Kajakiem przez Polskę – wyprawa karczewskiego nauczyciela

Piotr Gajgier zakończył swoją samotną wyprawę pod hasłem „Kajakiem ze wschodu na zachód w 100-lecie Bitwy Warszawskiej”. W 21 dni przepłynął 1368 km od wschodniej granicy Polski do jej zachodnich krańców. Na jego trasie było siedem województw i siedem rzek: Bug, Narew, Wisła, Brda, Noteć, Warta i Odra.

PRZEMEK SKOCZEK

Wiele osób lubi spływy kajakowe, ale zadowala się jednodniową zabawą na Świdrze albo wypadem nad Krutynię, zwaną też mazurską Marszałkowską ze względu na panujący na niej w sezonie ruch. Piotr Gajgier kocha wielkie rzeki i długie dystanse. Choć do wody ciągnęło go od dziecka, na poważnie zaczął realizować tę pasję około 10 lat temu. W tym czasie przewiosłował ponad pięć i pół tysiąca kilometrów, pływając takimi rzekami jak np. Dniestr, Dunaj czy Wisła.

Białoruś szerokim łukiem

– Podróż przebiegała zgodnie z harmonogramem. Zaplanowałem ją na trzy tygodnie i udało się, co do dnia. Wystartowałem 28 czerwca z miejscowości Gołębie, a spływ zakończyłem 18 lipca w Świnoujściu – opowiada Piotr Gajgier.

– Proszę pamiętać, że Bug to rzeka graniczna, więc na początku po drugiej stronie miałem Ukrainę, a potem Białoruś. By tam płynąć, potrzebne było pozwolenie, a potem konieczność codziennego informowania straży granicznej o miejscu, w którym się znajduję. To miało jednak dodatkową korzyść, ponieważ pogranicznicy byli bardzo pomocni, pomagali mi szukać noclegu, polecali ośrodki agroturystyczne albo podpowiadali, gdzie jest dobre miejsce do wyjścia na brzeg i rozbicia namiotu.

Bug to dzika rzeka, nie ma tam zbyt wielu miejsc biwakowych. Są za to liczne zatory, gdzie załadowany, 90-kilogramowy kajak trzeba wyciągać na ląd i przenosić. A to nie lada wyzwanie, zwłaszcza gdy brzeg jest wysoki na dwa metry i kąt jego nachylenia ma 90 stopni. To było czasochłonne i wycieńczające.

– Na szczęście mam profesjonalny wózek do kajaka, który kupiłem dzięki pomocy finansowej Roberta Tomalskiego. On sam jest znakomitym kajakarzem, pływa pod prąd na imponujących dystansach, ponad dwóch tysięcy kilometrów i więcej.

W sumie na granicznej rzece podróżnik spędził siedem dni. Ominął tylko jeden jej odcinek, który po obu stronach jest białoruski i zapuszczanie się tam byłoby ryzykowne. Ten fragment kajak przejechał na przyczepie. Pomógł lokalny organizator spływów.

Z prądem i pod prąd

Dalej na szlaku były Narew, Zalew Zegrzyński, wreszcie Wisła, której nurt jest jak turbodoładowanie.

– Na stojącej wodzie jezior czy zalewów mam prędkość maksymalnie 7,5 km/h. Na Wiśle z prądem płynąłem 11 km/h. Nic nie jest jednak za darmo, na dużych rzekach jest silny nurt, ale zdarza się również wiatr w twarz i fala wysoka na metr. Wykończył mnie Zalew Włocławski, gdzie panowały właśnie takie warunki. Płynąłem mozolnie 2 km/h, wiatr był silniejszy niż nurt, gdybym nie wiosłował, cofałoby mnie. To był olbrzymi wysiłek. Na śluzie we Włocławku musiałem zrobić odpoczynek, pół godziny leżałem na brzegu jak kłoda (śmiech).

W Bydgoszczy Piotr Gajgier odbił w Brdę i musiał płynąć spory odcinek pod prąd, na szczęście nie był on zbyt silny. Potem na trasie były Kanał Bydgoski i Noteć. To ciekawy fragment trasy, ponieważ w sumie są na nim aż 22 śluzy. Ostatnia z nich była remontowana w środku sezonu – to absurd. Kajak można przenieść, ale w przypadku jachtu czy barki nie ma takiej możliwości. Tu warto dodać, że wzorem wielu państw europejskich od niedawna śluzowanie w Polsce jest już bezpłatne. To świetna wiadomość dla wodniaków.

– Wartą i Odrą płynęło się komfortowo, choć miałem już nieco nadwyrężone ramię i wiosłowałem wolniej. Nie ukrywam też, że bałem się Zalewu Szczecińskiego, który jest ogromny i często niebezpieczny. Co prawda przewidziałem takie sytuacje i kupiłem kajak morski, na dużą wodę, bo to daje większe poczucie bezpieczeństwa. Miałem jednak szczęście, bo trafiłem na idealne warunki pogodowe. Nie wiało, pogoda była ekstra, więc zamiast wzdłuż brzegów, jak planowałem, popłynąłem środkiem i w ten sposób zaoszczędziłem ponad 20 kilometrów. Do morza nie dopłynąłem, ale nie było ono moim celem. Metę miałem w Świnoujściu. Podoba mi się myśl, że 100 lat temu bolszewicy nie poszli na Zachód, zostali zatrzymani, a mnie się udało. I to – nomen omen – czerwonym kajakiem! – podsumowuje ze śmiechem Piotr Gajgier.

Podróż to też ludzie

Na każdym szlaku, także kajakowym, ważną częścią przygody są spotkania z ludźmi. Czasem krótkie, kiedy indziej owocujące wielogodzinnymi rozmowami.

– To jest ta wartość dodana moich wypraw. To są niemal wyłącznie dobre spotkania. Na Bugu na przykład jakiś wędkarz, widząc moje zmęczenie, przywiózł mi z domu obiad, schabowego z ziemniakami. Pyszna odmiana, bo w moim podstawowym menu miałem produkty liofilizowane. W Drohiczynie poznałem Rafała Siwka, dyrektora ośrodka kultury, pasjonata kajaków, który uruchomił tam wspaniałe Muzeum Kajakarstwa. Miałem okazję je zwiedzić – wspomina kajakarz.

Niezwykle ciepło myśli o spotkaniu, do którego doszło w Bydgoszczy. Zatrzymał się tam na krótką przerwę w marinie Klub Sportowego „Gwiazda”, a został na noc. Zaczęło się od zaproszenia na kawę.

– Moim gospodarzem był niemal stuletni Henryk Konarski, który przed wojną był harcerzem, a obecnie jest harcmistrzem 16. Drużyny Żeglarskiej. Jego wspomnienia były niesamowite. Opowiadał między innymi o tym, jak w czasie okupacji został złapany przez Niemców i próbowano go rozstrzelać! Ale przeżył egzekucję, bo stał w trzecim szeregu i szczęśliwie dostał serię tylko po nogach. Leżał kilka godzin wśród trupów, nie on jeden zresztą, potem jacyś ludzie taczkami przewieźli rannych do szpitala. Był też łącznikiem podziemnej armii w Borach Tucholskich, miał niezwykłe wojenne przygody. Co ciekawe, jest on kuzynem Feliksa Konarskiego, autora pieśni „Czerwone maki pod Monte Cassino”.

Skaleczyć wodą

Piotr Gajgier marzy, by z jego pływania wynikło coś więcej, by nie było to tylko wspomnienie wspaniałej przygody. Jego wyprawy mają często otoczkę historyczną i patriotyczną, ponieważ jest nauczycielem historii w karczewskiej SP nr 2 i w Zespole Szkół. Tym razem kajakarz zdobył uznanie Ministerstwa Kultury i mógł korzystać z identyfikacji wizualnej Programu Wieloletniego „Niepodległa”. Natomiast magazyn kajakowy „Wiosło” objął jego wyprawę swoim patronatem.

– Chciałbym, aby to, co robię, było inspiracją dla młodzieży. Może uda się „skaleczyć wodą” choć jednego młodego człowieka, a jeśli nie, to przynajmniej pokazać, że warto mieć w życiu pasję. Myślę sobie, że na naszym terenie przydałoby się jakieś stowarzyszenie promujące turystykę kajakową, organizujące ciekawe inicjatywy dla dzieci i młodzieży. Pasjonatów tej dyscypliny nie brakuje. Rzucam hasło i liczę na odzew. Ja oczywiście też zaangażuję się w takie działania – deklaruje podróżnik.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.