Małymi sukcesami budować przyszłość

BARTŁOMIEJ SZCZĘSNY, 23-letni zawodnik klubu Red Gloves Warszawa, bokserskie doświadczenie zdobywał w formule olimpijskiej, jednak przed wybuchem pandemii koronawirusa udało mu się zadebiutować na zawodowym ringu. Teraz szykuje się do kolejnego starcia.

Rozmawiamy 10 czerwca, w dość ważnym dla boksu okresie, czyli w momencie, gdy w USA i na całym świecie odbyły się pierwsze walki bokserskie od czasu ogłoszenia pandemii koronawirusa i zawieszenia wszelkich imprez sportowych.
– To prawda, pierwsze od blisko trzech miesięcy walki właśnie się odbyły, więc wygląda na to, że wszystko powoli wraca do normy. Mam nadzieję, że nie tylko w USA, lecz także w naszym kraju ta cała machina ruszy i planowane wcześniej zawody również się odbędą.

Takie są chyba plany, pierwsza ma być gala w Kielcach.
– Albo w Konarach, gdzie pojawi się Mariusz Wach. Jesteśmy już coraz bliżej powrotu.

A ty kiedy planujesz powrót na ring i kolejną walkę?
– Dokładnej daty jeszcze nie potwierdzono, ale ze wstępnych ustaleń wynika, że będzie to w połowie lipca. Prawdopodobnie walka odbędzie się w Warszawie, a moim przeciwnikiem ma być doświadczony bokser z Białorusi. To wiadomość na dziś, bo sytuacja jest dynamiczna i może dojść do jakichś zmian.

Z jednej strony pewnie się niecierpliwisz, bo chcesz już wyjść na ring, a z drugiej nie masz pewności, czy walka w ogóle się odbędzie.
– Organizator zapewnił mnie, że do walki dojdzie. Na razie jednak nie wiadomo, gdzie i kiedy się odbędzie. Razem z trenerem przygotowujemy się na połowę lipca, ale wciąż czekamy na informację od przedstawicieli gali.

Jak wyglądały u ciebie ostatnie tygodnie? Czy wybuch pandemii, liczne zakazy dla sportowców były wyzwaniem, czy może dla boksera nie stanowiło to dużego problemu, bo to indywidualny sport, a zawodnik większość przygotowań prowadzi sam?
– To nie był łatwy czas. Znajdowałem się w o tyle dobrej sytuacji, że na początku wprowadzania obostrzeń byłem świeżo po pierwszej walce na zawodowym ringu i potrzebowałem odpoczynku i regeneracji, więc brak normalnego treningu nie był aż tak odczuwalny. Potem jednak, gdy trzeba było już wrócić do poprzedniego trybu pracy, zrobiło się trudno. Zamknięte sale treningowe, brak kontaktu z innymi zawodnikami czy trenerem – czyli takiej mojej sportowej codzienności – były dość męczące. Starałem się jednak dostrzec jakieś zalety tej sytuacji i pracować nad tymi aspektami mojej formy, którym wcześniej poświęcałem nieco mniej czasu.

Nie bałeś się zdecydowanego regresu formy?
– Taki mały regres następuje zazwyczaj po każdej z walk, gdy się odpoczywa. Trzeba to potem sumiennie odpracować, więc nie bałem się, że moja dyspozycja może drastycznie spaść. Oczywiście brakowało sparingów na ringu, ale myślę, że taki okres też dobrze mi zrobił. Był czas, żeby zastanowić się nad sobą, pomyśleć, co robić dalej i jak zoptymalizować trening, by poprawić formę czy technikę.

Ty i kilku innych kolegów po fachu mieliście sporo szczęścia, bo gala w Łomży odbyła się tuż przed wprowadzeniem obostrzeń. Tydzień później już nie moglibyście wejść na ring.
– To prawda. Zresztą już wtedy było widać pierwsze zmiany. Przed wejściem pojawili się ludzie, którzy mierzyli wszystkim temperaturę, odbywało się selektywne wpuszczanie na halę, tak że już było widać, że sytuacja się zmienia. Na szczęście nam udało się uniknąć całkowitego zablokowania zawodów i mogliśmy stoczyć swoje walki.

Dla ciebie to był bardzo ważny moment. Gala Knockout Boxing Night 10 to twój pierwszy pojedynek na zawodowym ringu. Rywalem był może niezbyt utytułowany, ale doświadczony Przemysław Binienda.
– Dla mnie to był debiut w zawodowstwie. Wcześniej walczyłem w formule olimpijskiej. Może różnica nie była tak drastyczna, bo to jedna runda więcej, ale myślę, że taka formuła bardziej mi odpowiada.

Wolniejsze tempo walki, skupienie na pojedynczych ciosach. Przeciwnik miał za sobą blisko 30 pojedynków, głównie z rywalami z zagranicy. Ja lubię takie walki i takich przeciwników, bo zawsze uważałem, że z takich pojedynków można wyciągnąć dla siebie coś więcej. Jest też mniejsze ryzyko urazu niż w przypadku walki z mało doświadczonym zawodnikiem.

Debiut zakończył się sukcesem. Wygrałeś dość pewnie, mimo że to obycie rywala na ringu mogło mu dawać pewną przewagę. Jak wspominasz tę walkę?
– Od początku czułem się dobrze na ringu i zdawałem sobie sprawę, że kontroluję przebieg walki, zwłaszcza że byłem nieźle przygotowany zarówno od strony technicznej, jak i kondycyjnej. Jedyny minus, na jaki zwróciłem uwagę po tym starciu, to pewne nawyki z formuły olimpijskiej, których jeszcze nie wyeliminowałem. Był moment, gdy rywal po kilku ciosach lekko przykucnął, ale nie dotknął rękawicą desek. Byłem przekonany, że sędzia będzie go liczył, i zrobiłem krok w tył. Tymczasem liczenia nie było i przeciwnik mógł szybko się pozbierać bez wywierania presji z mojej strony. Zamiast zakończyć walkę przed czasem, pozwoliłem mu odzyskać siły i niepotrzebnie wydłużyć pojedynek. Nad takimi aspektami muszę jeszcze popracować.

Łomża jest dla ciebie dość szczęśliwa, niemal rok temu stoczyłeś tam walkę – jeszcze w formule olimpijskiej – z Krzysztofem Lipnickim, po której zebrałeś sporo pochwał.
– To była bardzo dobra walka. Rywal – podobnie jak teraz – był bardzo doświadczony, ale udało mi się zawalczyć dokładnie tak, jak chciałem. Przy okazji to starcie było transmitowane w telewizji, więc bardzo zależało mi na tym, żeby dobrze się zaprezentować.

Podczas tej walki komentatorzy często podkreślali twój atut, jakim ma być fakt, że jesteś leworęczny…
– Trudno powiedzieć, czy to mój atut, czy nie. Jedni lubią walczyć z mańkutami, inni nie, bo takich bokserów jak ja jest na ringu mniej. Jeśli ktoś na treningach ma niewielką styczność z zawodnikiem leworęcznym, podczas walki może mieć duży problem, choć myślę, że na wyższym poziomie nie ma to już aż tak dużego znaczenia.

A kiedy zapadła decyzja o przejściu na zawodowstwo?
– W ubiegłym roku walczyłem jeszcze w formule boksu olimpijskiego, jednak pod koniec poprzedniego sezonu razem z trenerem podjęliśmy decyzję, że nowy rok to dobry czas na zmiany. Przez wszystkie poprzednie lata zebrałem już jakieś doświadczenie, więc nadszedł idealny czas, by rozpocząć nowy etap kariery. Myślę, że do podjęcia tej decyzji popchnęli mnie też sędziowie, a właściwie jakość ich werdyktów. Kilka pojedynków według mnie nie było rozstrzygniętych zbyt sprawiedliwie i to czasem mogło przybić. Na zawodowym ringu jest pod tym względem zdecydowanie lepiej.

A jak wygląda twój bilans walk przed zawodowstwem?
– Jeśli wierzyć moim notatkom, stoczyłem 44 walki, z czego 32 wygrałem, dwie zremisowałem, reszta to były porażki. To całkiem niezły wynik, choć tak naprawdę nie ma on dla mnie znaczenia, ważniejsze było to, jak czułem się w trakcie walki, jak boksowałem i z kim walczyłem. To budowało moje doświadczenie.

Twoja przygoda z boksem zaczęła się od razu od tej dyscypliny czy było to takie poszukiwanie poprzez próbowanie kolejnych dyscyplin i sportów?
– W szkole podstawowej grałem w piłkę. Przez trzy-cztery lata trenowałem w OKS Otwock, ale gdzieś tam czułem, że chciałbym spróbować sił w czymś innym, w takim sporcie, w którym to ja – i tylko ja – będę miał wpływ na ostateczny wynik. W gimnazjum razem z kolegą z ławki zapisaliśmy się na boks i tak już zostało. Ta przygoda trwa blisko 10 lat.

Gdzie widzisz siebie za kilka lat?
– Jestem zwolennikiem małych kroków. Nie lubię snuć wielkich planów na przyszłość jak większość młodych bokserów, którzy już na początku swojej drogi zapowiadają, jaki to sukces odniosą za kilka lat. Wolę krok po kroku małymi sukcesami budować swoją przyszłość, a jaka ona będzie, to pokaże czas i ring.

Rozmawiał Marcin Suliga

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.