Heroiczna walka z samym sobą

Kuba Rosiński, były piłkarz Józefovii Józefów i PKS Radość, zrobił coś, czego nie dokonał przed nim nikt nie tylko w Polsce, lecz także na świecie! Jako pierwszy zaliczył stacjonarnie dystans podwójnego Ironmana, pokonując w basenie, na rowerze oraz w biegu blisko 450 kilometrów. Całe wyzwanie trwało ponad dobę! Głównym celem Rosińskiego było wsparcie walczącego z nowotworem trzyletniego Oliwiera

MARCIN SULIGA

Lipiec w kalendarzu startowym Kuby Rosińskiego był zaznaczony na czerwono. Były piłkarz dwóch lokalnych klubów, Józefovii Józefów i PKS Radość, miał na ten miesiąc zaplanowany start w triathlonowych zawodach w niemieckim Lensahn. Jednak w związku z pandemią koronawirusa zawody odwołano na kilka tygodni przed startem. Rosiński nie zamierzał jednak odpuścić. Zamiast przekraczać zachodnią granicę, postanowił wystąpić przed własną publicznością w Ośrodku Sportu i Rekreacji w Wawrze. 29-latek jako pierwszy człowiek nie tylko w kraju, lecz także na świecie chciał pokonać stacjonarnie dystans podwójnego Ironmana, czyli przepłynąć na basenie dystans 7,6 km, przejechać na rowerze 360 km, a potem zaliczyć morderczy bieg na dystansie 84,4 km.

Już samo podjęcie tego wyzwania wydawało się czymś nieosiągalnym dla zwykłego człowieka, ale miało jeszcze dodatkowy wymiar. Rosiński niemal od początku powstania towarzyszy fundacji „Drużyna Błażeja” i chciał przy okazji startu wesprzeć walkę z chorobą jednego z jej podopiecznych – trzyletniego Oliwiera Wołoszynka, który dzielnie walczy z nowotworem.

Oswajanie organizmu

Przygotowania do startu trwały kilka miesięcy, choć ze względu na pandemię i liczne obostrzenia nie było to łatwe. Doszło nawet do tego, że 29-latek postanowił przebiec dystans pełnego maratonu, wykorzystując… przydomowy ogródek.

– Stwierdziłem, że biegać można praktycznie wszędzie, i stąd taki pomysł –mówił wówczas Rosiński. – Odmierzyłem odpowiedni odcinek u rodziców przy domu i obliczyłem, że trzeba go pokonać 1400 razy. Było to trochę monotonne, ale się udało – przyznał z uśmiechem były piłkarz, a obecnie trener triathlonu.

To było preludium do tego, co czekało go w lipcu. Podwójnego dystansu Ironmana w warunkach stacjonarnych nie pokonał dotąd nikt na świecie. –Wiedziałem, że ta próba potrwa około 24 godzin, dlatego coraz częściej wykonywałem treningi w nocy, aby przyzwyczaić organizm do wysiłku w czasie, gdy następuje jego regeneracja – mówi Rosiński. – Wyglądało to obiecująco, choć nigdy wcześniej nie podchodziłem do dystansów, które miałem pokonać, i nie wiedziałem, jak moje ciało zareaguje na taki wysiłek. Próba generalna, która odbyła się na kilka tygodni przed wyzwaniem, wypadła obiecująco. Byłem pewny, że uda się to zrobić w czasie jednej doby – opowiada zawodnik z Wawra.

Wujek, dasz radę!

Wyzwanie rozpoczęło się w piątek, 24 lipca punktualnie o godzinie 18. Rosiński przy aplauzie kibiców i pod czujnym okiem swoich kolegów i koleżanek z drużyny wskoczył do basenu, by przepłynąć blisko osiem kilometrów. Płynąc spokojnym i równomiernym tempem, dystans udało mu się pokonać w nieco ponad dwie godziny. Na koniec Kuba dał próbkę swoich sił, pokazując, że wszystko jest w porządku. Ostatnie metry na basenie pokonał efektownym delfinem.

Potem nastąpiło szybkie wyjście z wody i przeniesienie się na tor deskorolkowy, gdzie miały odbyć się dwa kolejne etapy triathlonu – jazda na rowerze i bieg. Kuba szybko wskoczył na jednoślad podpięty do trenażera i platformy Zwift, by ruszyć w trasę liczącą 360 kilometrów.

– Wujek, dasz radę! – krzyczeli Tomek, Oliwier i Oskar, mali bratankowie Kuby Rosińskiego. – Jazda na rowerze z mojej perspektywy praktycznie nie istniała. To jest ten etap całego wyzwania, którego praktycznie nie pamiętam. Moja głowa zupełnie się wyłączyła. I dobrze, bo to było 12 godzin monotonnego kręcenia w nocy w scenerii, która – w odróżnieniu od normalnych zawodów– zupełnie się nie zmienia. Tu też nie mogłem sobie pozwolić na odpoczynek. Aplikacja, do której byłem podłączony, naliczała kolejne kilometry tylko wtedy, gdy kręciłem. Nie mogłem rozpędzić roweru, odpuścić pedałowania i odpoczywać, tak jak to się robi podczas normalnej jazdy, i to też było dodatkowe wyzwanie – przyznaje Rosiński.

W trakcie jazdy pojawił się też pierwszy kryzys. – Podobno był taki moment, kiedy już sygnalizowałem mojemu teamowi, że mam dość jazdy i chcę wskoczyć na bieżnię, jednak zupełnie nie pamiętam tej sytuacji. Tak jakby to działo się zupełnie poza mną – dodaje Kuba.

Żołądek powiedział „Stop!”

Jazdę na rowerze zakończył rankiem w sobotę. Mając w nogach blisko 370 kilometrów, musiał przeskoczyć na mechaniczną bieżnię, by pokonać dystans dwóch maratonów. – Fizycznie czułem się dobrze. W pewnym momencie pojawiły się jednak problemy z żołądkiem, który przestał przyswajać to, co jadłem. Każde „paliwo”, które przyjmowałem, za moment zwracałem i biegłem praktycznie na pusto. Gdyby nie to, wszystko poszłoby zgodnie z wcześniejszymi założeniami, a tak rozpoczęła się prawdziwa walka, nie tylko z dystansem do pokonania, lecz także z własnym organizmem. Musiałem odpowiednio rozłożyć siły, aby ukończyć cały projekt – podkreśla Rosiński.

W połowie biegu zrobiło się groźnie i konieczna była interwencja lekarza. – Po zejściu na krótki masaż „odpłynąłem” i trzeba było skorzystać z pomocy czuwającego nad przedsięwzięciem lekarza. Zrobiono mi szybkie badania, które nic nie wykazały, zmierzono ciśnienie. Wtedy pomyślałem, że skoro wszystko jest w porządku, to mogę biec dalej – mówi mieszkaniec Wawra. – Wskoczyłem na bieżnię i jakby z nowymi siłami przystąpiłem do działania – dodaje.

Cenne wsparcie

W trakcie próby Rosińskiego dopingowali czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie Robert Korzeniowski, który bardzo zaangażował się we wsparcie projektu, a także Robert Karaś – mistrz i rekordzista świata na dystansie podwójnego i potrójnego Ironmana. – Z tego, co wiem, Robert Karaś ze względu na moje przedsięwzięcie zmienił swoje plany i odłożył wyjazd do Krakowa, żeby zobaczyć, jak mi idzie, i wspierać mnie radami na trasie – mówi Rosiński.

Zaskoczeniem był natomiast telefon od legendy polskiego triathlonu Jerzego Górskiego. Rozmowa z wielokrotnym ultramaratończykiem przyszła w najlepszym z momentów, gdy u Rosińskiego pojawił się kolejny kryzys podczas biegu. – Nie spodziewałem się tego telefonu, to było dla mnie prawdziwe zaskoczenie. To, co usłyszałem, wskazówki, jakie dostałem, pozwoliły mi wykrzesać z siebie kolejne pokłady energii. To było dla mnie coś niezwykle ważnego – podkreśla Rosiński, który przyznaje, że podczas swojej próby najważniejszą rozmową była ta odbyta z tatą Oliwiera, dla którego biegł.

Sam chłopiec nie mógł być obecny podczas tego wydarzenia ze względu na podawane leki, ale jego tata jak tylko mógł, wspierał 29-latka. – Ta nasza rozmowa nie trwała długo, ale to były naprawdę dobre wiadomości, bo z tego, co mówił, guzy, z którymi walczy Oliwier, zmniejszyły się o połowę – opowiada Rosiński. – To był kolejny zastrzyk energii – dodaje.

Zero zmęczenia

Kuba zakończył zmagania po ponad 30 godzinach walki przy chóralnym śpiewie licznie zgromadzonych kibiców, którzy do ostatnich metrów bardzo wspierali swojego bohatera.

– Plan był taki, aby przede wszystkim ukończyć to wyzwanie. Czas też był ważny, początkowo liczyłem, że uda się zamknąć całość w ciągu 24 godzin. Tak przynajmniej wynikało z tego, jak przebiegały treningi. Do czasu zejścia z roweru wszystko szło zgodnie z planem, czas był nawet lepszy, niż zakładałem, mimo że pojechałem nieco zachowawczo. Kłopoty zaczęły się dopiero na bieżni – mówi Rosiński. – Jestem bardzo szczęśliwy, że jednak udało mi się to zrobić, choć tak naprawdę nie była to tylko moja zasługa. Przede wszystkim słowa uznania należą się mojemu teamowi, który cały czas we mnie wierzył, motywował mnie i robił wszystko, by to zadanie szczęśliwie dobiegło końca. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym powiedział, że zrobiłem to sam. Ich wkład w ten sukces jest ogromny. Podobnie zresztą jak kibiców, którzy zjawili się, by choć przez chwilę nas dopingować – mówi 29-latek, który zamierza zrobić sobie krótką przerwę na odpoczynek, a potem… – Po przepłynięciu Zalewu Wiślanego mówiłem sobie, że już nigdy więcej żadnych wyzwań, a potem wystartowałem w Otyliadzie. Po pierwszym triathlonie było podobnie, a teraz to zrobiłem. Tak więc pewnie zaraz znów coś wpadnie mi do głowy – śmieje się Rosiński. – Zwłaszcza że po tym wyzwaniu bałem się, że przez tydzień będę dochodził do siebie, a okazało się, że na drugi dzień nie miałem żadnych zakwasów czy odczuwalnego zmęczenia – dodaje mieszkaniec Wawra. 

Komentarz

ROBERT KORZENIOWSKI czterokrotny złoty medalista olimpijski w chodzie

Choć ze sportem mam do czynienia na co dzień, nie jestem przekonany, czy było mi łatwiej docenić to, czego dokonał Kuba. to osiągnięcie jest trudne do ogarnięcia. Wydaje mi się, że ktoś, kto ma na swoim koncie nawet jeden pokonany maraton, nie jest w stanie wyobrazić sobie, jaki to jest wysiłek dla organizmu, z jakimi kryzysami – układu trawiennego czy nerwowego, a nawet mechanicznych przeciążeń – musiał borykać się Kuba. to jest jakaś niebywała liczba kilometrów, godzin bez snu…

Do tego wszystkiego musimy dodać fakt, że całe zadanie było wykonywane stacjonarnie. O ile pływanie można sobie jakoś wyobrazić, o tyle spędzenie kilku godzin na trenażerze czy mechanicznej bieżni jest czymś niewyobrażalnym. Sam nienawidziłem i nienawidzę takich treningów. to wybór mniejszego zła, gdy nie ma innych możliwości. W takich warunkach trudno znaleźć motywację do pokonywania kolejnych kilometrów. to walka z samym sobą, bo niestety dookoła nie ma rywali, do których można by się podczepić lub za którymi się ogląda. trzeba samemu w sobie znaleźć tę siłę, by przeć do przodu, zwłaszcza że dookoła krajobraz jest wciąż ten sam.

Obserwowałem całe wyzwanie i do końca trzymałem kciuki za powodzenie. Jako zawodnik byłem świadkiem wielu dramatów sportowców, którzy dosłownie na kilka metrów przed metą przeżywali taki kryzys, że nie udało im się ukończyć dystansu, dlatego cały czas patrzyłem, czy tu nic nie stanie na przeszkodzie, żeby szczęśliwie ukończyć wyzwanie. trzymaliśmy za to kciuki wraz z całą moją rodziną, bo pomysł Kuby bardzo nas zafascynował. Wcześniej odbyliśmy kilka rozmów, podczas których chciałem poznać Kubę, zobaczyć, jak ma to wszystko przygotowane, a ze swojej strony chciałem mu przekazać wskazówki od strony psychologicznej. mam nadzieję, że to pomogło mu w jakimś stopniu, ale o tym zapewne porozmawiamy przy kawie za kilka dni. 

 WESPRZYJ WALKĘ OLIWIERA!

Nadal zbierane są pieniądze na walkę małego Oliwiera z rzadką postacią nowotworu. Choroba chłopca została zdiagnozowana kilka miesięcy temu i wymaga jak najszybszej interwencji. Chłopiec przeszedł już pierwsze operacje w kraju, ale niezbędnej pomocy mogą mu udzielić jedynie wyspecjalizowane szpitale za granicą. W każdej chwili można pomóc Oliwierowi w walce z jego chorobą, wpłacając pieniądze na konto fundacji „Drużyna Błażeja” (przelewy krajowe i zagraniczne): Santander Bank Polska SA, nr rachunku: 70 1090 2590 0000 0001 4449 1974, Fundacja #Drużynabłażeja, ul. Ejsmonda 48 a, 05-420 Józefów, w tytule wpisując: „Wołoszynek Oliwier – darowizna na poprawę i ochronę zdrowia”

2 myśli na temat “Heroiczna walka z samym sobą

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.