru i byłem nawet krótko w kółku teatralnym. Coś mnie w tym zaczarowało. Nie umiem tego do końca określić. To bycie na scenie, przykuwanie uwagi widza swoją interpretacją czyjegoś tekstu, wkładane w to emocje – czułem przy tym motyle, po prostu zażarło. I pomyślałem, że może to jest jakiś pomysł na życie, choć dość abstrakcyjny. Postanowiłem dać sobie szansę i poszedłem na egzamin do szkoły teatralnej we Wrocławiu. Nie miałem jednak o niczym pojęcia, w ogóle się nie przygotowałem i natychmiast mnie z egzaminu wyrzucono.

To był dla mnie prztyczek w nos i ważna lekcja. Zawziąłem się i poszedłem na roczne zajęcia w prywatnej szkole w Krakowie, która słynie z dobrego przygotowywania do egzaminów aktorskich. Trzeba przyznać, że znają się na robocie, bo po roku złożyłem papiery do wszystkich czterech szkół teatralnych i po kolei zdawałem wszystkie egzaminy.

Wybrał pan jednak nie Kraków czy Wrocław, ale Warszawę. Chodziło o fakt, że to miasto największych możliwości?
– Nie, w takich kategoriach się wtedy nie myślało. W Warszawie poszło po prostu najszybciej. Jednak przede wszystkim od początku poczułem tam dobrą atmosferę od ludzi, od innych studentów i to było kluczowe. Inna sprawa, że w Warszawie przyjmuje się więcej osób, niż potem kończy studia. Jest spory odsiew i trzeba bardzo się starać, a ja muszę czuć taki bat nad sobą, bo z natury jestem leniwą osobą.

Aktorstwo to niełatwy kawałek chleba. Pan na sukces pracował dość długo.
– Jak każdy zawód artystyczny, aktorstwo jest nieweryfikowalne, bardzo intuicyjne. Nie sposób sobie wyliczyć, co trzeba zrobić, aby osiągnąć sukces, albo ile pracy włożyć, żeby się to przełożyło na aktorską karierę. Wydaje mi się, że kluczowe jest tu szczęście. Między innymi do ludzi, którzy staną na naszej drodze. Ważna jest też determinacja, bo trzeba chcieć, oraz podejmowane wybory. Niektórzy wskakują w ten pędzący ekspres kariery od razu, jak na przykład Borys Szyc. Inni muszą bardziej się postarać i próbować raz drzwiami, raz oknem.

Ja po szkole trafiłem do zespołu Teatru Polskiego w Poznaniu. Dobrze się tam czułem, zdobywałem doświadczenie, pracowaliśmy nad znakomitymi sztukami ze wspaniałymi reżyserami. Dlatego gdy podejmowałem decyzję, by iść do telewizji i zacząć grać w telenoweli – bo chciałem po prostu zarobić na chleb, teatralna gaża jest skromna – było to różnie postrzegane. Sam nie czułem się z tym komfortowo. Jednak czas pokazał, że nigdy nie wiemy, jak jakaś decyzja wpłynie na nasze dalsze losy.

Aktorzy nie są w stanie sami zaplanować swojej przyszłości. Możemy tylko chcieć. Pozostając w teatrze, nie dałbym sobie szansy na to, by ktoś mnie zauważył. Grając w „Na Wspólnej”, zostałem wypatrzony przez Krzyśka Łukaszewicza, który pracował nad scenariuszem „Linczu” i choć się nie znaliśmy, okazało się, że pisze tam rolę specjalnie pode mnie, bo spodobała mu się moja gra w serialu.

W „Linczu” zagrałem swoją pierwszą główną rolę filmową, dostałem za nią nagrodę. Na tej fali przyszły kolejne propozycje, między innymi gry w serialu „Prawo Agaty”. Współpraca z Krzyśkiem Łukaszewiczem układała się na tyle dobrze, że zaprosił mnie na plan „Karbali”. Z jednej decyzji wynikają następne, tak to działa.

À propos „Prawa Agaty”, ponoć musiał pan zrzucić do roli 13 kg? To dowód dużej determinacji.
– Nie tylko do tej roli (śmiech). Nieraz słyszałem, że jeśli chcę coś zagrać, to muszę schudnąć z 10 kg. Czasem człowiekowi jest za wygodnie i nie chce mu się o siebie zadbać albo się chce, ale brakuje determinacji. Dobrze mieć taki impuls z zewnątrz. W „Prawie Agaty” miałem grać zupełnie inną rolę, ale ktoś z produkcji zauważył, że nadawałbym się na Dębskiego, czyli główną postać męską. To jednak elegancki facet w skrojonych na miarę garniturach, musi w nich dobrze wyglądać i dostałem warunek: my cię chcemy. Jeśli ty też chcesz, to masz dwa, trzy miesiące.

Im jestem starszy, tym trudniej jest mi się zmobilizować. Podobnie było z „Watahą”, do której musiałem ostro trenować i dużo się przygotowywać. Pracowałem nad formą i kondycją, żeby przeżyć ten plan. To były prawdziwe góry i trzeba się było po nich nabiegać.

Oglądając „Watahę”, dostrzegłem, że czuje się tam pan jak u siebie. Teraz to rozumiem, gdy słyszę o młodzieńczych wyprawach.
– To prawda. Bieszczady przypominają miejscami okolice Wałbrzycha. Góry są nie za wysokie, mają łagodne stoki. Rzeczywiście czuję się tam trochę jak u siebie. Jednak praca na planie to nie wędrowanie po szlakach. Realizacja tego serialu była bardzo wyczerpująca, ale i ogromnie satysfakcjonująca. Dodam, że teraz też jestem na diecie. Jeśli dobrze pójdzie, za dwa miesiące mamy zacząć zdjęcia do filmu, który znów wymaga ode mnie dobrej formy. Zdjęcia miały ruszyć w marcu, ale branża na razie całkowicie stoi.

Gra pan sporo w telewizji i kinie. Jest jeszcze czas na teatr?
– Oczywiście. Nigdy nie przestałem grać na scenie. Staram się nie podejmować zbyt wielu innych zobowiązań właśnie po to, by mieć na to czas. W Teatrze Dramatycznym w Warszawie od 10 lat gramy spektakl Tadeusza Słobodzianka „Nasza klasa”, jeden z najgenialniejszych dramaturgicznie tekstów, jakie dane mi było w życiu przeczytać. Jest to zresztą jeden z najczęściej wystawianych polskich tekstów na świecie. Wstrząsająca relacja opowiadająca o Polakach i Żydach w Jedwabnem.

Sporo jeżdżę też ze spektaklami po Polsce, bardzo lubię tę formę kontaktu z publicznością. Tych tytułów jest sporo, świetne towarzystwo na scenie, zjeździliśmy Polskę wzdłuż i wszerz. Z niektórymi wyjeżdżaliśmy też za granicę, do Kanady i Australii, grając dla Polonii. Najnowszy spektakl to francuska komedia „Wiesz, że ja wiem”. Zagraliśmy ją tylko siedem razy, bardzo spodobała się publiczności, plany były więc ambitne, ale przyszedł wirus. Mam nadzieję, że jesienią wznowimy granie i trafimy z nim także do Józefowa i Otwocka.

Czytałem o pana dwóch nowych projektach. Pierwszy ma intrygujący tytuł „Fucking Bornholm”. Drugi to rola Stanisława Dygata.
– „Fucking Bornholm” to szczególny przypadek. Jest to bardzo fajna opowieść o czwórce przyjaciół spędzających wakacje na tytułowej wyspie. To miała być fabuła, ale projekt ciągnął się dość długo, były problemy z finansowaniem. Teraz mamy, co mamy. Zrodził się więc pomysł, by przerobić scenariusz na kilkuodcinkowe słuchowisko radiowe. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Natomiast drugi film jest już w fazie postprodukcji. Zdjęcia zakończyliśmy w lutym, pracowaliśmy pod roboczym tytułem „Jesienna dziewczyna”, ale zdaje się, że ten oficjalny ma brzmieć „Bo we mnie jest seks”. To opowieść o Kalinie Jędrusik, w którą wciela się Marysia Dębska, ja gram jej męża Staszka Dygata. Film nie jest biografią, przedstawia tylko pewien wycinek z życia Kaliny Jędrusik. Najbardziej spodobało mi się w scenariuszu to, że nie jest do końca realistyczny, a ja nigdy nie brałem udziału w podobnej produkcji. Nie chcę jednak za dużo zdradzać. Mam nadzieję, że na początku przyszłego roku film trafi na ekrany kin.

Porzućmy zatem świat filmu i porozmawiajmy o… snookerze.
– Z przyjemnością, to moja wielka pasja. A w ostatnich tygodniach jedno z głównych zajęć (śmiech). Mam w domu stół i dużo czasu na treningi. Gdy wybuchła epidemia, przygotowywałem się do Mistrzostw Polski Biznesu, Artystów i Sportu, które są organizowane od pięciu lat. Impreza miała odbyć się w kwietniu. Czekamy na nowy termin.

Jak najprościej wyjaśni pan laikowi, czym różni się snooker od bilardu?
– Tym, czym szachy od warcabów. Niby plansza ta sama, ale zasady, strategia i możliwości zupełnie inne. Od strony technicznej stół do snookera jest prawie dwa razy większy od bilardowego, kieszenie są dużo ciaśniejsze, bile są mniejsze, a stopień trudności o niebo większy. Gra się na punkty, a nie na to, kto pierwszy wbije ostatnią bilę. To gra bardzo strategiczna, wymagająca dużych umiejętności technicznych, a wbijanie bil to rzecz raczej poboczna. Kluczowa jest kontrola białej bili i to, gdzie potoczy się po uderzeniu i jak ustawi do następnego ruchu. Sporo z tym zabawy.

Cisza józefowskich lasów sprzyja skupieniu na grze. Jak się panu tu mieszka?
– Wspaniale. Przeprowadziliśmy się do Józefowa 13 lat temu. Gdy pierwszy raz wyszedłem z samochodu i wciągnąłem w płuca powietrze, poczułem się jak kiedyś na obozie harcerskim. Miasto jest rozległe, zapewnia spokój i intymność. My nie potrzebujemy do szczęścia nocnych klubów i gwarnych kawiarni, więc tu odnajdujemy się znakomicie.

Na koniec zostawiłem pytanie związane z tematem, który jest teraz poważnym wyzwaniem dla wszystkich rodziców. Zdalna, domowa edukacja. W pana rodzinie to jednak żadna nowość.
– Zdecydowaliśmy się na edukację domową już cztery lata temu i miało to związek z podróżą, jaką odbyliśmy całą rodziną do Ameryki. To taka przygoda życia, trwała pół roku, zjechaliśmy Kanadę, Stany Zjednoczone, Meksyk i Kubę. Żeby córka i syn nie tracili roku szkolnego i po powrocie mogli normalnie kontynuować naukę, bez powtarzania roku, postanowiliśmy uczyć ich w podróży sami. I tak im się to spodobało, że do szkoły już nie wrócili.

Przede wszystkim przekonaliśmy się, że edukacja domowa zajmuje w sumie mniej czasu. Dzieci po iluś godzinach w szkole i tak muszą jeszcze pracować w domu. My przy dobrej organizacji zajęć jesteśmy w stanie robić to szybciej i efektywniej. Mamy też zupełnie inny system. Dzieci nie uczą się wszystkiego równocześnie. Przez dwa miesiące realizujemy cały roczny program dwóch przedmiotów, na przykład historię i matematykę. Nic więcej. Na tym się skupiamy. Dzieci zaliczają egzaminy i przechodzimy do kolejnych przedmiotów. To świetnie się sprawdza. Oczywiście nie uczymy ich wszystkiego sami, mamy korepetytorów języków obcych oraz z chemii i fizyki, ale resztę ogarniamy sami.

Szkoła średnia też będzie tak wyglądać? Poza nauką ważne jest przecież uspołecznianie dzieci.
– Córka jest w siódmej klasie, więc ta decyzja jest już blisko, ale myślę, że będzie to już tradycyjna szkoła, właśnie z powodu budowania więzi społecznych. Czy teraz coś tracą? Trudno powiedzieć. To jak z tym ptakiem w klatce, który nie wie, jak żyje się poza nią. Oczywiście nie izolujemy dzieci. Mają kolegów i koleżanki, choć to grono siłą rzeczy jest mniejsze niż w szkole. Czas pokaże, jak to ocenią. Może będzie jak u mnie z tym Wałbrzychem. Wydawał mi się banalny, a z perspektywy czasu okazał się wyjątkowy.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.